(11) Away from Kerala

Niełatwo było mi opuścić Keralę, wieczne morza kołysanie, dom wśród palm i Suresha odsłaniającego ukryte pod spodem znaczenia. Im więcej rozumiałam, tym mniej byłam turystką, a dziwowanie przeniosło się na inny poziom. I tak, udało mi się wyjść poza zżymanie się na kastowy system, które uprawiam od lat, bo kto to widział, by jedni urodzili się lepsi, drudzy gorsi, i ci gorsi pokornie przez całe życie uznawali się za gorszych?

Jeszcze dwadzieścia lat temu w Neerkkadavu, mojej wiosce, rybak schodził z drogi, gdy szedł nią bramin by broń Boże jego cień nie padł na tego ulubieńca bogów i go nie skalał. Rybak nie mógł wejść do domu bramina, a gdy dopadło go pragnienie, nie mógł ot tak sobie zaczerpnąć wody z tej lepszej studni w sąsiedniej wiosce, musiał poczekać, aż ktoś postawi mu wodę na ziemi w przeznaczonym dla gorszych naczyniu.

Tak to wyglądało, co nie bardzo mieści się w głowie dziś, gdy wiocha pyszni się willami jak z katalogu, a przed każdą stoi nowy motor. Ostatniego dnia poszliśmy z Sureshem do świątyni, ale nie byle jakiej, a do mandiru, gdzie mieszkają potężne bóstwa, którym on sam ufa, starusieńkiej, otoczonej kokosowym gajem. Tu są też prawdziwi pujari, czyli kapłani bramini znający sanskryt, odprawiający zamówione modły za grosze, 20 czy 40 rupii, by każdego było na pudżę stać. Bo nim bramini tak się namnożyli, taka była ich rola – modlić się za innych, nauczać, wskazywać drogę – a ich rytualna czystość do pary z pobożnością miała być dla reszty inspiracją.

Wracaliśmy inną drogą, wśród dojrzewających nerkowców, co rusz się schylając po owoce, aż w końcu spytałam czyj to teren. Suresh odpowiedział, no przecież, świątynia jest na ziemi braminów, ale każdy może przejść tą drogą na skróty, jeśli do niej idzie lub wraca. Parę chwil później zatrzymaliśmy się przy płocie, Suresh się wyprostował, założył ręce do tyłu, więc acha, pomyślałam, i ja muszę zachować się godnie, at my best, by nie przynieść mu wstydu. Włączyłam lepszy akcent, uprzejmość drugiego stopnia, i odbyłam inteligentną pogawędkę z panem zza płotu, emerytowanym komisarzem policji w okręgu, czyli Kimś.

Ów pan był jednym z tych, w których dobre elementy tradycji skupiły się jak w powiększającym szkle. Suresh prostował plecy nie dlatego, że to bramin, ale dlatego że ów wypełnia przeznaczoną mu przez urodzenie rolę w pełni, przykładnie: sponsoruje świątynne festiwale, w czasie których karmi się tysiące ludzi prasadam lunch, obiadem błogosławionym przez bóstwa, bo pokarm fizyczny jest też pokarmem dla duszy, łoży na utrzymanie tuzina sierot i jeszcze iluś biednych rodzin, a gdy przewrócił się autobus jadący z Meenkunnu, i sześć osób, w tym córka Suresha, odniosło obrażenia, natychmiast zjawił się w szpitalu. Suresh pracował wtedy w Dubaju, nie zapomni więc tego, że ten Ktoś przez tydzień doglądał jego córki, przynosząc winogrona i soki, jakby była jego krewną. Taki ktoś po prostu zasługuje na szacunek, więc dotarło do mnie odrobinę, że to tak właśnie miało się toczyć nim  wypaczyła się tradycja.

Całe Neerkkadavu wiedziało, że wyjeżdżam. Ostatnie dni karmiona byłam tu i tam, w każdym sklepie tuczona wszelkimi możliwymi przysmakami. Moja babcia od papierosów otworzyła po kolei wszystkie plastikowe słoje wyciągając z nich po garści to orzechów świeżo prażonych, to keralskich chrupek pokrytych chilli, oferując mi miąższ kokosa ze słodkim jaggeri, skrystalizowaną melasą z trzciny cukrowej. Inna sklepikarka, Letiffa, wciskała do ręki lizaki i banany, szczypiąc mnie jak dziecko po policzkach jeszcze częściej niż zwykle, a ostatniego wieczoru popłakała się na pożegnanie. Will you come back?, pytali wszyscy, a mi się serce wywracało. Ash wyciągnął brandy, Maidri zacmokała się oglądając moje zdjęcia w czerwonym sari, przyjedź znów, zostań, wybierzesz sobie kilka moich i nauczę cię w nich chodzić jak trzeba, zostaniesz real Indian lady.

Późnym wieczorem zapachniało w wiosce inaczej. Zerwaliśmy się z moim kolegą z werandy, tak, powiedział Suresh, palą kogoś, i jak to ciekawscy biali poszliśmy zobaczyć co się dzieje. Nie działo się nic. Na krańcu wioski, tuż przy czaj shopie wystawianym o zachodzie słońca, jest krematorium – w budzie a la garaż z małymi okienkami pali się na stosie drewna tych, co odeszli. Zmarła jakaś babcia, kiwano głowami siorbiąc na murku herbatę, dobrze, że dożyła sędziwego wieku. Jej rodzina już się rozeszła, zasiedliśmy więc i my do tej herbaty, z gęsią skórką, jak to dziwnie, w takiej bliskości z palonym ciałem być. Wyciszyła nas trochę noc, czarne niebo ciężkie od gwiazd i fale uderzające o brzeg parę metrów dalej, i  szmer rozmów toczonych na murku, planów na jutro i pojutrze. Dym ze stosu rozniósł się po całym Neerkkadavu, docierając do każdego domu, obwieszczając wszystkim, że dziś ktoś z nas odszedł. A dwie godziny później, zapach śmierci ustąpił zwykłemu zapachowi wioski, zapachowi rozwieszonych sieci, smażonych i suszonych ryb.

Tak więc to wyjechałam w tym rytmie pojawiania się i znikania, wywożąc w sercu ściągniętą smutkiem twarz Suresha, mojego anioła stróża, którego oddania nie jestem w stanie ująć w słowach. Chlipałam w pociągu na północ, wkurzona na ten upper-classowy wagon i świat smartphonów, dobrego angielskiego, i miejsko-indyjskiego szpanu, na świat zawiłości i namnożonych potrzeb do którego, było nie było, przecież wracam.

Więc tak, teraz moja wiocha ogrzewa mnie od środka. Jak się umęczę, przywołuję obrazy, i siedzę znów na werandzie pękając ze śmiechu, sprzątam ogród nie dając Sureshowi wyrwać sobie grabi, wyłuskuję gorące nerkowce z ogniska albo daję się kołysać morzu, leżąc na plecach  i przyglądając się wspaniałym orłom kołującym nad głową. Tak, nie powiem, smutno mi znów się odrywać, obcinać młode gałązki, wyrywać świeże korzenie …