(21) Bagamoyo, perła Oceanu Indyjskiego

Od dwóch dni jesteśmy w Bagamoyo, miejscu uroczym, bo ma małe Stone Town jak na Zanzibarze, niemieckie forty i bomy, jak też plażę i targ rybny, i na dodatek, rzeźbiarzy z plemienia Makonde i licznych rasta-artystów. Jaśmina miała wczoraj 18-ste urodziny i Allah jej sprzyjał. Tzn. na początku nie bardzo, bo musiała pół dnia zwiedzać i to z przewodnikiem, ale za to potem nadrobił – wysypał jej drogę muszelkami kauri i poprowadził do rasta-knajpy z krewetkami, burdelowym oświetleniem, muzyką reggae, łagodnie pomrukującym, naprutym rastą przy naszym stole i mamą, która wreszcie, zupełnie legalnie, postanowiła się z córką napić. I pośmiać. Happy birthday, my dear!

A wracając do Bagamoyo – to miasteczko o historii splątanej łańcuchami, skąd wyprawiano niewolników z Afryki centralnej dalej, przez Zanzibar, w okrutny świat. Bagamoyo było punktem zbornym do którego docierały karawany z kością słoniową i niewolnikami znad jezior Tanganika i Victoria. Sama  nazwa miasta o tym mówi, albo raczej krzyczy – bo oznaczała najpierw „miejsce, gdzie odetchnę” a potem „gdzie rozpadnie się serce”.

Port, gdzie ładowano niewolników na galery przetrwał – idąc wieczorem plażą zalaną bladą poświatą księżyca – jak nie z tego świata – zdałyśmy sobie sprawę w którymś momencie, że stoimy na podmytejwodami oceanu rampie, po której jeszcze sto lat temu schodzili ludzie z łańcuchami na szyi. Niedaleko dalej znajduje się forteca, gdzie Niemcy wieszali nieposłusznych, a parę dekad później Brytyjczycy pakowali za kratki następne pokolenia. „Pamiątek” takich tu sporo – śladów przepychu arabskich domów i herbaciarni, niemieckiej wyższości uplasowanej za wysokimi murami, brytyjskiego poczucia ładu i przestrzeni, który został odciśnięty na wieki w rządkach zielonych skrytek pocztowych na tutejszej poczcie. A niektóre rzeczy trwają nadal – ledwie co ustąpiły naporowi czasu – jak kościół na terenie pierwszej katolickiej misji w Tanganice, szkółka misyjna, gdzie przygarnia się dzieci i wlewa im inny świat do głowy. I handlarze, może już nie arabscy i nie indyjscy, mniej sprytni, ale wciąż tak samo chciwi, którzy sprzedali nam cudeńka – monety z końca osiemnastego wieku, kiedy terenyte należały do omańskiego sułtanatu.

Próbuję sobie wyobrazić, co kryje się w cieniu domów i podwórek Bagamoyo. Ostatni transport miał miejsce w 1922 roku, ostatnia wyzwolona niewolnica, Marie Ernestine, zmarła w 1974. Dziadkowie i pradziadkowie mieszkańców Bagamoyo byli albo niewolnikami w drodze na targ na Zanzibarze, albo niewolnikami w arabskich domach i na plantacjach tu na miejscu, albo posiadaczami niewolników. I tu bach,  potęgi kolonialne postanowiły, że basta, abolicja, na konferencji w Berlinie w połowie ’80lat dziewiętnastego wieku, i zabroniono Arabom handlować tutaj ludźmi. I co? Z dnia na dzień wolni, ludzie o niewolniczej tożsamości i ci, którzy byli kimś, ofiary i oprawcy, mieli odtąd żyć za pan brat?Ciekawa jestem jak sobie z tym poradzili – w tym miasteczku, gdzie wszyscy są potomkami niewolników i ich właścicieli.

W katolickim muzeum pełno zdjęć, map i szkiców jeszcze sprzed niemieckiej kolonii – wśród nich jedno zdjęcie, które wgryzło mi się w pamięć – zbite stadko ludzi oczekujących na transport. Jeszczeprzed chwilą myśleli, że idą z karawaną niosącą kość, że lada moment wypełni się ich los i wrócą tam, skąd przybyli. Rogi kości słoniowej ułożone na wielki stos, Arabowie pochyleni uważnie liczą,porterzy odpoczywają, a oczy tych ludzi już nie krzyczą, ani nie żebrzą o litość, nawet nie patrzą w dal. Mają w sobie coś absolutnie przeszywającego, silniejszego niż lęk, może świadomość nieuniknionego, która przyszpila ich do ziemi i sprawia, że wyglądają na bezwładnych.

W muzeum są też tzw. „frei briefe”, dokumenty przyznające niewolnikom wolność w imię Kaisera. A zatem dokładnie sto lat temu wolność nie była bezspornym i przyrodzonym prawem człowieka – a ile osób dzisiaj sądzi dokładnie tak samo, tych na przykład, co handlują dziećmi? Są też dokumenty „wykupu” niewolników przez francuskie siostry zakonne – spisane pochyłym, uczniowskim pismem – z ceną, imieniem oczywiście nadanym, chrześcijańskim, datą chrztu i kolejnych sakramentów oraz „obserwacjami”. Musi to być przednia lektura, ale nie sądzę, żeby ktoś to wszystko przepisał i opublikował. A że historia zwykle groteskowa jest, czasy świetności Bagamoyoprzypadają na czas handlu ludźmi; gdy ten ustał, a kupcy przenieśli się do ówczesnego Dara Salami – Bagamoyo zaczęło podupadać i do dzisiaj nie przestało. Pobędziemy tu zatem parę dni, by zasilić miejscowych i zaśpiewamy jak porterzy z karawany niosący kość słoniową z Ujiji:

Be happy, my soul, let go all worries; Soon the place of your earnings is reached; The town of palms, Bagamoyo! Far away, how my heart was aching When I was thinking of you, you pearl, You place of happiness, Bagamoyo.