(27) Jambiani i jambianizm

Jesteśmy w Jambiani już parę długich i spokojnych dni. Dzień, jak zwykle, zaczynam od kawy, której tu na szczęście szukać nie muszę. Idziemy albo do Kiddo’s Cafe, fajnej knajpki i guesthouse’u prowadzonego przez Lizę, Niemkę, i jej beach-boyowego-boyfrienda, albo zostajemy w „domku” i rozsiadamy się na werandzie. Wczoraj Christina zrobiła nam niespodziankę i jak wstałyśmy, czekały na nas gotowe naleśniki z kajmakowym smarowidłem.

Przeżuwając śniadanie myślę sobie, że zostanę wyznawczynią jambianizmu. W jambianizmie wierzy się w łaskawość czasu i przestrzeni. Czas rozlewa się wokół tak samo jak przestrzeń, niemierzona i niezmierzona. Przestrzeń zdominowana jest niebieskościami nieba i morza, czas zaś ma czas przybrać taki koloryt, na jaki akurat ma ochotę. Bywa więc pomarańczowo-złoty, gdy wdajemy się w niekończące się opowieści o swoim życiu, poszukując nieskładnie lecz wspólnie jakiejś celowości. Bywa biało-piaskowy, gdy wędrujemy brzegiem morza w czasie odpływu, a morze ucieka aż po horyzont i na jego miękkim brzuchu odciskają się stopy zanzibarskich kobiet i dzieci zmierzających ku swoim morskim farmom. Czas bywa też spowity w świeżą zieleń, gdy podlewam kwiaty w ogrodzie lub próbuję dotrzeć do domu skrawkiem plaży, która ostała się u stóp skał.

Myślałam, że jak się plażuje, to się czyta i pisze, albo smaży się na raka. A tu jest jakoś inaczej – nie powiem, że mam ręce pełne roboty, ale raczej, że dni wypełniają się same po brzegi i nic więcej poza ich własnym planem nie chce mi się w nie pakować. Nie wymuszam niczego, nie na to tu miejsce, niech się rządzi samo:))

Jambiani jest bodajże najdłuższą wioską na Zanzibarze, bo ciągnie się na siedem kilometrów i dotąd całej nie przeszłam. Idę czasem kawałek na północ i dochodzę do Paje, gdzie raj jest bardziej zaludniony i to głównie przez kite surferów. Siadam w knajpce przy lemoniadzie i podziwiam ich – jak pięknie wiążą dwa żywioły, wodę i wiatr, jak suną po wodzie lub nad wodą wierząc przez chwilę, że są jak ptaki … W Paje mają takie własne miejsce, gdzie nawet w czasie odpływu pozostaje płytkie lustro wody po którym mogą sunąć. A jak morze zaczyna oddychać gwałtowniej, surferzy zataczają coraz większe i coraz szybsze kręgi wykonując salta przy zwrotach. Tutaj czas jest przejrzysto-zielony.

Ostatnie dni mamy pełnię księżyca, aż się zdziwiłam, że pełnia może sobie tak trwać i trwać. Szeroko otwarte oko księżyca widać z werandy i z ogrodu, a czasem podchodzę w nocy do naszego płotu, za
którym rozciąga się plaża, i bacząc na węże – chłonę czas nocy. Piasek wydaje się biały jak kryształ, morze lśni, i wcale latarki nam nie trzeba by dojść na kolację do którejś z knajpek nad brzegiem morza. Można cywilizowanie i mniej przytulnie, my zawsze szukamy swojskości – a swojskość czasem podaje krewetki czy kalmary przy lampie naftowej, nie konkurując z księżycem.
Któregoś wieczoru zobaczyłam drewniany pomostek i myśląc, że prowadzi do restauracji, wlazłam centralnie do hinduskiego domu, gdzie rodzina zajadała różne masale i pav bhaji na ocienionej bambusem werandzie, a prywatny cook dwoił się i troił … Wyobrażacie sobie tak mieszkać?

W ciągu dnia szereg osób składa Cristinie wizytę. Wołają od bramki „Cristina, Cristina”, a mi za każdym razem wydaje się, że słyszę „Jasmina, Jasmina”. Przychodzą do niej wioskowe dzieciaki pokazać muszle albo zobaczyć nas z bliska. Sąsiadki z lunchem lub kolacją, niosą ugali, kasawę i różowe puree z jakichś dziwnych bulw, a do tego rybkę małą jak pół dłoni, bo sami tak jedzą. Codziennie wpada też młody Ibrahim, którego Cristina uczyła angielskiego i rybak zbierający zamówienia na następny dzień.