(13) Miłość pełna ambiwalencji

Miłość pełna ambiwalencji, jak każda? Taka jest ta moja wobec Indii, wcale niełatwa i wystawiana na próbę za każdym razem, gdy przemierzam subkontynent z południa na północ. Bo południe, jak wiecie, jest miękkie i łagodne, usiane kwiatami, pachnące eukaliptusem, doprawione do smaku cudownym miętowym chutneyem. A północ? Północ dla mnie to duże miasta, a im większe skupiska ludzkie, tym mniej w nich człowieczeństwa, powiem trywialnie. I niestety, ja sama staję się łatwo trybikiem w maszynie prężnych Indii, zaczynam walczyć o swoje prawa i bucham agresją jak monster. Wstyd, Gandhi byłby moim zachowaniem zażenowany!

No bo to jest tak. Z jednej strony zaznaję w Indiach olbrzymiej troski i niezasłużonej, bezinteresownej dobroci, w setkach małych i dużych gestów. Nie tylko w Kerali, ale choćby podczas mojego przystanku w Gudżaracie. Najpierw przyjęły i karmiły mnie mniszki, i choć same pościły wkładały mi do ręki co rusz smakołyki, masz, Anoushka, suszone mango, pycha albo spróbuj tego – wyłuskując przywiezione dla nich z dalekich stron migdały i słodkie ladoo z Kalkuty. Z kolei napotkany pod sklepem pan Mehta, co jest export menedżerem laminatów kuchennych, mało nie zakrztusił się papierosowym dymem, gdy powiedziałam, I’m Polish, i nabierając z wysiłkiem powietrze powiedział, Poznań ze zmiękczonym, właściwym ‘ń’ na końcu, bo w lutym tam właśnie służbowo zawitał i w imię tego resztę dnia spędził szukając dla mnie połączenia do Delhi.

Naprawdę, pomimo dzisiejszej frustracji, pamiętam miłe gesty. Innego Gudżaradczyka prowadzącego kram z ulicznym jedzeniem niedaleko Sabarmati Ashram, pierwszego ashramu Gandhiego. First time in Ahmedabad? Spytał. Kiwnęłam bez przekonania głową, wcale nie żałując, że pierwszy raz tu jestem. Not first time in India? Ano nie, odrzekłam też bez przekonania, za to on nabrał pewności, że należy mnie ugościć. Zamówiłam skromnie, dwa puri i proste curry, obok których pojawiać się zaczęły na chybocącym się taboreciku kolejne miseczki. You try, powiedział pan, channa masala, good channna, free of charge, po czym polecił siedzącej za nim na chodniku pani zrobić miejscową bhaturę – taki placek z miętą, żebym spróbowała. Placek powstał w mig, pani miała wszystko co trzeba pod rękę i wprawę ogromną (900 puri dziennie i 200 bhatury), na taboreciku pojawiło się też słodkie butter milk i chai. Miał być breakfast, zrobił się z tego lunch, ale pan się cieszył, że jestem, cieszyli się też wszyscy klienci, więc siedziałam i siorbałam ile mogłam. How much?, spytałam w końcu, na to pan, że nic, a ja, nie, please, daj mi zapłacić. Nalegałam i nalegałam aż powiedział w końcu 10 rupii, śmieszną kwotę, tyle co za jedną herbatę. Dałam niewiele więcej, bo tak należało, a na pożegnanie wstała również pani od placków, uśmiechnięta od ucha do ucha i wtedy dopiero zobaczyłam, że jest kaleką i idąc wygląda tak, jakby miała się złożyć jak scyzoryk i przewrócić. Ale uśmiech pamiętam przede wszystkim, tak wybieram pamiętać…

I pomimo tych wielu gestów dopadła mnie frustracja na ostatniej prostej do Delhi, idąca w parze z grypą, oczywiście. Bo Hindusi są też okropni! Bo są inni od nas i nie są czarno-biali. Potrafią oddać ci swój obiad i zapomnieć, że w ogóle na niego czekasz, mówiąc w przenośni. Są skorzy do wielkich poświęceń i jednocześnie miewają kompletnie gdzieś drugiego człowieka, bo nie nawykli do taktownego brania innych pod uwagę. Tak jest. W końcu to kraj przeludnienia!

Więc bywa też tak, że ma się ochotę nimi potrząsnąć. Albo rozszarpać. Potrząsnąć miałam ochotę rodzinę w pociągu, z którą podróżowałam, niestety w tym samym przedziale, dobrą klasą, więc rodzina też bardzo middle-classowa. W dżinsach i z setką parafernaliów dla dwójki dzieci, z którymi podróżowali, jak przykładni zachodni rodzice, tyle, że dzieci kaszlały i kichały tak, że powinny były siedzieć w domu. Zawirusowały mnie całą, poprawił to jeszcze tatuś, spoczywający najbliżej mnie, więc wczoraj rano, nieprzytomna od gorączki, witając Nowe Delhi, palnęłam kazanie … że się w takim stanie nie podróżuje, że nosi się maseczki, że w Gudżaracie panuje świńska grypa i co oni sobie myślą, że tak w ogóle o innych nie myślą. Tatuś okazał mi najwyższe lekceważenie, mamusia dając młodym przykład warknęła ‘sorry’ i rozpychając się wysiedli niosąc swoje zasmarkane dzieci i zostawiając mnie sam na sam z moją potwornie ciężką walizką …

Poszłam do hotelu, bo dopiero za dwa dni będę miała mieszkanie. Matko Boska, na brudnych poręczach leżały szmaty z pewnością położone tam parę lat temu, ale w gorączkowym amoku urzekło mnie łóżko, ogromne, okrągłe, pewnie z przeznaczeniem na wynajem na godziny, o czym oczywiście nie pomyślałam w porę, ale musiałam gdzieś szybko zalegnąć. Przyszedł lekarz, odespałam otulona szczelnie własnym śpiworem, i zaczęłam walkę sprawiedliwych, którą toczę nadal.

Mieliście zmienić mi prześcieradła o 10!, krzyczałam wczoraj, i ręcznik, ręcznik też! Na co koleś w drzwiach zawołał innego kolesia, a ten kolejnego, z których ostatni mówił po angielsku i oznajmił, że zrobi się, ale popołudniu. Oczywiście, usłyszałam to samo rano, a popołudnie już dawno dojrzało, więc jak krzyknęłam pełną parą – dziwiąc się, że jednak głos mam zupełnie zdrowy – pojawił się menedżer – doskonały mariaż delhijskiego cwaniactwa i lenistwa – niby przepraszając, niby się starając, a naprawdę mając jak inni wszystko gdzieś. Kolesie w ósemkę siedzą od rana w recepcji i gapią się w telewizor, grzebią w komórkach, grzebią w zębach i nosie, i gdzie tylko jeszcze, podczas gdy hotelowi goście dostają szału… No i po co? Nie szkodzi, że miał być net, a tylko bywa, że na veg thali czeka się godzinę, a czaj idzie do pokoju chyba z sąsiedniej Haryany, nie szkodzi, że sprząta się tylko powierzchnie proste pod nogami, czyli podłogi, szorując je lizolem tak, by się wszyscy szybciej udusili, a innych powierzchni się nie tyka … Jakoś to przecież funkcjonuje, po co więc robić coś więcej? Wyzwałam ich od brudasów, pokazując w holu kąty i zakamarki, gdzie jest brudno, ale założę się, że nie zrozumieli … Jak któryś jeszcze raz harknie i odplunie w zasięgu moich uszu i wzroku, to chyba ich uduszę! Really, ten kulturowy skok jest ponad mojje siły!

A na dodatek, jestem pewna, że i ci kolesie bardzo by chcieli widzieć mnie uśmiechniętą, szczęśliwą, bo taką naturę mają Hindusi zakładając, że nie muszą nic robić takiego na co akurat nie mają ochoty. Nic w imię obowiązku. Kurcze, muszą na to poczekać aż grypa mi przejdzie. I wtedy okaże się pewnie, że są do rany przyłóż, że pójdą po gazetę i skoczą po sok. I okaże się również, nie pierwszy to raz, że do tego potrzebna jest right atittude z mojej strony, a nie taka rozeźlona, wroga … To prawda i chce mi się z tego śmiać – w Indiach zawsze widać współzależność wszystkiego, a nastrój czy nastawienie człowieka powielane jest w setkach par oczu każdego dnia…

Więc widzicie, będzie lepiej gdy w głowie trochę przebrzmi złość. Na razie zaznaję jej do woli, a co mi tam, za te trudy podróży i cudzą grypę, poza tym to energia, niech płynie i doda mi sił!