(24) Trip z tripem, czyli z Bagamoyo do Stone Town

Chwilę po północy byłyśmy w porcie i od razu mój nastrój przygody zmienił się w podejrzliwość – cholera, żadnych pasażerów czekających na dhow! Podbiegł do nas Wytrzeszcz wrzeszcząc, że „alldhows left”, a ten, co nie left – zatrzymał specjalnie dla nas i gdzie mam ten świstek papieru, na którym napisać miałam swoje dane. Świstek oczywiście wyrzuciłam, bo Wytrzeszcz już w ciągu dnia mi się nie podobał, a ten teraz podkręcał atmosferę krzycząc, że „You shit with me”. Wow!Ok, należało uzyskać jakiś stempel, że się opuszcza stały ląd. Wśród straganów stoi kolejny mądrala, Żółty, i mówi, że reprezentuje Port Authority.

W żółtym przybrudzonym dresiku wcale na to nie wygląda, więc mówię mu, że niby czemu mam mu ufać. Obrażony niesłychanie wyciąga pęk kluczy i prowadzi nas w stronę Customs House, gdzie lądujemy w jego „biurze”. Biuro wygląda tak, jakby przed chwilą opuścili je Brytyjczycy – z jedynym nowoczesnym akcentem w postaci lodówki stojącej tuż przy biurku.
Nie wiem zupełnie o co chodzi, ale spisać należy dokument – tyle, że Żółty za cholerę nie może znaleźć czystej kartki papieru. Mruczy przy tym, że „It’s not my job to have paper”:)) W końcu wyrywa dwie stronniczki z jakiegoś zeszytu i każe mi pisać swoje dane i oświadczenie, że „wyjeżdżam na Zanzibar łodzią dhow na swoje wyłączne ryzyko i odpowiedzialność”. Dopisuje nazwisko kapitana, który stoi obok (bosonogi i młodszy od Jaśminy) i podbija urzędową pieczątką. Ja przepisuję całość ponownie i tak powstaje ksero, które mam z sobą koniecznie zabrać, by mnie na Zanzibar wpuszczono.

Przechodzimy do następnej części, już nieco zestrachane, bo nasza dhow ma krzywy maszt i kołysze się dość daleko na morzu. Ciemno, sami suahili boys dookoła, a woda w kolorze ich skóry. Wytrzeszcz znowu zaczyna kombinować, zamiast 20 tys., które miałyśmy zapłacić, żąda 35. Ja oczywiście robię w tył zwrot, wkurzona na maksa, że po cholerę się w nocy tutaj telepałam. Podchodzę niby „pożegnać się” z Port Authority i kabluję na Wytrzeszcza. Port Authority, dłubiąc w nosie, wysłuchuje mnie i staje po naszej stronie, robiąc cwaniakowi kazanie – „It’s not right” słyszę raz po raz i już mi lepiej, za to Wytrzeszcz coraz bardziej wytrzeszcza te swoje okropne, szaleństwem zaprawione oczy. Dochodzimy do konsensusu, więc wracamy na brzeg. I tu pojawia się kolejny problem – na dhow trzeba dostać się małą łódeczką, za którą Wytrzeszcz znów chce skasować 10 tysiaków. Scenę powtarzamy – wracam do Żółtego – ten zaprowadza porządek, a Wytrzeszczowi oczy z wkurwienia zaraz wypadną.

Dalej krzyczy, że „he helped us so much”, że powinnyśmy się odwdzięczyć. Miotam się między strachem przed tą ciemną topielą, wielką wodą, krzywym masztem i Bóg wie jakim towarzystwem na łodzi, ale brniemy dalej – po kolana w wodzie – i próbujemy się załadować z plecakami do małego czółna, w którym nie można nawet stopy postawić prosto. Jak się okazało, Wytrzeszcz, który usiadł za plecami Jaśminy, zdążył jeszcze rozpiąć przednią kieszeń jej dużego plecaka licząc, że coś buchnie. Allah go pokarał, pogrzebał sobie tylko w brudnych gaciach mojego dziecka:)).
Przepełzając przez burtę, załadowałyśmy się jakoś na dhow. Tyle że znów mnie trochę pot oblał, bo owszem, pasażerów było może z trzech – przewożących śmierdzącą kasawę, załogi zaś czworo, ale z
pewnością wszyscy byli płci męskiej. Wysiadać, czyli rzucić się do wody czy zostać? Zostałyśmy, stwierdziłam, że Żółty nas spisał, kapitana zna, i że od czasu do czasu muzungu tą trasą ponoć pływają.

Ale całą noc oka nie zmrużyłam, pilnując na wszelki wypadek Jaśminy i bagażu, a poza tym, leżałyśmy jak reszta pasażerów na dechach, więc cholernie było twardo. Trochę mi lęk odpuścił, jak wypaliliśmy papierosa z załogą i okazali się mili i jakoś nami niezainteresowani. Na szczęście musieli się interesować trzymaniem tego jednego żagla – bo dhow jest spore i jednożaglowe – a żagiel dmie na przedzie w poziomie. Jak murzyńskość złapała wiatr, to go już trzyma w jednym żaglu i daje się pchać do przodu:)). Potem zrobiło się pięknie, bo żagiel łopotał przednio, a gwiazdy były tak wyraziste jak w górach Atlasu – rozsypane diamenty, które wydają się na wyciągnięcie ręki.
Młoda pochrapywała lekko i tak to dopłynęłyśmy o wschodzie słońca na Zanzibar. Wyspa o tej porannej godzinie wydaje się magiczna, słońce wstaje za palmami by zaraz wydobyć z mroku stare arabskie budynki stojące na brzegu. Chłopakom udało się przecisnąć między innymi dhow, bez centymetra luzu pomiędzy burtami, i dobić do portu, gdzie ja biłam brawo im, a ludzie na brzegu i rybacy w łodziach nam.