(4) Czas niemocy: denga; szurania ciąg dalszy

Kochani Czytacze, znów zamilkłam, co tym razem spowodowane były uwięzieniem w Chiang Mai – nie żeby ktoś uznał, że warta jestem okupu i mnie przetrzymywał, nie, z pozoru zachodniego dobrobytu dawno nic nie zostało – za to nie przeszkodziło to pewnej komarzycy w złośliwym pokąszeniu mnie; i zamiast podziękować, pozostawiła mi po sobie pewien wirus. Zgaduj zgadula, co to było takiego? Podpowiem tylko, że nie malaria, na szczęście, ale i tak mnie powaliło. Gapiąc się w sufit, w gorączce, wciąż powracał mi ten sam obraz – monstrualnej komarzycy, która kąsa najpierw Alexa, mojego francuskiego frienda, i potem niedopita, wąska w talii, prześlizguje się przez siatkę w jego oknie, frunąc po korytarzu wyczuwa moją słodką krew i natychmiast uderza – sprytnie znajdując dziurę w mojej moskitierze. I to wszystko bezkrwawo, cichutko, wśród setek innych Bogu ducha winnych komarów.

Tak mnie załatwiła. A chodziłam w długich, jasnych spodniach, pryskałam się repelentami – może powinnam była po prostu się tego Deetu napić?:)

Alex padł pierwszy, choć nie wiedział na co, bo się nigdy nie przebadał. Na szczęście przyjechał tu Jacek z Rishikeshu i jego obecność w pierwszych dniach okazała się nieoceniona – prowadzał za rączkę, przynosił hektolitry wody i sprawdzał czy czego mi nie trzeba. Szczęście w nieszczęściu, bo moi landlordowie – Tajowie z hotelu pytali tylko ‚czy I’m feeling better’ by nie musieć przez przypadek przynieść mi wody. A zatem w ostatnich dniach zwiedzałam w Chiang Mai szpitale – zapoznałam się blisko z prywatną służbą zdrowia, począwszy od wizyty w arcy-drogim szpitalu, gdzie nie mogąc usiedzieć, leżałam na kozetce, gdy jakaś staruszka wrzuciła piąty bieg na swoim wózku i podjechała krzycząc: Polskie ludzie, polskie ludzie! – aż się podniosłam z wrażenia. Po inny szpital, gdzie siostrzyczki paradują w różowych garsoneczkach, a moja pani doktor w sukience w kropeczki i takąż nakrapianą kokardką na głowie – i pomimo tego wszystko całkiem sprawnie funkcjonuje. W każdym razie zdrowieję, choć straszliwie powoli.

Przy okazji choroby nazbierało mi się goryczy w stosunku do Tajów i teraz uprawiam głośną ich krytykę poszukując potwierdzenia naokoło. Tajowie naprawdę są specyficznym narodem i wiele mówi ich kacze ciągnięcie klapkami; szur-szur, donikąd nie zmierzam, nie przyspieszam, nie oglądam się za siebie. Uśmiech, ukłon i nosowo wygęgane ‚Svadikaaa’ – i już się obracają na pięcie i w długą. Bo Taj jak zobaczy leżącego na ulicy bezdomnego, to i go może czymś przykryje, ale za chwilę odwróci się i więcej o nim nie pomyśli. Zobaczy, że ci się pić chce – owszem, poda kubek wody, ale nie spyta już czyś nie głodny.

Jak mówi Akiko, Japonka co tu mieszka, najpierw jest zawsze on sam – dobroć zdarza się tylko w tych momentach, gdy nie przeszkadza w zajmowaniu się sobą. A to przecież jest czym się zajmować – Tajki w kółko to czeszą włoski, to wpinają sobie w nie kokardki, malują usta, jedzą, piją, znów jedzą; podrapią się po główkach i porozglądają po ulicy – czy oby jakiś potencjalny sponsor im sprzed nosa nie umknie; potem znów poszurają, wsiądą na różowy skuter i sprawdzą czy znajomej przez przypadek nie powodzi się lepiej;

Może i ja niesprawiedliwa jestem, ale nawet Nina co prowadzi Nina Massage Shop, lat 50, wyjątkowo fajna babka, opowiada z lekkim oburzeniem, że jej przyszła, włoska teściowa nie jest szczęśliwa, że synek wychodzi za Tajkę, bo te gonią tylko za kasą. Nina zżyma się, że przecież ona taka nie jest, a w kolejnym zdaniu przechodzi do konstatacji, że teraz dostaje od niego 10 tys. baht na uczelnię dla córki, ale po ślubie to facet sypnie 40, tak się umówili. Nina nie jest najgorsza, naprawdę, ale mózg ma tajski, więc myśli sobie: jak kocha to da, a jak nie daje, to nie kocha i już. Przy okazji, faceta sobie ‚wymasowała’; tak go masowała na tej swojej macie, że się któregoś dnia rozpłynął, popłakał i powiedział, że z nią to już do końca życia … 40 tysięcy pewnie potwierdza jego poważne intencje …

Tak patrząc na ten kraj szurających klapek i obsuniętych stawów biodrowych to nie mogę przestać się dziwić, że trzyma się kupy. Ba, Tajowie żyją na dużo wyższym poziomie niż my, jedzą lepiej, piją lepiej, masują się częściej, leżakują pod palemkami nie znając stresu ni wewnętrznego napięcia i broń Boże – nie przepracowując się. W kraju wygody, szur szur, skoczą to na herbatkę z chryzantem albo ice-coffee, potem na pad thai z krewetkami, tak tanio, po co gotować, a brudami zajmują się biedne dziewczyny z Birmy; na dodatek, konsumują te wygody bez cienia wyrzutów sumienia, bez interwencji Super Ego – wydaje mi się, że są go pozbawieni; życie po prostu tak wygląda: toczy się przyjemnie od rana do nocy; szur-szurowie nie mają wewnętrznych musów ani poczucia, że powinno się to czy tamto, staranniej, lepiej; mistrzowie samo-zadowolenia, które nam, farangom, wydaje się nieprzyzwoite …