(2) Lankowe wzgórza

Dziś pochmurny dzień w Nuwara Eliya, górskiej miejscowości na południe od Kandy, dokąd ludzie jeżdżą pochodzić po górach lub się ochłodzić – i rzeczywiście, od dwóch dni schładzamy się tak bardzo, że już tęsknię za tropikiem. Śmieszny jest człowiek, a może człowiek Różański, bo pędząc w poszukiwaniu idealnego klimatu dochodzi do wniosku, że nigdy idealnie nie jest. Widzicie, idealnie jest w Polsce, wiosną i latem, i donikąd przenosić się nie trzeba:))

Tak naprawdę, choć pogoda jest kapryśna, jest tu wyjątkowo pięknie. Nuwara Eliya leży w sercu ogromnych plantacji herbaty i słusznie nazywana jest Little England: to Brighton przeniesione w subtropikalny klimat, zatopione pośród kwitnących wspaniałości gladioli i róż, kliwii i azalii, storczyków i anturium, i tych wszystkich kwiatów, których nazw niestety nie znam. Architektura z czasów Tudorów, doprawiona słodkim kiczem. Siedzę na trawniku pod drzewem marakuji, właśnie dojrzewającej, z widokiem na Bishop House i co najmniej trzy kościoły, a za plecami mam nasze lokum – i choć skromne, to też uroczo po-brytyjskie. Zapewne był to kiedyś dom niższego rangą urzędnika służby kolonialnej i stoi, tak jak stał, przy Water Field Drive, gdyż nazw ulic nie zmieniono. Ba, wygląda na to, że nawet czajniczki w których miły właściciel podaje kawę, też pochodzą z tego okresu, jak i całe wyposażenie domu, które z lubością oglądam: kuchenne meble i dwie spiżarki, wypoczynek w salonie, toaletka i wieszak w naszym pokoju, mosiężne uchwyty przy oknach i zapadki w drzwiach … wszystko dalej spełnia swoją funkcję. Tuż za nami znajduje się wypasiony St. Andrew’s hotel, z wymanicurowanym trawnikiem, lokajami w białych rękawiczkach i wyjściem wprost na pole golfowe. I inaczej niż w Indiach, to wszystko żyje życiem, do jakiego zostało powołane, pole golfowe, tor wyścigów konnych, Victoria Park i ogrody botaniczne …

Perłą w tym skansenie jest Hill Club, wstęp tylko dla członków i oczywiście białych turystów, dokąd na kolację należy przyjść w smokingu lub chociaż garniturze, gdzie pod nogami skrzypi drewniana podłoga, polana w kominku przykładnie trzaskają, a brandy podaje się w osobnych salach dla ladies and gents.

Nabierając się na ten śliczny obrazek nie mogłam uwierzyć, gdy natrafiłam w necie na raporty organizacji pozarządowych twierdzących, że to bardzo biedny rejon, gdzie 40% dzieci jest niedożywiona. No bo przecież takich rzeczy nie widać. Na tutejszych plantacjach herbaty robotnikami – zbieraczami są tylko Tamilowie, zwłaszcza kobiety, schylone nad krzewami herbaty przez dziesięć godzin dziennie. Nie ma Tamil Lanki, jest za to pół miliona Tamilów na plantacjach harujących za 30 zł dziennie – tak jak w Kerali, tyle że na Sri Lance na nic to nie starcza. Ale biednych nie widać, dotyka jedynie natarczywość sprzedawców, którzy wcisnąć chcą każdemu trzy kurtki North Face’a i dziesięć firmowych polarów Made in Sri Lanka z iście nie-lankijską zaciekłością.

W kuchni w naszym home stay’u, gdzie co wieczór mieszam sałatkę z awokado o złotym, idealnie dojrzałym miąższu, wisi kalendarz, na którym oznaczone są wszystkie święta: buddyjskie pełnie księżyca, niedziele i święta chrześcijańskie, muzułmańskie i hinduskie – kwietniowe holi, listopadowe divali i co tam jeszcze … Przeglądając go zdałam sobie sprawę ze złożonej tkanki tego społeczeństwa, z sąsiedztwa różności. Niesamowite, syngalescy buddyści, tamilscy i syngalescy chrześcijanie, tamilscy muzułmanie i hinduiści … i do tego trzeba odbudować zniszczoną wojną północ, przyjąć uchodźców z indyjskiego Tamilnadu, i dostając ekonomicznie w kość poczuć, że jest się jednym krajem.

A na zakończenie śmiesznostka: idziemy sobie wczoraj podziwiając kolonialne domki, przysiadam, próbuję zapalić papierosa i nie mogę, gdy podchodzi do mnie pan w czarnym garniturze podając ognia. Pan wyskoczył właśnie z Grand Hotelu, najdroższego miejsca w Nuwara Eliyi, przedstawia się i mówi, że jest potomkiem Uzbeka i Hinduski, którzy osiedlili się w Arabii Saudyjskiej. Przysiada w tym garniturku na murku obok mnie i wyciąga jointa. Och, jak cudownie, mówi, jutro mam spotkanie z panią minister od spraw kobiet i dzieci, ale dzisiaj nic nie muszę. Och, jak masz fajnie, że ty tak na murku, dzisiaj i jutro, i nic nie musisz. Kiwam głową, bo to jest cudowne.

Jutro wracamy do Kandy na festiwal Vesak, będzie tłoczno i kolorowo; a tu wyszło znów słońce, więc jedziemy do ogrodów.