(3) Freaki i różowe kokardki

Piszę do Was spod dusznej moskitiery, którą można by zwinąć i pociąć na gaziki. Na zewnątrz tną komary, jest pełnia księżyca, i padają właśnie pierwsze krople ciężkiego, wyczekiwanego od rana deszczu. Nic to, Chiang Mai ma swój urok nawet w drugim tygodniu pobytu. Co prawda nic dotąd nie przebiło Sen z jej umiejętnością czerpania z życia garściami, ale i tak otoczenie obfituje w oryginały. Listę otwiera James, Amerykanin, od półtora roku w Azji, do tego nauczyciel jogi. W co ni jak nie idzie uwierzyć, gdy człowiek James’a spotka; pierwszy raz zobaczyłam go z limem pod okiem i wbitym wenflonem, jak ledwo szedł po schodach, bełkocząc mi coś o sepsie.

Chciałam go wysłać z powrotem do szpitala, ale się nie udało; poza tym wpędziłam się przez niego w paranoję, bo zdiagnozowałam u niego dengę – no, miał wszystkie objawy poza wysypką i bólem stawów – i szlag mnie trafiał, że te same komary miały nas ciąć. I fruwać tu potem z dengą. Tak czy siak James słaniając się na nogach zabrał się za asany, a ja za wpychanie go do łóżka … kontakt mieliśmy nieco utrudniony i jak się okazało, gdy ozdrowiał dalej bełkotał, i nie był to efekt środków przeciwbólowych, a Bóg raczy wiedzieć czego. W końcu wszyscy zaczęli go unikać i pewnej nocy James po prostu zniknął.

Następnie w naszym guesthousie pojawiła się Donna Sala, włoska Angielka, pod pięćdziesiątkę, zupełnie spoko na pierwszy rzut oka. O mały włos nie pojechałam z nią na wycieczkę do gorących źródeł, gdy Sala się zdradziła … w nakręceniu strasznym przegalopowała przez kolację, przełykając to słowa, to krewetki, po czym poszła szukać piwa. Później się wyżaliła, jak to pierwszej nocy ukradli jej w knajpie komórkę, a drugą jak przespała pod tutejszą Żabką, pijana w sztorc, oczywiście. Sala szybko wyczuła, że ja nie towarzystwo dla niej i postawiła na mnie kreskę.

Francuz Alex z kolei jest przemiłym człowiekiem, ale pieści się z sobą niemiłosiernie. Po spicy food trzeba się zneutralizować jogurtem. Nigdy nie przyspiesza kroku, bo to niezdrowe, grozi szybkim biciem serca. Za dezodorantem bez dodatku aluminium przeszedł całe miasto. Komórki też woli unikać, bo gdy pierwszy raz po długiej przerwie z niej skorzystał dziwnie rozbolały go uszy; nie mówiąc o internecie, ten wprost wysysa z ludzi energię, tylko tego nie czują, bo stracili wrażliwość. Tak, Alex jest tak samo przekochany co odjechany ….

Wczoraj dołączyła do tej ekipy Elena, Ukrainka, która jako nastolatka wylądowała w Stanach. Zupełnie fajna, naprawdę, pracuje normalnie jako audytor w dużej firmie, ale jej serce jest gdzie indziej – oddane zdrowemu żywieniu, akro-jodze, a szczególnie ‚inversions’, czyli asanom wykonywanym do góry nogami. Ok, to jeszcze może być, ale jak powiedziała podczas kolacji – że Chiang Mai ją rozczarowało, bo nie ma tu co robić – nie ma, bo ona spodziewała się, że tu będzie takie małe Ubud jak na Bali, gdzie ‚swoi’ mogą spotkać swoich i w swoim jogińsko-zdrowotnym sosie się mieszać, to odpadłam. Ja bardzo szanuję jogę, ale takich joginów to już trochę mniej.

Acha, dla okrasy – Alex przedstawił mi swojego rodaka, nieziemskiego przystojniaka, ale jako że kolega dobry od razu skomentował: siedzi tu już cztery miesiące i nic nie robi, baluje, śpi do południa, no i wiesz, chwali się. Że ma pewną propozycję i jest w kropce, bo jakaś starsza biała zaproponowała mu łóżko za 2 tysiące bhatów. Ale jest brzydka. No i koleś w związku z tym nie wie, czy to nie za mało …

Prowadzimy z Alexem listę freaków, dopisaliśmy go jednogłośnie. To niestety tyle jeśli chodzi o towarzystwo. Rozglądam się za to bacznie wokoło, zwłaszcza w knajpkach i busikach, i coraz bardziej zachodzę w głowę o co na świecie chodzi, a najbardziej w relacjach damsko-męskich… Wiecie na pewno, że tutaj stary białas i młoda Tajka to standard, ale okraszę to paroma drobiazgami: taka Tajka nie dość, że w wieku córki białego, to zwykle sięga mu pod brodę, albo i nie sięga; taka Tajka ledwo sepleni po angielsku i zwykle słyszę rozmowy typu ‚Where eat next? You hungry? You drink?’, no ok, wiadomo, że to nie o intelekt chodzi. Ale uwierzcie, coś w tym pachnie perwersją, bo te Tajki ubierają się w różowe koronki, kokardki albo spineczki z misiami wpinają we włosy, a na siebie wdziewają T-shirty w pandy albo misie koala, na nóżki zaś balerinki ze zwierzątkami wielkimi jak na papuciach dla czterolatka, w ręku ściskając torebeczkę z różową kokardką … Bywają też i starsze, zrobione na lolitki dzięki jeszcze większej liczbie kokardek, kropek i misiów. A biały – zachwycony. W domu byłoby głupio, a tu kroczą dumnie, a część z nich wygląda na szczerze zakochanych … Nie mówiąc o tym, że tajski przypomina kwakanie, a niektóre z Tajek z profilu naprawdę kaczki przypominają, no i chód mają kaczy …