(25) Zanzibari Stone Town

Funguni Palace Hotel wybrany przez Jaśminę, zesłany nam został chyba przez Opatrzność, ale uświadomiłyśmy sobie to dopiero parę dni później. Stone Town to Marrakesz w skali mikro i gdy odespałyśmy trochę, poszłyśmy zagubić się w labiryncie jego wąskich uliczek. Gubić się jest najprzyjemniej, bo można wtedy gdzieś się zaplątać i trafić np. na chłopców karmiących małpy przez kraty w oknie, w  jakimś opuszczonym, zapomnianym domu. Rozdzieliłyśmy liczi, na które teraz jest sezon po równo, między siebie, chłopaków i małpy, a potem powędrowałyśmy dalej. Na  jakimś podwórzu hinduska dzieciarnia zaprosiła nas do zabawy i próbowała nauczyć gdy w kulki („marbles”), ale za cholerę nam nie szło.

Stone Town pełne jest Arabów, Hindusów oraz turystów. Momentami ma się wrażenie, że to już nie Afryka. W związku z tym, że zdecydowana większość to oczywiście muzułmanie, a teraz jest ramadan, krążąc po uliczkach nie bardzo wypada pić (ani palić) publicznie, a poza bardzo drogimi knajpami wszystko jest zamknięte, więc można paść z głodu i pragnienia. Jak sobie ponarzekaliśmy z pewnym czarnym chrześcijaninem, cierpimy wspólnie z powodu „narzuconego postu”, a muzułmanie się cieszą:)).

Jak się już człowiek zacznie słaniać, pełen estetycznych wrażeń konsumowanych na pusty brzuch, to w końcu słyszy wezwanie muezzina do wieczornej modlitwy – co oznacza, że lada moment kuchnie ruszą pełną parą. W Stone Town jest takie bardzo znane miejsce jak Forodhani Gardens, ogrody nad brzegiem morza, gdzie każdego wieczora odbywa się wielki targ z owocami morza. Miejsce bardzo przyjemne i bardzo komercyjne, ale można się najeść, posiedzieć przy fontannie albo na murku nad morzem i pogadać z kim się chce – bo schodzą tu wszyscy, backpackersi, freaki, rasta, expaci, Masajowie i turyści z holiday packages. Ponadto, myśl o markecie w Forodhani Gardens pozwala jakoś przetrwać do wieczora!

Następnego dnia, choć Jaśmina opierała się przed wejściem na kolejną łódkę– żółwi argument do niej przemówił – popłynęłyśmy na pobliską wysepkę podziwiać gigantyczne żółwie z Seszeli. Chodzą biedaki pomiędzy stadem turystów, którzy każą im „pozować”. Żółwie w ilości ponad 150 rozmnożyły się z jednej parki podarowanej sułtanowi z 70 lat temu i teraz generują właścicielom tej prywatnej wyspy niezły dochód, ale są cudne! Może tak posiedzieć tu parę lat, kupić parkę żółwi, tym razem tych największych na świecie – z Galapagos – i o nic się już nie martwić?:))