(1) Tajlandia, kraj wytchnienia

Wywiało mnie z Indii znów, i to prawdopodobnie w jakimś błogosławionym odruchu obronnym. Być może z powodu przyklejania się do siedzeń i wiecznie mokrej od potu głowy zaczęła mi grozić niechęć do Indii. Nie zniosę dłużej brodzenia po Rishikeshu w rozpuszczonych deszczem krowich kupach, myślałam sobie, nie zniosę już ani jednego pozdrowienia Hari Om ze strony naćpanych sadhu czy kolejnej kolacji złożonej z chappatów i soczewicy; uciekłam nawet z pogadanki o medytacji, bo miał ją prowadzić kolejny biały, który zjadł wszystkie rozumy …

I choć żegnałam się z Rishikeshem we łzach, stwierdziłam, że to już pora for a break. Miałam jechać do Nepalu, ale mój polski sąsiad, Jacek, namówił mnie na północną Tajlandię. I choć Jacek dalej walczy z sobą by zrobić jedną czy drugą asanę, ja czmychnęłam. By przenocować gdzieś bliżej dworca, przyjęłąm zaproszenie mojego byłego nauczyciela hindi, I znów, jak to w Indiach, niespodzianka. Dom okazał się mało zamieszkany, tzn. przez ludzi mało, za to stadami przez karaluchy wielkie jak palec wskazujący, łaziło to wszędzie, po kuchni, po talerzach, pod moim łóżkiem … Sanchdev ich nie zabijał bo to Hindus praktykujący, za to ja musiałam łyknąć dwa prochy by na tej prawie ruszającej się pryczy zasnąć. I jak tu potem zdobyć się na wdzięczność za okazaną mi troskę?

Och, te Indie. Z perspektywy najpierw Bangkoku, a teraz Chiang Mai, i tak tęsknię. Tęsknię bo odpoczywam i w związku z tym prawie nie pamiętam swojego zmęczenia. No bo nagle znalazłam się w wygodnej wersji Azji, gdzie w autobusach przykrywa się pasażerów kocykami i serwuje im wypasiony lunch w cenie biletu. Gdzie jest czysto, i Boże jak cicho! I gdzie wszystko sprzyja dobremu samopoczuciu turysty, to ci dopiero! Jestem oczywiście budget traveller, ale i tak mi wygodnie; mieszkam w pensjonacie nazwy której nie wymówię, gdzie właściciel rano rozwiesza z dwadzieścia klatek z ptakami, i razem z nastaniem dnia, rozpoczyna się koncert. I wszystko tu pod ręką, recepcja, wifi, organizacja wycieczek, etc. A obok cudowna lokalna garkuchnia, z żarciem za 5 zł, w tym krewetki i kto co sobie zażyczy, a parę kroków dalej jest świetny massage shop z Niną masującą cicho i sprawnie … Mniej tu fałszywych uśmiechów niż na południu, choć i tak kompletnie tych Tajów nie czuję, ale chłonę z lubością to szuranie klapkami przy każdym kroku, stylowe niewiele robienie, spokojne czekanie przy straganach i wieczne przeglądanie się w lusterkach Tajek; och, jak one o siebie dbają! Prawie jak pewien metro Chińczyk, którego spotkałam na lotnisku; nim zdążyliśmy odebrać bagaż, na ruchomym chodniku, pudrował sobie nosek przyglądając się w lusterku … Od razu poczułam się zaniedbana, chyba wreszcie doskrobię sobie stopy, chropowate i twarde jak odcisk indyjskiej ziemi:)

Poza tym w Chiang Mai jest niemal 300 świątyń, dużo starych, co to mają po 700 lat. Więc dziś spędziłam cały dzień z rozdziawioną buzią, bo to albo jadłam, albo piłam te przedziwne tapiokowe napoje, albo zadziwiałam się tym, co widzę. Bo są przepiękne, te świątynie, z dachami niczym skrzydła ptaka, kapiące złotem, ale i pełne zakątków, ogrodów, pagód starych, strzeżonych przez pięknie rzeźbione smoki … Byłam chyba w siedmiu i już zakręciło mi się w głowie.

Także tak, dałam sobie czas by dojść do siebie. Jednocześnie wściekam się na swój pokrętny umysł, że już tęsknię za Rishikeshem, choć z niego uciekłam; innymi słowy, ocaliłam swoją miłość do Indii, więc chyba warto było …