(8) Rzecz o leczeniu zębów w Indiach

Nie bójcie się, o zębach będzie mało – potraktujmy je jako przyczynek do studium kulturowego:) Dorwał mnie potworny ból zęba w Pallakad, zapyziałym miasteczku, gdzie w najlepszym hotelu niełatwo było dogadać się po angielsku; pół nocy obijałam się o ściany pokoju, a jak wstał świt zbiegłam do recepcji spytać o porządnego dentystę. Wskakuję w tuk-tuka i jadę jak po zbawienie, ale cholerka, czy w budynku tak obdrapanym mieścić się może porządny gabinet?

Jasne, że tak! Nieważne schody z dziurami w które wpada pięta, ani wysypisko śmieci przy wejściu, na I piętrze przechodzę płynnie w XXI wiek; w poczekalni pływają sobie rybki w akwariach, doktorek uchyla drzwi – a tam voila, najprawdziwszy gabinet! Diagnozuje mnie w tri miga, i nie martw się, nic się nie martw, powtarza, dwa, trzy dni i opanujemy to zapalenie. Jak burza rejestruje mnie w swoim softwarze, drukuje info, znikąd pojawia się torebka z lekami: każdy w osobnej kopercie, ślicznie podpisane, a doktorek mało nie wyściska mnie na pożegnanie. I to wszystko za niecałe 6 złotych:)

W ramach tej kwoty wydzwaniam do niego codziennie, ach, spuchłam jak pijana grucha, skarżę się, a on cierpliwie odpowiada. Szuka mi w Kannur lekarza, swojego profesora z uczelnianych czasów, do którego jadę tym razem z nieco rozbujałymi oczekiwaniami.

Profesorek ulokował się przy głównej ulicy, kolejna klatka schodowa jak dziupla w pniu drzewa, ale niestety, ani śladu high-life’u w poczekalni. Zdecydowanie przydałby się remont, choć miejscowym, jak widać po długości kolejki, lekki syf dodaje otuchy. Ląduję na fotelu obok innego pacjenta, któremu akurat usunięto zęba, walają się więc wokół zakrwawione waciki; rzut oka na stomatologiczną machinę-kombinat, cholera, cały w plamach jak od betelu! Powinnam chyba stąd się ewakuować, ale ktoś musi mi zajrzeć do gęby! Dr Arunowi zajmuje to sekundę, macha ręką, ale stan zapalny! Znów antybiotyk, i zrób sobie pantomogram, o tu proszę, skierowanie. Niezbyt pocieszona wsiadam w rikszę – pewnie prześwietlą mnie rentgenem z jakiegoś demobilu – ta sama historia. Pokryty pyłem żaluzje biur nigdy nie wynajętych, z wąską przecinką wytartej drogi do tych, w których otworzono jakiś interes. W poczekalni same muzułmańskie lady- wrony, wchodzę struchlała – pan tłumaczy, że muszę wziąć do ust taką końcówkę by unieruchomić brodę – nie wezmę, krzyczę, nie jest jednorazowa! – oczywiście ma odpowiednią nakładkę, a niezrażony pan opowiada mi jak to się szkoli w Helsinkach w obsłudze takich high-tech machin jak ta …

Wracam po paru dniach do dr Aruna, tak, zapalenie schodzi, nic już nie trzeba robić. Prawie jestem rozczarowana, żadnej większej hecy? Ano nie, siadaj, mówi, mam chwilę przerwy, pogadajmy o tym co piszesz o Indiach? I tak przechodzimy płynnie do spraw najistotniejszych – co tam zęby, ważne jest to, co w środku, w serduchu. Byłem zawsze poszukiwaczem sensu – mówi, – tyle lat, głodny byłem poczucia sensu, bo to wszystko – kasa, kariera, rodzina – i tak w środku nikogo nie wypełni. Spotkał zwykłą kobietę, starowinkę, adeptkę pewnej dość ezoterycznej formy hinduizmu z Matką Boginią w centrum, kobietę o duszy tak czystej, że go poraziła. Został jej uczniem, jednym z garstki; odwiedzają ją wspólnie w starym theravadu, tradycyjnym keralskim domu, gdzie babciuje swoim wnukom, dogląda ogrodu i bywa ich guru. Bo guru to inspiracja, to ktoś, kto otwiera serca, doktorek chwyta więc za telefon, musisz usłyszeć jej głos, mówi. Będę tłumaczył. Babci śmiech wylewa się srebrzystym potokiem ze słuchawki; zaczyna od spytania mnie ‘Are you happy?’ Szczebioczą tak do siebie, pocieszenie mam zawsze pod ręką – mówi Arun – choć praktyka jest wymagająca. Doktorek ma w nosie zarabianie na mnie, nie namawia mnie na mostki ani koronki, możesz z wszystkim poczekać, ale może wybierzesz się tam ze mną? Zaprosiła cię …

Taka historia może zdarzyć się tylko w Indiach … A mnie do guru-babci skłania jedna rzecz – żywy dowód w postaci doktorka. Pryncypał college’u, więc od rana był na uczelni, potem przyjmował w gabinecie, a jutro zaczyna się konferencja, którą organizuje, 3 tysiące zaproszonych, a on – świeży jak poranek i nieporuszony: co najważniejsze dalej jest najważniejsze. Jaki stres? Jakie napięcie? Och, doktorku, chyba się kopnę na tę wieś z tobą …