(6) W raju surferów – Arugam Bay

Wstaję ja wczoraj o poranku, siadam na wiklinowym fotelu z widokiem na morze szczęśliwa, że wreszcie spokojnie, że jeszcze nikt nie wstał, tylko morze szumi i lśni się srebrzyście. Po chwili wyłania się zza rogu restauracji gostek, chuderlawy jak większość Tamilów, i pokazuje na migi, że on będzie grał na flecie, a ja będę podziwiać jego kobrę. Gdzie ta kobra, myślę sobie, jasny gwint, facet nosi ją w płóciennej torbie na ramieniu. Przyznam się, że ostatnie dni chodzę trochę wkurzona, z tego właśnie powodu: ni jak w Arugam Bay, surferskim raju na wschodzie wyspy, nie da rady chwilę pobyć człowiekiem. Ósma rano, a już trzeba być ‚turystą’.

Po kobrze, śniadanie: naleśniki są takiej wielkości, że trzeba zamawiać trzy porcje. Postanawiamy obejrzeć świątynkę z V wieku, kupić sobie avocado na markecie, więc trzeba znaleźć rowery. Wchodzę do Eco Wave, gdzie wszystko jest tak samo organiczne jak w Lidlu i pytam o rowery na pół dnia. Oczywiście no way, muszą być na cały; skoczyła mi gula i mówię na to śmiertelnie poważnym głosem, że jestem z Rough Guide’a (skąd mi to przyszło do głowy?) i że mają mi natychmiast pokazać eco-certyfikaty. Facet blednie, aha, myślę sobie i podsumowuję interes: no certificates, bikes not available half-day, bad service. Ależ skąd, zapiera się facet, mogę wziąć rowery na pół dnia. Gdy podstawia drugi, w którym nie można wyregulować siodełka, trzęsą mu się ręce. Yes, mówię, and the price is for bikes you can’t even ride properly. Młoda mówi, przestań, jesteś okropna, i tak jest tu pięknie.

Wycieczka jest cudna, drogą wzdłuż morza do ruin, z kilkoma przystankami na falloodę, którą uwielbiamy – orzeźwiający napój z owocami, tapioką i górą kruszonego lodu. Oczywiście krzyczą sobie najpierw 200 rupii zamiast 80, ale da radę ten błąd cenowy sprostować. Wracając słyszymy dziecięce głosiki z budynku tuż przy plaży – szkoła. Dwie klasy razem, pierwsza i druga, maluchy w białych mundurkach, chłopcy w czapeczkach. Uczący ich Tamil bardzo sympatyczny, dzieci wyśpiewują po angielsku co tylko potrafią, Jasiek szaleje z aparatem, aż do momentu gdy pan nauczyciel sugeruje pomoc … Jak zwykle, muszę się wykręcać ze sponsoringu małych radykałów, co to bomby w metrach będą podkładać … żartuję, ale znów przechodzę na tryb obronny: nie mam, nie dam, prześlę materiały do angielskiego. But please, tell your friends, this is a new school, built after tsunami and we need money for the books … Akurat. Pan nauczyciel ma drugi biznes w domu, gdzie biorąc jednocześnie z dwóch stron – od dzieciaków i od ‚sponsorów’ – naucza arabskiego …

Na targu z kolei wystarczy bym kupiła dwie papaje by pan z owocowej budy zaproponował mi interes życia: on ma ziemię, ja tam zrobię hotel i będzie dobrze. Jest przygotowany do akcji: spod pomello wyciąga plany działki, akt własności – oczywiście w tamilskim, i karteczkę z numerem telefonu. Gdybym jednak się skusiła zainwestować z pół miliona bucksów, on jest chętny …

W Arugam Bay, gdzie australijskich chłopców z deskami zatrzęsienie, mieszkamy w skromnym guesthousie na plaży, będąc obsługiwane przez syna i ojca z długimi brodami; ortodoksi, którzy prowadzą interes dla dziewczyn w bikini i ich chłopaków zaciągających się gandzią od rana … W każdym bądź razie brodaci panowie są sympatyczni i chętnie opowiadają: tu, gdzie pod bambusową strzechą pijam rano kawę stał kiedyś duży pensjonat, czternaście pokoi, w 2004 zmiotło go tsunami.

Brodaci nie dostali nic, bo ubezpieczeni nie byli i dopiero teraz, powoli, odbudowują biznes. Inni natomiast byli sprytniejsi i wciskali organizacjom pomocowym kit o tym co stracili … mają teraz wypasione pensjonaty albo mitsubishi pajero pod domem; mówią też, że czasem ludzie niszczyli własność sami, by dostać większe odszkodowanie. Więc tak to się kręci, bywa, że nieszczęście jest błogosławione, że się opyla, bo zwykła bieda zbyt oswojona, zbyt zwykła jest …

Tuż pod nosem, za niskim płotkiem, reszta rodziny brodatych od rana sprząta teren na którym stoi pół domku wyglądający tak, jakby tsunami przeszło parę miesięcy temu. Jeden z nich, brak połowy uzębienia, na sobie poplamione szmaty, waga góra 45 kg, grabie w chudych łapkach, mówi, że za komuny był w Polsce, jako marynarz. Pływał 30 lat, widział pół świata, ma trzy domy w Colombo, kilka działek tutaj, i jak twierdzi, musi tylko znaleźć dobrą żonę dla syna, bo ziemia, domy i złoto już czekają, no worry … tylko czemu, do diaska, muszą zawsze wyglądać jak biedacy?!