(5) Miastowe życie w indyjskiej Dolinie Krzemowej

Mój pobyt w Bangalore powoli dobiega końca; dziś wieczorem ruszam w stronę wytęsknionego wybrzeża, bliżej kojącego odgłosu przyboju i spacerów bez końca, ale najpierw opowiem Wam trochę o mieście gęsto oplecionym pasmami sieci bezprzewodowej, w których skrzy i wrzy, a internetowy content przyprawia o ból głowy. Tutaj fermentują stare Indie, nabierają bąbelków tak, że dostaje się czkawki …

Lilian, moja znajoma, bywała w swiecie goańska chrześcjanka, opowiada: widzisz, wszystkie te banery w mieście typu ‘Correspondence course on Jesus’, wszystkie te wielgachne rodziny przechadzające się za rączkę po ogrodach Lal Bagh, poprawni, idealni ojcowie, pulchniutkie żony z dziesiątkami lunchowych pakunków w torbach. Bo tu bardzo trzeba się sadzić, pozory są ważniejsze niż to, co kryje się pod spodem –Bangalore to stolica tej krainy hipokryzji jaką są Indie … Większość z tych Rohitów i Abhisheków ma utrzymanki na stałe, drugie ‘żony’, i robi szybkie ‘wham bang thank you M’me’ – wystarczy odpalić sobie stronkę Craig list India; ha, tutaj Hindusi już nie pamiętają co to jest pruderia, a wiktoriański mundurek zrzucili w pełni; mierzą sobie długość przyrodzenia, reklamując je na stronie, gotowi rozdawać szczodrze rozkosz, rozkosz kupować, w poczuciu, że należy im się wreszcie satisfaction; wszyscy jak jeden mąż żonaci – a jakże – w końcu sięgają po to ciężko zapracowane ekstra, coś na okrasę, nagrodę, bo naharowali się, obskoczyli sprawę kasy, spłaty kredytów, oczekiwania rodziny, zadowolili mamusię, nakupowali żonie biżuterii, zarobili na dobre szkoły dla dzieci, ba, udało im się począć syna, a nawet wysłać go na naukę do Dehradun, i więcej już nie mogą, padają na pysk – więc w końcu, w końcu chcą czegoś dla siebie!  Seks staje się synonimem wolności, co to za jaja! Wystarczy też pójść na stypę; och, jak często opłakiwanie zmarłego przerywane jest wyrywaniem sobie włosów, bo pierwsza żona właśnie się dowiedziała o drugiej, chce tamtą walnąć z plaskacza, ale nie wypada, i jaka rozpacz, bo spadek trzeba będzie dzielić …

Tak, Bangalore, miasto ogrodów i high-techu, ależ w nim się pomieszało … Wczoraj wróciłam zza miasta, z prowincji wcale nie dalekiej i głuchej, byłam zaledwie 150 km stąd, wśród świętych dżinijskich wzgórz i oceanu palm kokosowych. Tam nawet papieros marki Esse, taki indyjski Vogue, wywoływał entuzjazm, podchodzili do mnie kolejno chłopcy z ulicznych straganów wyżebrać jednego, obwąchać, schować do kieszonki, poklepać i zachować na później … I dwie godziny później autobus pełen wieśniaków wjeżdża do miasta, w ich oczach widać przelęknienie na pierwszym dużym skrzyżowaniu; wysiadają boso, skubiąc nerwowo jakąś fasolkę z urwanego przed wyjściem z domu krzaka, i zmierzają nie wiedząc dokąd, pomiędzy manewrującymi Mercami, pod wiaduktem po którym pędzi metro … I trafiają jak ten Nepalczyk z dołu, stróż apartamentowca, chłopak na posyłki, który sprowadził tu swoją młodą żonę – ta stoi zawsze przy bramie z siedmiomiesięcznym dzieciątkiem na rękach, albo całe dnie siedzi na plastikowym krześle obok zaparkowanych samochodów, a on – stróżuje, biega, dwoi się i troi. Nigdy nie oddalają się od budynku razem, tylko na zmianę i tylko na chwilę. Rzuciłam dziś Lil mądry tekst: dobrze, że mają chociaż swój pokoik z tyłu i tam mogą pobyć z sobą razem. – Jaki pokój? – zdziwiła się – przecież mieszkają w holu na dole, przy windzie, w tej oszklonej kanciapie … Zerkam i nie wierzę, tobołek ze szmatkami, obok zwinięte bambusowe maty; a my trzy piętra nad nimi, w takich luksusach … Tak, Indie fermentują – i jedni spijają kwas, a drudzy szampan.

Choć z Samem to inna historia, nowomodny z pozoru, informatyk, przystojny i świetnie zarabiający. Ale uwaga, Sam to skrót od Samira, i pomimo czapeczki baseballowej na głowie i skórzanej pilotówki, to muzułmanin i chłopak, który zrobi wszystko by uszczęśliwić swoich rodziców. Więc np. zerknie sobie na laski sunące w miniówach po Brigade Road, ale z żadną się nie umówi. Nie pójdzie również do pubu, nie zagada atrakcyjnej koleżanki z pracy – bo to wiąże się z ryzykiem; a co, jeśli się zakocha? Albo gorzej jeszcze, ona się zakocha? Przecież i tak czeka go aranżowane małżeństwo. To wyjątkowy chłopak – patrzy na zachodni świat z wszystkimi jego pokusami jakby był za szybą … z jednym wyjątkiem, jedno ma marzenie, do którego się przyznał – żeby tylko panna była z Bengalu, bo Bengali girls są wykształcone, no i są … super hot! – Takie hot, że miło na nie popatrzeć?. – Nie, nie, są dobre w łóżku, taką mają opinię, i eksperymentują, i nie leżą jak kłoda, na płask jak chappati  …

Także w nowym świecie rządzą IT guys, zarabiają furę kasy i wszystko mogą – tylko po cichu! To chyba mamy trochę lepiej, choć tak narzekamy na nasz kato-kaftanik … to pikuś przy indyjskim społeczeństwie!