(12) Palitana – wśród dżinijskich mniszek

Palitana w Gudżaracie to miejsce wyjątkowe, miejsce pielgrzymek dżinistów, których filozofia wiary plasuje się gdzieś w górnych rejestrach buddyzmu i hinduizmu, trwając uparcie w przekonaniu o świętości wszelkiego życia, w tym życia muchy, robaka czy pąku róży. Do dżinistów od dawna żywię jakąś niewytłumaczalną, irracjonalną wręcz słabość i kiedy tylko mogę podglądam ich i rozmawiam. I to nie koniecznie tych nagich, ubranych w powietrze, mnichów Digambara, ale wszystkich w ogóle, więc nie jest to po prostu voyeuryzm:)

Gawędzę sobie na przykład przy okazji czaju z pewną Hinduską z Bombaju w Palitanie, elegancka, przedni angielski ze szkoły zakonnej, siedzi boso i mile rozmawia ze sprzedawcą herbaty jakby byli sobie równi, co łatwo w oczy się rzuca. Boso, bo jest na pielgrzymce, stąd jedzie dalej na Mt Ginar, inną świętą górę, rozmawiamy więc sobie od serca. Naprawdę jesteś pure vege, pytam? Wierzysz, że w mrówce mieszka taka sama dusza jak w tobie czy we mnie? Tak, odpowiada, wierzę. Nie miałam w ustach mięsa ani jajek przez całe swoje życie. Bo życie jest święte, ale ważne też, byśmy my się oczyścili z wszelkiej negatywności, byśmy nie narzucali sami sobie ograniczeń, bo umysł ma nieskończone możliwości.

Ona sama odkrywa je biorąc w ryzy swoje ciało. I tak, w czasie pobytu w Palitanie weszła na świętą górę 108 razy, dwa razy dziennie pokonując 3600 stopni, codziennie przez 55 dni, podczas gdy ja po jednym wejściu doszłam do hotelu na czworaka, płynąc potem i cierpiąc przez kolejne trzy dni na zakwasy. Taka praktyka, podobnie jak bardzo częsty wśród dżinistów post – ona sama pości regularnie dwa dni w tygodniu, od lat. A poza tym próbuje być uczciwa wobec siebie, co oznacza, że jak zdała sobie sprawę z uzależnienia od telewizji, to tv więcej nie włączyła. Bardzo piękne, prawda?

Wieczorem spotykam wesołą procesję poprzedzoną grajkami, roztańczonymi chłopakami, tłumem odświętnie ubranych Hindusek – ach co te dziewczyny mają na sobie, nie uwierzycie – i grupką mniszek dżinijskich. Procesję zamyka wymalowana na jaskrawo-złoto karoca, która wiezie trzy panie, a wśród nich tę, która jest przyczynkiem do tej imprezy – kobietę w dostojnym wieku, która właśnie zakończyła rok postu. Co drugi dzień przez okrągły rok piła tylko wodę! I teraz klepią mnie po plecach jej dumne synowe i córki, ależ dziarską mamy teściową i matkę, prawda?! Ma odwagę, ma charakter, że ach! Nie złamała się ani razu! To ci dopiero babka, mówią, a nastrój imprezy jest niemal weselny, o tyle, że dziwię się bardzo, gdy karoca zatrzymuje się przed główną świątynią i cała wesoła brygada idzie odprawić dziękczynne modły. Bawić się będą później, ale cieszą się wszyscy na tyle, że same mniszki same proszą bym coś po zachodniemu przed odejściem zatańcowała:)

No właśnie, te moje mniszki … Poznałam się z grupą mniszek prowadzonych przez guru Amipurnę, ocean łagodności, Amipurnę uważną, widzącą absolutnie wszystko, kochaną i troskliwą. To ona rozkładała szal na podłodze robiący za łóżko, gdy Maidripurna się rozchorowała, ona siedziała z nią całą noc, trzymając za rękę. Dziewczyny urzekły mnie, ale uwaga – nie filozofią, ale tym jakie wobec siebie są. Bo co do samej dżinijskiej praktyki, pomimo szacunku, parę razy zrobiło mi się słabo i smutno, że wiara zbyt często zakłada ślepotę i brak weryfikacji jej przesłanek … no bo dlaczego mniszki nie mogą dotknąć wody w plastikowej butelce? Dlaczego ma ich to skalać? Dlaczego piorą w małym kubeczku wody? Dlaczego nie wolno brać im leków ani używać prądu?

Umartwiają swe ciała jak średniowieczni chrześcijańscy mistycy, choć robią to dość figlarnie i z radością. Co drugi dzień poszczą kompletnie, a w dni, gdy jedzą, spożywają tylko to, co się im ofiaruje, a większość od lat nie skubnęła ani owocu ani żadnego przysmaku. Tylko ryż, roti i dal, jak najprościej. A to wszystko w obsesyjnym wręcz dążeniu do czystości, w przekonaniu, że im więcej cierpienia teraz, tym mniej będzie go w następnym życiu. Nie skalać ma ich żadna myśl, żadne słowo, żaden czyn i są w tym niezwykle uczciwe. Gdy zdarzyło się coś, co sprawiło mi przykrość, natychmiast przeprosiły, każda za współudział, za niezrozumienie. A mnie najbardziej dziwiła jedna rzecz – jak to możliwe by żyjąc zgodnie z tak ostrą regułą, tak walcząc z ciałem, zachować taką łagodność? I radość? Tej radości było tyle, że chichrałyśmy całymi godzinami, one zaś prowokowały ile wlezie, zatańcz, mówiły, albo zadaj któreś ze swoich dziwnych pytań!

Do grupy wprowadziła mnie Maidripurna, ale od razu wiedziałam – tu nie praktykuje się przywiązania do ‘to moje’, więc musiałam ‘należeć’ do wszystkich, rozmawiać z każdą, każdej imię zapamiętać, starając się tak samo o bezstronność. Dziwne to uczucie należeć do wszystkich, gdy każde słowo jest tłumaczone i powtarzane, i z każdej pięciominutowej nieobecności trzeba się tłumaczyć. Jest grupa, sangha, jeden organizm, dołączając się do niego, oddycha się w tym samym rytmie, i w tym samym maszeruje drogą.

Mniszki opuściły Palitanę tuż przed wschodem słońca, bo przemierzają Indie pieszo, zawsze pieszo, niosąc cały swój skromny dobytek, a naprawdę niewiele tego. Idą wzdłuż głównych dróg, ich białe prościutkie szaty podrywane są co chwilę podmuchem mijających je ciężarówek, idą do następnej dharmasali, miejsca odpoczynku, w jakiejś takiej upartości jakby chciały zawstydzić pędzący obok świat, świat przemykający pospiesznie, chyłkiem, byle jak, podczas gdy one idą błogosławiąc każde życie, zamiatając mrówki sprzed nóg, szepcząc swoje śloki … Chodzą po tych rozpalonych asfaltowych drogach boso, bo na drogach polnych, gdzie ziemia miękka, wciąż żyją różne istoty i tam nie wolno im postawić stopy …

Podejrzewam, że dziś modlą się już za całą Polskę albo przynajmniej za wszystkich moich bliskich i znajomych, bo byłam pierwszą Europejką, która do nich na chwilę dołączyła, pierwszą, której opowiedziały aż tyle … Jedyne co przychodzi mi dziś do głowy to wiecie co? Jeśli znacie kogoś w depresji, kogoś kogo boli każdy dzień, to powinien tu przyjechać, do nich dołączyć… Ta ich energia leczy, leczy ich prostota, leczy droga i troska, jaką okazują innym, mówię poważnie!

A więcej powiem gdzie indziej i kiedy indziej, bo mniszki dalej w sobie noszę, ściskam mocno.