(26) W poszukiwaniu raju na Zanzibarze

Uznałyśmy, że czas ruszyć dalej popluskać się trochę w oceanie na pożegnanie z Afryką. Usłyszałam od kogoś po drodze, że Matemwe to piękna, spokojna wioseczka na wschodnim wybrzeżu, więc rano zarzuciłyśmy plecaki na plecy i poszłyśmy na dworzec dala-dala. Jechałyśmy najpierw wzdłuż zachodniego wybrzeża, a potem w poprzek wyspy i rzeczywiście, gdyby Allah taki raj wiernym stworzył, nagrodziłby ich sowicie:)). Dala-dala wyrzuciła nas w pobliżu jakiegoś ośrodka z bungalowami, poszłyśmy się więc napić czegoś zimnego i rozejrzeć.

Och, rozglądać mogłyśmy się do usranej śmierci, bo całe Matemwe chyba oszalało – za „pokoik” pod dachem „makuti”, czyli z liści palmowych, gdzie węże uwielbiają przebywać, bez ścian ino z markizą, i bez łazienki, chciano 80 dolców. Poszłyśmy wzdłuż plaży i szybko okazało się, że jesteśmy w białej enklawie za wysokim kamiennym murem, który oddziela muzungu i ich resorty od czarnej wioski, a na dodatek, że w tej enklawie sami Amerykanie i Włosi, i każdy jak jeden mąż to nurek!

Czyli trudno o droższe miejsce – w Matemwe zaproponowano nam nawet taki sobie przeciętny bungalow za 350 dolarów od osoby. Co było robić? Wróciłyśmy więc do naszego hotelu w Stone Town jak niepyszne, czując się biedne, zmęczone, lekko zdesperowane i niechciane na Zanzibarze. To zdecydowanie nie jest miejsce dla backpackersów. Jaśmina padła, ja poszłam szukać natchnienia i jedzenia. Muezzin już swoje odśpiewał, śpiewał zresztą dłużej, bo była pełnia księżyca, więc zajrzałam do Hindusa na rogu napić się czaju i poskarżyć. Poszłam na internet i znalazłam nam bungalow w przyzwoitej cenie w Jambiani, na południowo-wschodnim wybrzeżu wyspy. Więc z take-away’em pod pachą wróciłam do Jaśminy mówiąc, że jesteśmy uratowane!

Historia potoczyła się dalej dnia następnego. Przy śniadaniu znów poskarżyłam się mammie właścicielce na chciwych muzungu w Matemwe i już z plecakiem na plecach Mr Alemu, naszemu kochanemu Hindusowi właścicielowi. Na co on uśmiechnął się filuternie (a dobry dla nas był od początku, bo płacimy połowę ceny) i spytał czy nie chcemy pomieszkać w jego prywatnym domu na plaży w Jambiani? Za 20 dolarów? I że zaopiekuje się nami Christina, Finka, z którą dwa dni temu jadłam śniadanie. Była akurat w Stone Town, bo odwoziła rodzinę na samolot, a sama wracała do domu Mr. Alego, gdzie mieszka od roku. Za chwilę zadzwoniła ponownie mówiąc, że czeka na dworcu dala-dala w taksie i że zabierzemy się razem.

I już jesteśmy na miejscu – dom jest prosty, ale bardzo wygodny, z ogrodem jak marzenie wychodzącym na plażę i kuchnią polową pod palmą, którą urządziła Cristina. Fajnie tak być staruszką i przycupnąć w takim miejscu. Ma się już wszystko z głowy – nie tylko obowiązki, ale też w nosie to, co inni mówią albo co wypada, albo jak się wygląda … Christina na dodatek lubi tubylców, nauczyła się kisuahili, więc oni też za nią przepadają. Obok nas znajduje się Vanilla House, pensjonat założony przez Polkę, Dorotę, co wyszła za tubylca i napisała „Dom na Zanzibarze”. Ja siedzę teraz na tarasie domu po drugiej stronie płotu, gdzie z kolei Niemka ma knajpkę i hotelik. Obok, na kanapie, najedzona po uszy Jaśminka wtula się w psa i trochę zagapia w nieco wzburzone dzisiaj, szafirowe morze.