(1) Dokąd Rawana porwał Sitę czyli Sri Lanka ni stąd, ni zowąd

Indyjski, przed-monsunowy upał nas pokonał i choć nasz hotel w Alleppey był bardzo przyjazny, wprost na plaży, i w środku off-season, co sprawiało, że menedżer i kucharz spełniali nasze życzenia chętnie i sprawnie – życzenia niewygórowane, oczywiście, typu dzbanek kawy rano i litry mrożonej herbaty w zamrażalniku – ni stąd, ni zowąd nawiedziła mnie wizja Sri Lanki. Wizja utkana, jak to zwykle bywa, z pragnienia by było inaczej niż jest – by temperatura pozwalała chodzić, a nie wyłącznie leżeć, by było buddyjsko, a do pięknych miejsc nie dalej niż dwie, trzy godziny drogi. Bilety z Madurai nie były drogie, więc znalazłyśmy się nagle w Colombo i zaraz potem w Kandy, na środku wyspy, z przewodnikiem pospiesznie ściągniętym z netu, a więc – spontanicznie i gdzie oczy poniosą.

Drugiego dnia stwierdziłyśmy, że jest ‘same same but different’. Że Sri Lanka to taka porządnie wysprzątana Kerala, ze wzgórzami i plantacjami herbaty; że Syngalezi wyglądają podobnie do Hindusów, ale dziewczyny ubierają się kiepsko, jak my za komuny, a jak założą sari, to z zakładką w talii, która psuje szyk. Na dodatek nie wiedzą co to czaj, ulicznych knajpek jest mało, a jak się znajdą, to wegetarianie nie bardzo mają co jeść … a do tego wcale nie jest tanio, owoce i warzywa są w polskiej cenie, choć przynajmniej jest ich za to w mnogości i cudaczności wszelkiej. Chodziłyśmy więc wzdychając za Indiami, że ‚u nas’ to na każdym kroku podają świeże soki, że jest tak swojsko głośno i wszyscy wszystkich zaczepiają. A tu – tak się uładzili i wyporządnieli, że można przeżyć szok cywilizacyjny.

Otrząsnęłyśmy się jednak z westchnień za Indiami – czując się dziwnie ‚stamtąd’ – i próbujemy być ‚backpackersami’ w kraju masowej turystyki, co nie jest takie proste, ale też i spotyka się z wielką życzliwością. Wstawiamy więc kit, kłamstwo w połowie, w knajpkach albo kolejnym zaczepialskim, że mieszkamy w biednych Indiach i tu nam wszystko drogo … co nie dość, że wskazuje drogę, to sprzyja kontaktowi – i nasza miła Syngalezka od lunchów opowiada, jak to ludziom ciężko się tu żyje, bo wszystko drożeje, w kółko są strajki, prezydenta nikt nie lubi i wszyscy teraz zaciskają pasa bo trzeba odbudować Jaffnę. Skąd my to znamy?

Stara część Kandy owija się wokół jeziora obsadzonego wspaniałymi drzewami sandałowca, mahoniowca, frangipani i wieloma innymi pięknościami, zza których prześwituje złota kopuła świątyni, gdzie przechowuje się najświętszą relikwię Lanki – Ząb Buddy. Czy to rzeczywiście ząb Gautamy, kto wie, Brytyjczycy insynuowali, że raczej krokodyla, tak czy siak, o niego toczyły się boje i on spajał królestwo w walce z kolonizatorami. Do świątyni przez cały dzień zmierzają miejscowi buddyści, niosąc w dłoniach pięknie ułożone kwiaty lotosu – kremowe, fioletowe, różowe, posypane drobnym jaśminem, dzięki czemu wnętrze pachnie upajająco i świeżo. I ta estetyka, tak inna od żółcieni i czerwoności tybetańskich gomp, tak inna od rozbujałej wyobraźni hinduistycznych mandirów, zawsze zakopconych i pachnących masłem ghee … Tu jest jednocześnie podniośle i skromnie, wierni przysiadają na drewnianej podłodze naprzeciw Zęba schowanego w złotych skrzyniach, w sanctum sanctorum, do którego prowadzi szpaler słoniowych ciosów. A pomiędzy nimi tylko kwiaty.

Dziś, na zdobytej mapie, Jaśmina wypatrzyła Aluviharę, miejsce z buddyjskimi stupami i świątynkami niedaleko Kandy. Przeszło nam naburmuszenie, że to kraj dla dolarowych turystów, gdy poczułyśmy, że da radę poruszać się tu ‚normalnie’, bez vanów i taksówek.

Wskoczyłyśmy w autobus, dotarłyśmy bez problemu, świątynia nas urzekła panoramą – ach, bywa tu tak pięknie, że nic dziwnego, że kiedyś papieski legat doszedł do wniosku, że Sri Lanka położona jest 40 mil od raju. Wsiadłyśmy później do pociągu na małej stacyjce, na minutę przed odjazdem, a sympatyczny security officer kupił nam w biegu bilet i eskortował na miejsce. Wagony i stacyjki jak z epoki wiktoriańskiej, na tabliczkach mających jak nic z osiemdziesiąt lat wypisano ‚gents lavatory’ i ‚parcel office’. Pociąg jedzie jak ciuchcia, może 20 km na godzinę, i zmieniają się tylko mundurki dzieciaków wracających ze szkoły.

Jutro jedziemy, znów pociągiem, na południe od Kandy, do krainy wzgórz i plantacji herbaty, jeszcze trochę się schłodzić, i wracamy za cztery dni na święto Vesak – urodzin, oświecenia i paranirwany Buddy. To wtedy Kandy czaruje feerią świateł, a nad głowami tańczą kolorowe lampiony z papieru ryżowego i paradnie prężą się przystrojone słonie. Bardzo się cieszę, że będziemy mogły tu być; a w tym tygodniu – stoiska pełne są kartek z setkami wizerunków Buddy – na różowo i kiczowato, w nowomodnym realu i stylizacji ze starusieńkich jaskiń Dambulli, kartki, z których Budda wyskakuje albo rozwija się do pozycji leżącej, cała kartkowa sztukomania … bo ludzie ślą sobie teraz życzenia, więc i ja się dołączę śląc Wam zachowane pod powiekami blaski i kolory.