(22) Niedziela, święcąc Dzień Pański w Bagamoyo

Dziś poczułam zew by pójść do kościoła, do tego uroczego kościoła na terenie misji, gdzie kiedyś francuskie siostrzyczki wykupywały nie-wolnych-ludzi i przystosowywały ich potem do życia. Osiedle, które stworzyły, nazywało się Christian Freedom Village, a cała bardzo poprawna historia misji została opowiedziana na obrazach nad głównym ołtarzem:Voila, najpierw byli źli arabscy kupcy i ludzie zakuci w dyby; potem pojawiło się dwóch bardzo brodatych ojców; następnie czarni stali się wolni i po prawej stronie ołtarza – w wesołych farbkach naniesionych ręką naiwnego artysty – widzimy oto, jak się wolni ludzie uczą alfabetu, stolarstwa i uprawy roli, a to wszystko pod opiekuńczym okiem duchowych pasterzy.

Wielki ten mit z kościelnego nieboskłonu patrzy na owieczki, a owieczki w niego widocznie wierzyć muszą, bo kościół w niedzielę jest pełen. Otwarty na trzy strony świata, wpuszcza wiatr, i szum palm, i zapach frangipani, które rosną tuż obok – i po tym jak chór rozśpiewał się i rozkołysał w pierwszych ławkach, nawet mój antyklerykalizm odpuścił na tyle, by zagarnęła mnie wspominkowa nostalgia.Przypomniało mi się, że tak samo gorąco śpiewano gospel w Akrze. Stawiano mnie w kościele na ławce, gdzie sobie podrygiwałam do rytmu, i tak właśnie hecnie i radośnie kojarzyło mi się coniedzielne misterium.

Bagamoyskie misterium zjednało sobie mnie całkowicie, gdy zerkając na zegarek stwierdziłam, że w ciągu pierwszego kwadransa mszy songów zaśpiewano już sześć, a czarne mammy zaniosły Biblię przez główną nawę przytupując bosymi stopami i zarzucając, wielce zmysłowo, biodrami na boki. Afrykański kościół nie odcina się od ciała i pewnie nigdy nie zajmował się tym, czy ciało Pana Jezusa było bardziej ludzkie czy bardziej boskie i gdzie ta boskość tak naprawdę zamieszkała.

W czasie kazania ksiądz zamienił się w showmana, i jako że kisuahili pozostawił mi całkowitą dowolność interpretacji, kazanie uznałam za przekonywające:)) Ponadto, ksiądz jakoś tak nie oddziela się od owieczek, tylko wędruje między nimi machając im przed nosem rączkami, więc groza zapada tym większa, im bardziej te rączki się zbliżają. Ubawiłam się też w czasie zbierania datków – instytucja „tacy” nie istnieje – zamiast tego wychodzi się grzecznymi rządkami by wrzucić pieniążek do „donation box” pod ołtarzem (osobno dla kobiet, osobno dla mężczyzn – sic!), a następnie kolejny pochód niesie te datki raz jeszcze, dorzucając do tego inne ofiary: np. proszek do prania, ciasteczka i większe przekąski – trochę jak do plemiennego czarownika:))
Tak czy siak, atmosfera była podniosła na sposób radosny; murzyńskość wystrojona jak nigdy, aż mi w oczach migało od papuzich różów poprzetykanych srebrem i bez oporu wtopiłam się w przestrzeń i nastrój – taki mój „childhood trip”:)).