(6) Camel safari, miła pustynna cepelia

Byłyśmy na 2 dniowym camel safari – wczoraj wieczorem wróciłyśmy, z trumną w miejscu tyłka. Bóg nas uchronił przed 3 dniowym safari, nie mówiąc już o naszym ekstrawaganckim (głupim!) pomyśle by być off-tourist i przejechać się na camelu aż do Bikaneru – dwa do trzech tygodni, ale by było! Zostałaby z nas maź cuchnąca wielbłądem albo jakiś placek. Samo safari było super. Camele capią, wciąż chcą się obcierać o wielkie krzaczory na sawannie nie zważając na niczyje nogi, ale generalnie – choć niewygodnie – malowniczo to wyglądało gdy Jaśmina, czerwona jak burak, w pomarańczowym turbanie na głowie, zwisała w poprzek wielbłądziego garbu.

A na wydmy pustyni Thar – Kisua – dociera się o zachodzie słońca – inaczej poza wielbłądem nikt by na nich stopą nie stanął – i wtedy są rzeczywiście przepiękne, złociste, przesypujące się nostalgicznie. Docierają tu również dostawy schłodzonego piwa z sąsiedniej wioski:) Wieczór był urokliwy, pokropił mały deszczyk, my zbici w stadko schowaliśmy się pod płachtą plastiku robiącą za namiot, a potem zachód słońca, różowy i złoty, posapywanie wielbłądów, podśpiewywanie przewodników i nocą gwiazdy wysypane obficie, niczym na wyciągniecie ręki, cudo …
Obok cudów na niebie, i po ziemi pełzały cuda-cudactwa – żuki gnojówki, więc spędziłam pół nocy pilnując całej czeredy – przed wtargnięciem do śpiworów.

Przed pociągiem do Jaipuru udało się nam umknąć z macek upału wskakując w cudzy, hotelowy basen. Naprawdę był tam, gdzie nas skierowano – i to pełen wody. Cudownej, życiodajnej wody, w której za 100 rupii można sobie pochlupać do woli.