(4) Oualidija

Dotarłyśmy do naszej rodzinki w porze połowów, gdy ocean pozwala na wyrywanie sobie małych skarbów, odsłaniając skalne dno. Jasi nowe koleżanki, Wizzol i Sheima z grabkami w ręku czekały by zabrać się do dzieła. Małże tulą się do siebie jak rodziny kurek w lesie, albo i gęściej, wyglądają jak rozłożone wachlarze naskalnych kwiatów. I mi było trochę przykro wyrywać je morzu, ale zapełniłyśmy cale wiadro.

Soraya i Mohammed, starsi w rodzinie już czekali z prawdziwym przyjęciem, oprócz małż były sardynki i salady, karwas, czyli tutejsze opuncje figowe, które pokłują każdego, kto niewprawnie chce się dobrać do ich miąższu, i najlepsza jak dotąd miętowa herbata. Rendez-vous z rodzinką trwało i trwało, aż schowało się słońce; natomiast rzec muszę, że w meandrach arabskiej kultury poruszam się jak słoń.

Pan ojciec, Mohammed, okazał się uroczym gospodarzem; zabawiał rozmową oszczędzając nam zbytniego gimnastykowania się po francusku, wyskubywał na talerz co lepsze kawałki, innymi słowem – zachowywał się tak jak wypadało, ale pomijając przy tym kompletnie swoją żonę – ja więc dzielnie walczyłam o przekierowanie jego uwagi, wykazując się ni mniej ni więcej, ale kompletnym niezrozumieniem sytuacji; a rodzina jest fajna, córki urocze, młode zakręcone reggae fanki, wszyscy grają na czym się da, wyśpiewują Led Zeppelin i stronią od obowiązkowej education islamique…

 Po pożegnaniu się próbowałyśmy rozkminić o co chodzi, i jak to ich wolnomyślicielstwo ma się do tradycji męskiej dominacji; i wyszło nam na to, że Mohammed choć szarogęsi się jak nieszczęście, to czuwa nad wszystkim, a reszta rodziny czerpie z tego benefity, nie traktując tej jego roli zbyt poważnie; co rozkaże, stanie się, ale jak mają dość, to go pacyfikują i już. Jest więc sztywna rola, ale elastyczny sposób radzenia sobie z nią.