(10) Ten jedyny zapisany w niebie

Zapuściłam tu korzenie na tyle długie, że nie muszę już trzymać rykszarza za rękaw, co by mi nie uciekł, plącząc się w różnych wariantach wymowy Neerkadavu, gdzie mieszkam. Więc jest dobrze, a nawet coraz lepiej. Zbliżyłam się tak bardzo do wioskowych dzieci, że krzyczą teraz na zmianę: Anoushka, what’s your name? I jak na to pytanie odpowiedzieć?

Moja ulubiona malucha, która codziennie dokładnie o ósmej staje przed naszą bramą w drodze po mleko od krowy sąsiadki, konwersowała ze mną dziś tak: Do you have a lolly pop? – Dziecko, przecież już ci dałam lizaka! Do you have a purse? – Przecież dałam ci piórnik, do tego cudownie różowy! Do you have a pen? – Kurcze, żadnych penów na rozdanie nie mam. I już mnie prawie złość wzięła, że tak mnie, pomimo swojego uroku, instrumentalnie traktuje, gdy zapytała: Do you have a salwar? – No mam, ale w takim rozmiarze, że w mojej tunice by się utopiła. Do you have chappals? – Klapki też mam, ale w rozmiarze stopy jej ojca! I wreszcie mi zaświtało, że mała ćwiczy angielski, na dowód czego za chwilę usłyszałam: Do you have a bra? No bo przecież nie może oczekiwać, że podzielę się stanikiem!

Suresh, mój stróż i anioł, orzekł, że jestem gwiazdą wioski i powinnam startować do wyborów do panchajatu, na urząd sołtysa. Uzgodniliśmy, że w związku z moim gwiazdorskim statusem nakładów na kampanię nie potrzeba, wystarczy, że założę znów sari i mam wiochę w garści. I wtedy zaprowadzę tu takie porządki: lepić na śniadanie idly i wyprawiać dzieci do szkoły będą panowie, panie zaś w tym czasie, gdy słońce za mocno nie przygrzew, spędzę na plażę robiąc im jogging. Bo większość jest stanowczo za gruba, ku goryczy własnych mężów. To raz. Dwa, popołudniu zrobię drugi spęd. Wręczę wszystkim jak leci worki na śmieci i pójdziemy gromadnie sprzątać plażę. Dzieciaki w nagrodę dostaną lizaki, dorośli figę z makiem. Trzeci punkt programu – o siódmej cała wioska wyłącza telewizory, koniec z łzawymi tamilskimi tasiemcami! Robimy w tym czasie lekcje angielskiego i basta. Wszyscy muszą się przecież dogadać z nową władzą!

Suresh zaciera ręce, to by była rewolucja, marzy. Takie chude by wszystkie chodziły proponując sąsiadom: Maybe five o’clock tea? Suresh bardzo nie chce bym wyjeżdżała, i ja też nie. Zostało mi tu jeszcze 10 dni, ale mówi codziennie: I will be very sad, choć przecież nie brakuje mu powodów do zmartwienia.

Sprawa ma się tak: w rybackiej wiosce powinni mieszkać sami rybacy, prawda? Tyle że od lat tak nie jest. Mieszka tu kasta, z których tylko część dalej para się rybactwem, bo to intratny zawód, a inni urabiają sobie złotą przyszłość na Bliskim Wschodzie, bo nie ma rodziny, w której ktoś nie pracowałby w Emiratach czy Omanie. Często jest więc tak, że dziadek zarzuca wciąż sieci, jeden z synów dalej wypływa na połowy, ale dwóch kolejnych siedzi na Bliskim Wschodzie. Dziadek ni be ni me po angielsku, choć piśmienny, synowie średnio wykształceni, za to obecne młode pokolenie – mon Dieu, same MBA, MSC, MEdu i tak dalej, a do tego najpilniej kształcą się dziewczyny. Więc jest tak, że coraz trudniej znaleźć im partnera, bo chłopak winien być bardziej niż dziewczyna wykształcony by nie czuł się gorszy (!), albo przynajmniej tak samo! Wyobraźcie sobie: dziadkowie wciąż zadzierają kiece na plaży i tam opróżniają swoje jelita, a wnuczki nie dość, że wolą toaletę, to w skrzyniach pod łóżkiem chowają dyplomy z dobrych uczelni. To się nazywa postęp!

Suresh ma jeszcze jedną córkę na wydaniu i dzwony biją na alarm, bo dziewczyna, pracująca w Chenaju jako informatyk, ma już 25 lat! Tradycja każe rozpuścić wici zawczasu – zawczasu minęło ze trzy, cztery lata temu, i jakoś nic. Rodzinny astrolog kazał być cierpliwym, więc odczekano do następnego sezonu ślubnego, który trwa właśnie teraz.

Nie jest tak, że nie dostają propozycji. Owszem, co i rusz dzwoni jakiś ojciec albo ciotka chłopaka do wzięcia pytając o córkę. Suresh z wielce poważną miną, miksuje się wtedy z guesthouse’u i udaje się na naradę wojenną do Asha, męża siostry. Tam zbierają się natychmiast starsi bracia i ich żony, i dawaj rozważać propozycję kandydata. Niestety, wciąż coś nie gra. W tym sezonie zgłosiły się cztery rodziny. Jeden pretendent do ręki zdawał się niczego sobie, ta sama kasta, dobra rodzina, a chłopak pracuje w Dubaju jako inżynier. Poza tym, co ważne, rodzina mieszka w okolicy, a on sam, przynajmniej na zdjęciu, nie jest za ciemny. Wszystko się zgadzało, chłopak miał przyjechać i lipa, więcej rodzina się nie odezwała. Z drugim ojczulek chłopaka zachachmęcił. Ach, mamy kawał ziemi, trzech synów w Arabii Saudyjskiej, a ten do wzięcia to taki dobry chłopak i pływa na niemieckich statkach! A wasza córka to jakie ma kwalifikacje? Dopytywał się stary i już, już, mieli się spotkać, gdy Ash wyczuł pismo nosem, zadzwonił i spytał wprost: Ok, pływa na statkach, ale co dokładnie tam robi? Jakie wasz synuś ma kwalifikacje? Okazało się, że jest kucharzem i klas skończył cztery, kandydatura upadła. Kolejna rodzina zadzwoniła przedwczoraj. Bardzo konkretni, też widocznie im się spieszy. Synek z MBA pracuje w stolicy Kerali, mama housewife jak trzeba, ojciec biznesmen, kasta ta sama, skandali w rodzinie żadnych nie było, wprost marzenie! Nakręcił się Suresh z całą rodziną, oczywiście nie informując swojej córki, co by mogła sobie spokojnie dalej pracować w Chenaju.

I znów lipa! Bowiem nim rodziny spotkają się na żywo i nim dzieciaki zobaczą się pierwszy raz, sprawdza się ‘jadagam’. Wysyła się rodzinie chłopaka horoskop urodzenia, ci natychmiast niosą go rodzinnego astrologa i sprawdzają kompatybilność młodych. Będzie z nich para czy nie? Wedyjska astrologia głupia nie jest, bierze pod uwagę całą masę czynników – temperament i cele życiowe, zgodność seksualną, potencjał harmonii i wspólnego szczęścia i tysiąc innych rzeczy. Z ‘jadagam’ wyszło, że nie będzie z nich pary, a z tym nie ma dyskusji. Koniec, kropka, rodziny z przykrością mówią sobie goodbye. Suresh jest więc lekko przybity, znów muszą czekać. Żona poszła do astrologa spytać co robić. Trzeba zrobić specjalną pudżę i wziąć na wstrzymanie, broń Boże się nie spieszyć. A good boy will come. Astrolog powiedział nawet kiedy.

Toteż Suresh, przeżuwając wczoraj temat ze mną na ganku, orzekł: musimy czekać. Jeden rok to nic. Śluby przecież zawierane są w niebie, więc wcześniej czy później niebo się odezwie i już.

I na tym kończę, z niebem w tle, ściskając wszystkich mocno.