(29) Jambiani, czary i wywary

Z Cristiną dzień niepostrzeżenie przechodzi w noc, opowiada bowiem o rzeczach, które kryją się w cieniu jambiańskiego raju, po drugiej stronie słońca. O tym, że „kogo by tu otruć” też tu jest grane.
Gdy na przykład zjawił się klient z Zachodu i wyłożył straszną kasę na stół za kawałek ziemi nad morzem i siwiutki dziadek powiedział swojej rodzinie „nie sprzedajemy”, tydzień później już nie żył. O tym, że w lesie za wioską dalej odprawiają czary, a złe duchy w okolicy czują, że ona tu jest by z nimi konkurować i przynieść zbawienie niewinnym duszom. No cóż, Cristina nie ukrywa, że jest zielonoświątkowcem z misją.

Pewien znajomy tubylec, który para się wożeniem turystów na nurkowanie, sam jest czarownikiem, twierdzi Cristina. Najpierw się z nią ‚zaprzyjaźniał’ i podchodził na wszystkie strony. Potem zabrał na
snorkelling w miejsce, gdzie się wystraszyła – bo jeżowców i szkaradnic było pełno, a facet musiał wiedzieć co robi. Potem oznajmił jej, że jest ‚very strong lady’, ale nikt nie jest aż taki strong. A którejś nocy zapukał. W ręku dyndał mu prezent – rybka trzymana za ogon. Cristina postanowiła ją rano oprawić, a że się na rybach nie zna, wbiła sobie trujący kolec w rękę. Taki kolec, co każdy rybak odrywa nim sprzeda ryby na targu. Leczyła się długo, bo ręka była opuchnięta i częściowo sparaliżowana. Ale teraz nią macha żywiołowo grabiąc ogród czy przewracając w powietrzu omlety. I mówi, że niczego się nie boi, tych gróźb też nie.

Najwyraźniej ci, co tu zostają, też uznają siłę czarów – jak choćby ojciec Stachu i Cristina, chrześcijanie z różnych parafii. Widzieli opętania, otrucia i niewyjaśnione choroby; nie lekceważą czarnego analfabety mieszającego w kotle i gdybym tak opowiedziała jak bardzo chciałam pójść do czarownika, pewnie stukali by się mocno po głowie. Nic dziwnego, że wszystkie samochody oklejone są nalepkami „Protected by the blood of Jesus”.