(7) – Kannur, stara miłość, nowy płomień

Wylądowałam w końcu w Kannur, z angielska zwanym melodyjniej – Cannanore, gdzie ponad rok temu przycupnęłam na dłużej, chwytając się tego raju obfitości palm, plaż i życzliwych uśmiechów. Jeżdżę więc znów rozklekotanym autobusem po którym szaleje wiatr, siedząc grzecznie z prawej, wyznaczonej dla kobiet strony, powtarzając po cichu pod nosem nazwy rzekomo proste: Manal, gdzie mam wysiąść, albo Neerkkadavu, gdzie powinnam dotrzeć, i zwykle i tak spotyka mnie porażka. Mallayalam, tutejszy język, na pewno bardziej niż chiński łamie języki i gnie umysły, uwierzcie!

Dotąd zrozumiałe dla tubylców są tylko dwa miejsca docelowe: City Centre, duża ulica w miasteczku, i Payamballam, gdzie wcześniej mieszkałam, więc po miesiącach kilku udało mi się w końcu dobrze postawić akcent i z odpowiednim mlaśnięciem wymówić podwójne ‘l’. Reszta to porażka – jak można nie zrozumieć słowa ‘Manal’?! Ano można!

Kannur to miasteczko co przycupnęło sobie na północy Kerali, ze starym holenderskim fortem, sporym portem rybackim, obmywanie nie tylko wodami Morza Arabskiego, ale i petrodolarami przypływającymi z Bliskiego Wschodu. Względnie tu bogato i każdy biały się dziwi: jak to, więcej tu rezydencji niż w Southampton, a spodziewaliśmy się domków krytych strzechą … I to  wszystko zatopione w bujnej zieleni, nakrapiane czerwienią hibiskusa, a za plecami miasta górują Zachodnie Ghaty pokryte plantacjami herbaty …. A na dodatek, miasto Kannur nie zwariowało; rikszarze nie są zaczadzeni ciągłym trąbieniem, a ludzie nie walczą o skrawek miejsca na chodniku …  miasto toczy swoje życie potoczyście i łagodnie, w sposób naprzemiennie to żwawy, to ospały, więc czegóż chcieć więcej?

Mój stary pensjonat był cały zabukowany, potoczyłam się więc tuk-tukiem dalej i wylądowałam w najprawdziwszej wiosce rybackiej i pierwszym ‘homestayu’, który tu powstał, świeżynka! Dom leży troszkę w głębi wioski, sto metrów od plaży, pusty zupełnie, co oznacza, że przewalać się mogę od salonu po werandę, i mieszać w garach własne potrawy w których nie pływają pęczki chilli:)

Wioska też zwolniła tempa, rybacy od miesiąca strajkują, a sieci rozpostarli dopiero wczoraj by przeczesać ich oczka i załatać. Za to codziennie, dokładnie o dziewiątej, rusza do pracy sąsiad, ciemnoskóry i żylasty, z wielką bambusową drabiną na ramieniu – idzie strącać kokosy. Dobrze płatna robota. Trochę później przejdą drogą poławiacze małż, wiecznie chętni zademonstrować owoce połowu – dwie garście małż dopiero co oderwanych od skał, jak też swój osprzęt – przedwiekowe maski, rękawiczki i buty, zwykłe mokasyny z tworzywa, pozwalający przeżyć ekwipunek biednego. Zaś za płotem, pod foliowym zadaszeniem przyklejonym do domu bardziej niebieskiego niż samo morze, staruszek przędzie na stuletnich krosnach tkaninę tak mocną, że służy do jakiejś ‘machine’. Przypomina mi Bapu Gandhiego, tak do niego mówię, a ‘machine’ jest jedynym słowem jaki zna po angielsku, więc budujemy więź zupełnie niewerbalną, gdy tak wystaję patrząc jak te przetrawione czasem ręce zwinnie kierują nicią … W południe staruszek przenosi się na werandę, czyta gazetę, której strony przyjemnie szeleszczą na wietrze. Taka ładna starość – w brzuchu domu krząta się synowa, w porze lunchu zjawiają się wnuki, wesołe berbecie, które potarmosi po włosach.

Z wioski trzeba się dotelepać do miasta, próbuję więc zamawiać sobie rzeczy w sklepiku na rogu – jak choćby kalafior. I rzeczywiście, kalafior dojeżdża z niewielkim opóźnieniem, z auta wyskakuje syn sklepowej: ‘gobi, cauliflower’ – i wręcza mi go jak bukiet kwiatów. Pytam o ogórki, ale nic to nikomu nie mówi. Grzebię w jutowym worku – here! – krzyczę. Podchodzi mama-sklepowa – What is your name? – pyta wskazując na ogórek. ‘Cucumber’ – odpowiadam, i konwersacja toczy się jak burza. 1kg cucumber – oni powtarzają po angielsku, ja w malayalam – kakiri, kakiri; potem carrots; biorę też sugar i vellam wśród okrzyków ‘pudding, pudding!’, które wskazują na zastosowanie velamu,  skarmelizowanego syropu z trzciny cukrowej. Kręcę głową, jaka kicha, cytryny nie ma – ale zaraz się  zjawia – podarunek od sąsiadki. Konwersujemy, mama-sklepowa, ideał pulchnej i ciepłej niańki, klepie mnie po plecach – friendi – mówi do sąsiadki (wszystko kończy się na ‘i’, jest oki, goodi, byei:), po czym dotyka po chomiczym policzku, w którym ból rwie zęba od paru dni – ojej, cmoka, dentist goodie? Oj tak, goodie, mówię, Parvathi Dental Centre near Caltex; To goodie, meds też goodie? Tak, tak, kiwam głową. Na pożegnanie wyciąga rękę – Latika – mówi, a gdy podaję jej dłoń podnosi ją do ust i cmoka tam, gdzie kciuk się kończy. Boże, co powinnam zrobić?

Do dzisiaj tego nie wiem, ale Latika macha do swojej new friendie, gdy tylko pojawiam się na rogu. Zatrzymują się też poławiacze, staruszek znad krosna pozdrawia mnie ślicznym namaskar, składając dłonie, i choć minęło dopiero parę dni – wygląda na to, że znów się tu zasiedzę … Chcecie dołączyć?:)