(8) Dharamsala – czas walki, czas nadziei

Dharamsala – jaka jest – każdy (buddysta) wie. Albo tak nam się wydaje. Jestem tu czwarty albo piąty raz.
Najpierw poddałam się sentymentalnej stronie swej duszy – szukałam starych miejsc, śladów zdarzeń i spotkań. Sprawdziłam, czy Chocolate Log czynny, czy w JJ Cafe dalej takie pyszne momo dają, czy bracia – JJ Brothers in Exile – koncertują. Wzruszyłam się przy niejednym widoku, przy ulubionym kamieniu Mani na korze …

Cała Dharamsala pozawieszana jest plakatami i informacjami o powstaniu marcowym, na każdym rogu zdjęcia z Lhasy i Pekinu, choć atmosfera taka sama jak zawsze. Wieczorami można pójść na video presentation o całym powstaniu i  aktualnej sytuacji, a także na procesję z lampkami. Bardzo to przejmujące, ci mnisi i mniszki, którzy mają tyle szczęścia, że mogą nieść zdjęcie Dalai Lamy i tybetańską flagę ….

Pod głównym klasztorem jest pudża, śpiewy i przemówienia informujące o wszystkich zajściach, o tym, co zrobić można – choć co niby można? Różne są głosy – że będzie dużo gorzej po 24tym, skończy się olimpiada i zacznie się rzeź. Albo też, że zostaną podjęte rozmowy z przedstawicielem DL.

Tyle nadziei i bezradności w tych ludziach, ale też, myślę sobie czasem, smuga winy, że umknęli i należą już do innego świata – pozostawili za sobą rodziny. Do jakiego świata oni sami należą? Na pewno tym spoiwem jest oddanie wobec Dalai Lamy – inaczej ta kolorowa enklawa byłaby niczym popruty patchwork, nie miałaby racji bytu. Jest też ta druga strona, na którą jestem dość wrażliwa. Martyrologia tybetańska.

Ci młodzi i trochę starsi, z którymi rozmawiam wieczorami, opowiadający podobne historie ucieczek przez góry, głodu w górach, odmrożeń, złego traktowania przez Nepalczyków; słucham i czasem zakręci się łza, ale tylko wtedy, gdy te opowieści nie manipulują mną i nie służą czemuś innemu niż sama opowieść. Za często widziałam jak służą otwarciu złotych drzwi do serc sponsorów, jak plasują narratora w pozycji mogę i roszczę sobie i wolno mi oczekiwać …

Smutne to, co mówię, ale tak też jest. Jest też tak, że te młode chłopaki dwudziesto-paroletnie co uciekły parę lat temu nie mają co w Dhasie robić i za wszelką cenę chcą wydostać się dalej – i tego od początku chcieli – na Zachód. Dream of western countries. Dla paszportu, by móc odwiedzić rodzinę? Dla statusu, wygód i blichtru Zachodu? Obie strony mają swoje kompleksy – nic dziwnego, że ci biali, zwłaszcza Amerykanie, zażenowani własną nad-konsumpcją chętnie sponsorują tych, którzy wydają się jej pozbawieni. Choć ci drudzy przecież o niczym innym nie marzą.

Jak choćby taki Tybetańczyk, 15 lat ode mnie młodszy, który po 7 minutach wspólnej drogi znalazł  we mnie dziewczynę swego życia; za iluzję, że już na nic nie  trzeba czekać i o nic się starać warto spróbować z każdą.

Mieszkamy nie w Ladies Venture, ale w Pawan House, u Kaszmirczyków, z pokojami wychodzącymi na pasmo Dauladhar. Orły wielkie jak latawce fruwają na wyciągniecie reki, a wczoraj nocą po tarasie buszowały puchate i zwiewne mangusty.