(7) Imlil, Atlas

Po drodze był Marrakesz, a od trzech dni jesteśmy w górach Atlasu, w Imlil, stacji wyprawowej na najwyższą górę Afryki północnej, Jabal Toubkal. Imlil to urocze górskie miasteczko – gdyby tylko wyłączyć głos tym wszystkim co wykrzykują  z daleka ‚dobrze dobra’ spodziewając się za to Bóg wie jakiej nagrody. Zamiast iść do Auberge poszłyśmy kawałek do innej wsi i mieszkamy w Gite – takim niby pensjonacie, po którym biega więcej dzieci niż po polskim przedszkolu.

Właściciel Gite przez całe pięć dni był podejrzanie przymilny, bo jedno miał w głowie, albo dwa – kasę i seks. Na pięknych górskich przełęczach wygłaszał przemowy o tym, jak długowieczni są Berberowie z tych rejonów (najstarszy człowiek w Ait Souka, ich wiosce – lat 126) – zgadnijcie tylko jak taki wiek osiągnąć? Mais bien sur, przez cielesne uniesienia w ramionach Mohameda albo innego Berbera, wtedy siły witalne mogą się magicznie przenieść na taką białą wymoczkę jak ja:)))

Swoja drogą, podczas pierwszego tzw. trekkingu – przechadzka dla turystów obok muła, za mułem albo na mule – spotkałyśmy babusieńkę, która podobno liczyła sobie lat 107 i wspinała się do strumienia po wodę. Piękni są tutaj ci starsi ludzie, o jasnych cerach i przejrzystych, pogodnych oczach.

Przeniosłyśmy się na chwilę do schroniska pod Jabal Toubkal, 4167m npm według guide’a. O czwartej rano dziewczyny poszły z Ibrahimem przewodnikiem na Toubkal, po ciemku, z latarkami w ręku. Trzy i pół godziny ostrego  wspinania i szczyt zdobyty, dwie godziny w dół do schroniska … a potem wykończone schodziły do Imlilu następne sześć godzin. Dumna byłam bardzo z Jaśminy, która hardego ducha nosi w środku.

Ja zaś poszłam na długi spacer na jakąś przełęcz, gdzie przez parę godzin dane mi było być zupełnie samej; dotknęło mnie mocno wrażenie zmienności tego co tak trwale – jak na tych pełnych grozy skalnych kolosach grało światło, rzeźbiąc coraz to nowe ich twarze… i paradoksalnie, stałość, regularność tego co na chwilę, samotnego pasterza co każdego dnia wypasa tam swoje wielkie stado, które rozsypuje się po zboczach jak toczące się koraliki, wichry i lekkie podmuchy wiatru, ciężkie chmury i jasne pasma światła, skały groźne i skały roziskrzone srebrem miki.. wszystko to jest i nie jest obecne, jest na chwilę i nie da się pochwycić, ale przecież  w naprzemienności trwa.

A Allach nas chyba trochę polubił:)) z Imlilu do Marakeszu i dalej, do Fezu miałyśmy drogę jak po maśle… Zesłał nam nawet interesujących rozmówców, jak choćby profesora matematyki -islamistę; ja zachwycona jego francuskim i cierpliwością, on ucieszony, że nie biorę każdego muzułmanina  za krypto-terrorystę.

Powiem Wam więcej, jakoś tak im bliżej końca wyprawy, nasze drogi prowadzą w coraz ciekawsze miejsca; poza tym nie odganiamy się w desperackim napięciu od przyszłych mężów, ofert bycia czwartą żoną  i oddawania córki biznesmenowi w każdym zapadłym zaułku…