(8) Fez

Nad głową jakieś dziewczę wyje mi ‚habbibi’ i ‚habbibi’, wtóruje dziewczę z cyber cafe, ale i tak w Fezie mamy luksusowo, nikt nas nie naciąga, nie kusi ani nie straszy na poły zdechłymi wężami jak na Jemmaa El-Fna w Marakeszu… Naprawdę nie rozumiem co sprawiło, że Peter Gabriel, Mick Jagger czy choćby Yves Saint Laurent właśnie tam kupili sobie domy.

Fez nas oczarował, ale jak wytrawny kochanek – poznany nocą, za dnia nie traci nic a nic na swojej klasie.

Zaraz za wielką bramą mediny Ba Djeloud-   zaczęłyśmy polowanie na hotel; wszystkie te wychwalane w Lonely Planet to po prostu mysie dziury za straszną kasę, z klopem dwa piętra niżej, więc lepszą taktyka jest po prostu stanąć i NIC nie robić, i tak sobie, ot, poczekać na środku ulicy. Oczywiście, pojawił się chłopak, który zaprowadził nas – zaułkami, po północy, do swojej cioci na nocleg. I rzeczywiście, drzwi otworzyła ta niby-ciocia, a za jej plecami ukazały się nie pleśnią pokryte ściany, ale pałacowe wnętrze!

 Ciocia Rashida ma domek po Francuzach, który nie ustępuje niczym pałacowi El Bahia w Marakeszu. Ten riad jest z 1321 roku, z polichromią, mozaikami, witrażami, tak bajkowy, że budząc się rano wydaje mi się, że jestem albo w haremie, albo w kościele i zaraz usłyszę dzwony.

 Rashida ma w domu fontanny i stiuki warte miliony, gotuje zaś na jednym palniku na podłodze i w kucki, z rur woda ledwie kapie, a na rurze w kiblu można się bujać. Chodzi w wymiętej podomce po domu, z chustką a la Helga na głowie,  jest przy tym łagodna i delikatna, nocą zaś wyczarowuje na starym Singerze jedne z najpiękniejszych ażurowych sukni jakie widziałam. Dostałam od niej piękną serwetę i wreszcie nie mam oporów tulić jej dzieci i siedzieć z nimi długo po zmierzchu.