(5) Pattaya, wśród rosyjskich gospodin i ruskich pierogów

Na powrót w Tajlandii, wylądowałam w okropnym turystycznym grajdole, ukochanym przez rosyjskim mafiozów i ich kochanki, takim cypryjskim Limassol nad Zatoką Tajlandzką, mianowicie w Pattayi, 200 km od Bangkoku. Żeby przetrwać, pojechałam na plażę za Pattayą, licząc na odrobinę ciszy w nocy i spokoju za dnia – i na szczęście mogę na to tutaj liczyć, tyle że to wszystko w opakowaniu ruskich ‚массаж’ i ‚холодное пиво’; jak wczoraj poprosiłam o ‚coffee’, dostałam ‚кофе’, a pytając w paszarni czy zupa jest bezmięsna, Tajka wskazała na padlinę i orzekła ‚свинина’ – mówię, że ja ‚not Russian’, ona na to, że to dobrze, bo ich nikt nie lubi. No tak, za to ich kasę bardzo lubią – bo wszystko jest tu dwa albo trzy razy droższe niż w Bangkoku, i za takie ceny to Taj ugotuje nawet barszcz i solankę …

Widzicie na co mi przyszło, upadek backpackera … Dobrze, że się trochę wyplażowałam w Kambodży – a tak naprawdę to staram się w Bangkoku o indyjską wizę i muszę gdzieś przepękać te parę dni. Swoją drogą ze względów poznawczych nie narzekam, wydreptuję sobie własne ścieżki i trafiłam na fajny guesthouse prowadzony przez starszą Chinkę, emigrantkę w trzecim pokoleniu, która dzieli ze mną brak sympatii do Tajów.

Spędziłyśmy więc poranek na pół-konspiracyjnych rozmowach o tym, jak jest dalej nękana przez tajskie sąsiedztwo – bezwzględną konkurencję w biznesie – i o porządkującej zasadzie tajskiego świata: zazdrości. Gdy Chinka – która ma 2 pensjonaty przedzielone nieszczęśliwie cudzym budynkiem – brała pożyczkę na budowę czwartego piętra, blokowano ją ze wszystkich stron; jak postawiła odgradzającą ściankę, zapłaciła wysoką karę, czekają bowiem, że jej się noga podwinie i zlicytują ten pierwszy budynek; jako że nie płaci policji za ‚opiekę’, nasyłają jej kontrole; wśród sposobów nękania znalazło się też wciąganie jej klientów w granie w pokera nocą, z wiadomym skutkiem, czy podrywanie niewinnego chińskiego synka; jak się za bardzo skarży, to po żarcie musi jeździć na rynek, bo jest bojkotowana na całej ulicy – ocho, prawdziwa Tajlandia, z pikantnymi smaczkami …

Główny wróg, Tajka z budynku pomiędzy jej dwoma pensjonatami, ma brata oficera policji, jak też męża, ale w Bangkoku, w międzyczasie więc mnoży majątek jak tylko może – a może, bo wystarczy, że rozsiądzie się na dole, znacząco rozłoży nogi na tej promenadzie białych panów – jak zgrabnie demonstruje mi Chinka – i już ma dodatkowy dochód … Z kolei ci z naprzeciwka, Tajowie z pensjonatem i paszarnią na dole, wolą dorabiać inaczej: sprzedając dragi, gdy się tajniaczą – podklejają je pod spodem talerza; gdy zaś nie muszą, bo opłacają się policji, bywa, że dorzucą do piwa usypiacz – wczoraj sama widziałam u nich tak nieprzytomnego cudzoziemca, że ciekawa jestem jak skończył – bez portfela, w ramionach mafijnej rodzinki?

Chinka za to, jak to zwykle oni mają, ma oczy dookoła głowy i wierzy w ciężką pracę; śpi w recepcji, gdzie rzuciła sobie na podłogę materac, pierze, sprząta i dogląda – to urabianie się po pachy jest pewnie gwarancją jej bezpieczeństwa, zasłoną dymną zamożności – nie mówiąc o tym, że wygląda jak bida i nawet dolnych zębów sobie nie wstawiła … Podtrzymuje więc pozory biedy i kruchości, ale staruszka naprawdę ma parę i spryt- z niejednym pijanym Ruskiem sobie poradziła, gdy demolował jej hotel czy wieszał się na wiatraku. Welcome to Pattaya, najbardziej znanym kurorcie w Tajlandii!

Tylko broń Boże, nie przyjeżdżajcie tu na wakacje!