(10) Cala Iris

Salam Alejkum albo Ojejkum. Pojechałyśmy do Al Hoceimy, w górach Rifu i nad Morzem Śródziemnym, gdzie czatowałyśmy jeden dzień na jakiś transport. I stamtąd drogami, które dopiero zostaną wybudowane, dotarłyśmy do Cala Iris, spokojnej zatoczki nad morzem, gdzie tylko camping i bungalowy, sami Marokańczycy na wakacjach i my; tym razem absolutny strzał w dziesiątkę.

Morze szalone na tyle, że pierwszego dnia parę osób się podtopiło, ale tylko trochę, bo sto marokańskich oczu wiecznie luki luka. Drugiego było spokojniej w zatoczce i ukąpałyśmy się jak dzieciaki. Wieczorem wścibską głowę włożyła na nasz teren jakaś Arabka – vous ne parlez pas francias? A no nie, ale za to polonais. A, to świetnie, na to ona, z przyjemnością pogadam sobie z wami po polsku, co okazało się prawdą, bo gadała ponad sześć godzin; studiowała w 90 latach we Wrocławiu farmację, jej mąż pediatrię gdzieś w Rosji. Obecnie stanowią wyższą klasę średnią, mają własną aptekę i wiedzie im się super, w związku z czym wszystko wiedzą najlepiej, łącznie z tym jak się robi polskiego karpia!

Druga znajomość dużo przyjemniejsza, kierownik ośrodka, Ali okazał się mgr literatury angielskiej, mówi po angielsku jak złoto, a na dodatek raniutko pokazał nam plantacje haszu, z którego przecież góry Rif słyną.