(19) Wyspa Mafia, odsłona druga

Od paru dni mieszkamy w Kilindoni, stolicy wyspy, która jest po prostu większą wiochą i na szczęście, niemal zupełnie pozbawioną muzungu. Wpadłyśmy już w pewną miłą rutynę – wstajemy rano i przed śniadaniem idziemy na targ rybny, kupujemy krewetki albo jakieś lepsze ryby i niesiemy do zaprzyjaźnionej knajpki, gdzie z menedżerem – aniołem, co oszczędza naszą kasę jakby była jego własna i nie chce przyjąć żadnego napiwku – dyskutujemy co by tu z łupem tego dnia zrobić. Przy tym piję kawę, mambuję i jambuję (czyli pozdrawiam tubylczą ludność, co zajmuje sporo czasu, bo wymienić pozdrowienia trzeba z każdym), Jaśmina poprawia śniadanie sokiem z papayi i idziemyna plażę.

Dalej mambując i jambując mniej więcej tak: Oni: Mambo! (hello)Ja: Mambo poa! Habari gani? (hello. Jak leci?)Oni: Nzuri, asante. (W porzo, dziękuję.)  Po czym następuje szereg innych zdań, których za jotę nie rozumiem, ale potakuję po ichniemu (EeeEEE), żeby podtrzymać konwersację. Czasem mi to wychodzi, czasem zaś pokładają się ze śmiechu i mnie przedrzeźniają. Poproszę chyba naszego restauracyjnego anioła żeby udzielił mi paru lekcji!

Zwykle chodzimy się kąpać na plażę za wioską rybacką i resortem Włoszki przed rzeczką, która znaczy granice Marine Parku. Pewnie już wspominałam, że parę lat temu skrzyknęło się paru biznesmenów, oczywiście białych, i posługując się świetlanymi hasłami ochrony natury, tak naprawdę położyło łapę na połowie wyspy, spryciarze! Dopytuję tubylców co na ten temat myślą i wychodzi na to, że tak samo sprawę  postrzegają – ale jakoś nie dają się podpuścić do strajku zorganizowanego protestu! Tak to robi się tutaj biznes, na ekologicznej ideologii, trochę jak w Polsce, prawda?:))

Dziś przekroczyłyśmy zaklętą granicę, bo ponoć nie ma co się przejmować – opłaty pobierane są tylko po drugiej stronie wyspy – za rzeczką woda i plaża zupełnie taka sama. Plaża jest puściutkia, czasempojawi się tylko para Szwajcarów albo rybak z jakimś łupem, poza tym nikogo. Bezkres wody mieniącej się kolorami, od jasnej, trawiastej zieleni po turkus z wakacyjnej broszury. A jak podryfujemy nad skupiska wodorostów, wokół skakać zaczynają małe fruwające rybki. Jaśmina twierdzi, że brakuje tylko „lokaja”, który po wyjściu z wody wycierałby plecy i podawał bananowego milkshake’a :)). Ja się bardzo cieszę, że żaden taki tu nie stoi – gdyby stał, za nim, w palmowym gaju, kryłaby się armia komercyjnych dostawców wygody.

Przedwczoraj raj na chwilę zatrząsł się w posadach. Pogryzły mnie muszki plażowe i na dodatek mam na nie uczulenie – wieczorem miejsca po ukąszeniach popuchły jak jasny gwint, a jedno miałam wielkie jak piłka tenisowa:)) Na szczęście w „stolicy” jest apteka – i jak pokazałam swoją bulwę, murzyńskosć wyciągnęła spod lady złote antidotum. Po kąpieli długiej i przedniej wróciłyśmy na nasze krewetki. Krewetki pychotka, po kilo na głowę, a do tego co rusz to przypałęta się trochę dwunożnego lokalnego folkloru. Dziś na przykład taki jeden, co zasuwał bardzo ładnymi, okrągłymi zdaniami po angielsku – niczym po pierwszym stopniu Callana:)) – jak powiedział co wiedział, zakończył zdaniem z jakiegoś amerykańskiego filmu: „And now, ladies and gentlemen, this discussion is over”. I sobie poszedł.

Nasza restauracyjka wkrótce zostanie zrównana z ziemią, bo kończy im się najem, a lokalna większość jest muzułmańska i życzy sobie postawić tu meczet – zresztą kolejny, bo jakiś konkurencyjny muezzin i tak budzi mnie co rano. Ciekawe, czy bar znajdujący się naprzeciw,ulubiony przez masajskie plemię, przetrwa?

Nieprzerwanie zadziwia mnie ichni synkretyzm religijny. Restauracyjny anioł jest muzułmaninem, ale bardzo ucieszył się z breloczka z papieżem i już go nosi przy kluczach. Podobnie było na lądzie,anglikanie w Silitake na zachodzie kraju całowali zdjęcie papieża, a luterańscy znajomi z Mpandy powiesili sobie reprodukcję ikony nad wejściem, nie mówiąc o tym, że po nabożeństwie często udają się prosto do czarownika:)).

Nawet tutaj, gdzie pojazdów mało, bo jak je tu dostarczyć, najlepszy jaki widziałam, wypasiony i wypucowany Landrover należy do organizacji pomocowej – unijnej zresztą, która zadaniem jest ochrona lokalnych żółwi – i znów, dość popularny to sposób na urządzenie się w życiu!