(5) Polonnaruva, głośne Buddów milczenie

Po wyjściu z Dambulli, przyuważyłyśmy że w parku przy drodze lankijscy pielgrzymi konsumują sobie pod drzewami super lunch. Jaśmina więc mnie szturchnęła mówiąc: idziemy, usiądziemy pod drzewem, poczekamy, na pewno nas nakarmią. Oczywiście, nakarmili, pogadali i było fajnie. Po czym policjant poznany na fajce złapał nam autobus do Polonnaruvy; a stamtąd w kolejnym, do Vallachanny, powiedziałam konduktorowi – nie kupię biletu dopóki nie znajdzie się miejsce siedzące – świnia ze mnie, bo konduktor kazał Lankijczykowi, który miał pecha siedzieć blisko, wstać i zrobić mi miejsce.

Dziś z kolei, w Passikudzie, wprosiłyśmy się do trzech gwiazdek, bo mają pusto i przebierają nogami: przyjdźcie się pokąpać w basenie, zobaczcie jakie tu fajne, zacienione leżaki … Przypadek absolutny, skutek szukania nocą internetu. Trzeba sobie radzić.

A teraz parę słów o Polonnaruvie – to absolutny klejnot syngalezkiej architektury, gdzie przez siedemset lat buszowały jedynie zwierzęta wśród tropikalnego lasu, jakim ta starożytna stolica porosła. Cały teren  ciągnie się na 4 km, na wschód od jeziora zwanego Morzem króla Parakrambahu; warto tam przycupnąć wieczorem, gdy nieprzebrane stada ptaków fruną z jednej strony jeziora na drugą.

Serce stolicy biło w świętym prostokącie, gdzie w różnych świątyniach przechowywano – oczywiście – ząb Buddy. Do najpiękniejszej z nich, Vatadage, z czterech stron świata wiodą schody strzeżone przez strażników nagarajów, wspaniale wyrzeźbionych w granicie. Na wyższym tarasie znajduje się inner sanctum, prosta, ceglana dagoba, i czterej Buddowie spoglądający z góry na świat. Naprzeciw, w jednej linii, znajduje się Hatadage, dziś jednopiętrowe, z buddami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, a obok Satmahal Prasada, siedmiopiętrowa wieża przypominająca ziggurat i khmerskie budowy.

I wreszcie, Gal Vihara, kamienna świątynia z czterema olbrzymimi posągami Buddów. Jeden śpiący, niebiańsko spokojny, a jednocześnie w dziwny sposób ludzki. I Budda w pozycji medytacyjnej, znad którego spoglądają ze swych niebiańskich siedzib buddowie i bodhisatwowie, wyczarowany z kamienia, albo raczej z tej samej materii, z której stworzono wszechświat: czarne żyłki granitu rysują na jego twarzy głęboki smutek i współczucie, a odcienie beżu i jasnego brązu nadają jego twarzy ludzkiego wyrazu. Zaklęty w kamieniu zdaje się żyć; zdaje się też przekraczać dualistyczny wszechpodział, a to zaklęte w kamieniu piękno, będące wyrazem duchowych poszukiwań, nadal ma moc duchowość inspirować.  Człowiek u jego stóp jest i mały, i wielki, z tej samej materii uczyniony, równie zdolny do przekroczenia jej ograniczeń i iluzji trwałości. Budda ze skały trwa tak, jakby był kruchy, a nasza własna kruchość przestaje być na chwilę przerażająca. To tutaj właśnie, według dzienników, Tomasz Merton poczuł dotyk absolutu.

Chcemy zjechać wzdłuż wybrzeża na same południe, z Passikudy jedziemy do Arugam Bay, potem do Galle, ale powoli. Jeszcze trochę przerwy przed odparzaniem się:))