(5) As Sawira

Od trzech dni jesteśmy w Mieście Wiatrów, As Saouirze, dalej na południe, w stronę Agadiru, gdzie posiedzimy tydzień, bo dałyśmy się wrobić w płatność z góry. Kurcze, monsieur właściciel tak zgrabnie udawał, że nie mówi w żadnym języku, że połasiłyśmy się na dobrą cenę nie bacząc na czasokres;

Ale miasteczko jest śliczne, biało-niebieskie, pełne klimatycznych zakamarków, z plażą na której świetne chłopaki dosiadają wiatr by ślizgać się po falach, na surfach i kite-ach, a wydmy przesypują się jak w klepsydrze.  (…)

A teraz Jaśmina:  Moja choroba podróżnych ma się słabo, jakby kto pytał, dzisiaj nawet rzygałam na ulicy, może nie na środku ale zawsze. Niestety nikt z miejscowych się tym nie zainteresował, nie wiem więc, jaka byłaby ich reakcja… pewnie opiekuńcza… albo wcisnęliby mi chusteczkę (jedną, niech się Wam nie wydaje, tu chusteczki są na sztuki) a potem kazali zapłacić.

Tymczasem naprawię trochę zszargany wizerunek marokańskiej kuchni, bo dzisiaj, zmęczone głodówką wynikającą z konieczności, poszłyśmy na panierowane, smażone w głębokim tłuszczu… rybki. Ale co to za ryby! Gorące, pachnące, złapane o poranku, sardynki, kalmary, chyba nawet i krab się załapał. Ale cóż to była za przyjemność, raj na ziemi, lub też, przerwa w zemście Allacha. Bo Allach się na nas mści, co wyraża się w braku podstawowych produktów: wody w kranie, prądu w pokoju i koszernego jedzenia.