(11) Szefszuan

A potem pojechałyśmy prosto do Szefszuanu, błękitno-białego miasteczka w górach, mekki tych co zioła lubią … I tu, przyznać się muszę do porażki. Albo może to spisek, jak twierdzi Hania. Spisek gangu od henny w Marakeszu z zielarzami z Rifu.

No chciałyśmy choć raz spróbować, pociągnąć sobie lufkę, całą trasę odmawiałyśmy, to choć raz, choć tutaj, na koniec podróży… Ubiłyśmy malutki deal, może na dwa jointy lub trzy, schowałyśmy się w hotelu, bo turystom oficjalnie nie wolno – choć w tych okolicach produkuje się 18 tysięcy ton tego czegoś rocznie, Hanka skręcała i skręcała, kręcąc się przy tym i denerwując co z tego będzie, nabierała powietrza, zatykała nos, robiła skręty coraz mocniejsze, ja co chwilę pytałam: i co? czujesz coś? I nic, ja zasnęłam, Hanka ukręciła sobie palce i padła; jak nic wcisnęli nam zioła z ogródka mamy. I pomyśleć, że tyle miesięcy mieszkałam w Indiach, ale wstyd.

A dziś dotarłyśmy do Tetouanu, który kiedyś żył z piractwa, choć dziś nikt by się tego nie domyślił. Za oknem kafejki internetowej widać balkony i okiennice jak w Sewilli, w powietrzu czuć już Europę. Nocujemy w pięknym riadzie, mosiężne lampy, srebrne zdobne poduchy na tarasie; jutro rano chcemy czmychnąć na ostatnie dwa dni do Mdiq, plaży tuż poniżej Ceuty. A potem już prom i do domu.