(3) Na wschodnim wybrzeżu – Pasikuda i Khalkuda

Kochani, ostatnio tyle zwiedzałyśmy i zobaczyłyśmy tyle posążków Buddów theravady, że czas było zrobić sobie przerwę i uciec nad morze. Nad to morze, gdzie do 2009 niewiele osób jeździło, bo za blisko było stąd do Tamilskich Tygrysów i ich marzeń o Eelam, własnym kraju, spełnianych w okrutny sposób. I choć ich terytorium było wyżej, wschodnia strona wyspy jest względnie pusta; widać, że skomplikowany los skazał tę część wyspy na zapomnienie. Mieszkamy pośrodku dwóch zatoczek, idąc dwie minuty w lewo dochodzimy do jednej – gładkiej jak jezioro Pasikudy, idąc w prawo do drugiej – Khalkudy, o większych falach.

Khalkuda jest piękną zatoką, zupełnie pustą, gdzie miejscowym nie wolno się choćby przechadzać, nie mówiąc o nagabywaniu turystów, tak nakazała gmina. Na plaży są tylko łódki i rybacy, czasem na piasku leży jakaś śmieszna ryba, jak ta kolczasta dmuchanka; w wodzie nad głową skaczą ryby; jest też sporo rafy koralowej i tanie snorkelowanie po stronie Pasikuda Bay, cztery łodzie, które mają pozwolenie, choć trzeba się do nich wdrapywać po starej oponie.

Plaża Pasikudy jest idealnie pusta, dopiero powstają pierwsze hotele. Na razie wciąż trzeba tu dojść te parę kroków, nie ma gdzie usiąść ani się napić, ale za to morze jest turkusowe, cudownie łagodne, i ani żywej duszy po horyzont. Plaża tej drugiej zatoczki cała zasypana jest odłamkami koralowca – z czego wniosek, że warto tu posnorkelować.

Wschodnia strona Lanki, poniżej Trincomalee, ma inną atmosferę – magię ziemi ocalonej od wojny, gdzie ludzie wciąż napawają się błogosławieństwem pokoju, nie zbywając go jak rzecz codzienną, gdzie są  bezinteresownie uprzejmi, ciekawi turysty i gotowi go uszczęśliwić. Wielkie hotele i małe pensjonaty dopiero się budują, choć ponoć całe wybrzeże zostało wysprzedane Chińczykom. Ma się wrażenie raju dopiero co odzyskanego i jeszcze nie zadeptanego, a Sushith, właściciel Moni Guesthouse, lubi się przysiąść i opowiadać. O tym jak z Vailachanny tuż obok za czasów wojny z LTTE przemycano w rybackich łodziach ludzi aż do Australii, jak straż ochrony wybrzeża za 100 tysięcy rupii od głowy przymykała oczy na odczyty radarów i wystające spod podłogi łodzi głowy; jak nadużywano tego procederu, bo by dostać status uchodźcy w Australii potrzeba było trzech różnych papierów: od gminy, policji i kogoś tam jeszcze, że było się nachodzonym przez Tygrysów; ile brano w łapę, ile kasy trzeba było mieć by uciec – bo ucieczka zależała bardziej od stanu konta rodziny, a nie od zagrożenia. I jak to dwa lata temu, gdy wojna ucichła, australijscy oficjele przyjeżdżali w słomkowych kapeluszach turysty by rozejrzeć się co się dzieje – jak filmowali pakowanie się na łódź, branie w łapę itd. I w końcu powiedzieli basta, no danger anymore.

Nie mogę uwierzyć: z takiej pipidówy, której nie ma na mapie, do Australii! I że w tym raju, 40 mil od Edenu, trzeba się było w kółko bać albo Tygrysów Prabhakarana, albo lankijskiej armii. Jak też samej natury, uderzyło tu przecież tsunami. I że ci backpackersi, którzy jeżdżą sobie spokojnie rowerkiem pośród palmowych gai, od zatoczki do zatoczki, a potem smażą się na słońcu martwiąc jedynie o to, by się za bardzo nie spalić, nie byli tu od zawsze. Kontrast pomiędzy zapierającym dech pięknem przyrody a niewidzialną historią tych miejsc jest tak duży, że w jakiś sposób zaciera to drugie i odrealnia. Groza w takim pięknie? strach w raju? Bieda wśród obfitości pól? How is that possible?