(4) Słonie w Habaranie i Buddowie w Dambulli

Pewnie brzmi to wszystko tak, jakbyśmy tylko odpoczywały – jeśli tak, to serwuję Wam przekłamaną narrację. Jest raczej tak, że jeździmy ‚skokami’ – aby coś zobaczyć, musimy się potrudzić trochę nie mając własnego drivera – wskakujemy więc do autobusu i nim wysiądziemy zdążymy się przykleić do tych strasznych siedzeń ze skaji i odparzyć se tyłki, albo zawisłe na poręczy, kołyszemy się w stuporze nim gdzieś dojedziemy. Tak naprawdę więc by odpocząć trzeba się namęczyć i by coś zobaczyć też:))

Ale ile mamy satysfakcji z travellerskiego sprytu, jak dzieci! Udało się nam na przykład zobaczyć dzikie słonie w parku narodowym nie płacąc za wejście – okazało się, że przed zachodem słońca słonie ściągają do głównej drogi pomiędzy Habaraną a Pollanaruva i jeździliśmy wzdłuż naszym tuk-tukiem wypatrując ich i krzycząc: to piąty, o, i szósty, baby elephant!

A przedwczoraj trafiłyśmy do Dambulli, gdzie są wspaniałe jaskinie z posągami Buddów jeszcze sprzed naszej ery. Dambulla narodziła się ponoć z wdzięczności króla Vattagamini Abhaya, który uciekając przed tamilskim najeźdźcą, znalazł schronienie w jaskini pod wielkim granitowym głazem na szczycie wzgórza. Przesiedział tu czternaście lat i po triumfalnym powrocie do starożytnej stolicy Anaradhapury, nie zapomniał o miejscu, które ocaliło mu życie.

Oryginalną jaskinię królewską podzielono na pięć mniejszych, a w każdej mieszkają Buddowie wykuci w skale; w jednej z jaskiń spoczywa leżący Budda na poduszce z kamienia, która za nic sobie ma twardość skały. W innej dagoba, mała stupa, dotykając czubkiem sklepienia, zdaje się podtrzymywać nie skałę, ale cały świat.

Jaskinia numer dwa robi niesamowite wrażenie, ogromna, tonąca w półmroku. Siedzący ramię w ramię Buddowie wydają się samotni w tym ciągłe przetaczającym się korowodzie zgiełku i pospiesznych rozbłysków fleszy. Po lewej stronie jaskini stoi imponujący Budda z rękoma złożonymi w abhaya mudrę, jakby od wieków mówił: nie bójcie się. Pozostałości płatków złota odbijają światło, które spowija też jego towarzyszy, o dziwo, Przebudzonych przybyłych z daleka, bo aż z Tybetu. W innym kącie znajdzie się też hinduski Vishnu i Ganesha. Na ziemi ogromne wazy z brązu czy mosiądzu, w jednej miauczy kotek, chowany tu przez kocią mamę, ledwie artykułowany dźwięk życia, który wznosi się pod skalny nawis pokryty setkami bordowo-złotych wizerunków. Samotni buddowie zdają się strzec małego kotka – może wdzięczniejsza to robota niż prowadzić nas, ludzi.