(9) Wioskowe układy i prywatny bodyguard, czyli znów muszę się prowadzić

Kochani, jak wiecie zażywam słońca, plaży i peace of mind w rybackiej wiosce, której nazwa dalej staje mi na języku w poprzek; ze spokojem umysłu bywa różnie, bo czasem mam go aż tyle, że wstępuje we mnie stary, znajomy niepokój:), natomiast na kąpiele i urodziwą przyrodę zawsze można tu liczyć …

W domu, gdzie mieszkam turyści bywają sporadycznie, panoszę się tu więc jak nieformalna pani domu, mieszając w garach ‘western curry’ i sałatki doprawiane oliwą kokosową, wywołując  zdziwienie Suresha, który jest stróżem i opiekunem domu, a w zaistniałej konstelacji – moim osobistym stróżem. I o nim właśnie chcę Wam trochę dzisiaj opowiedzieć.

Wypisując się z nurtu masowej turystyki, robię to też w imię takich Raju, Sunit i Sureshy, których w tych wiochach spotkać można. I to spotkać niepospiesznie, bo mija już ze trzy tygodnie odkąd tu jestem, a objawił mi się dopiero czubek góry lodowej. Z Sureshem dotąd było tak – jest szwagrem właściciela pensjonatu, Asha, doktorka z indyjskiej armii na wczesnej emeryturze, grzmiącego z amerykańska jak to wojskowi, którzy służyli u boku GI na misjach w Afganistanie. Ash więc jest bardzo po zachodniemu ‘cywilizowany’, co oznacza mniej subtelny i bardzo wprost. Suresh to inna historia.

Te trzy tygodnie przemykał po domu tak, żeby broń Boże nie wejść mi w paradę. Gdy przechodziłam przez salon, a robię to non stop w drodze na ganek, natychmiast wyłączał telewizor. Albo oglądał go bez dźwięku, więc ja zawsze: Suresh, it doesn’t disturb me! Please turn the volume on. A on nic, no, no madame Anoushka, this no good for you. I tak wiecznie, Suresh, you can watch tv as much as you like – No, no Anoushka, you are my guest! Krążył po domu cały dzień, odmeldowując się tylko na posiłki, biegnąc natychmiast z powrotem, bo you must be comfortable. Jak zapomniał wyłożyć w łazience mydło, pół godziny przepraszał, jak nie nalał wody do dzbanków, mało się nie upiekł ze wstydu …. Przepędził też stanowczo dzieciaki, co zaczęły sobie tu hasać pod jego nieobecność, wkładając mi np. książki do lodówki, ach, wtedy całe Neerkadavu zatrzęsło się w posadach i Suresh zaczął zamykać bramę na kłódkę. No bo przecież odpowiada za wszystko, za moje bezpieczeństwo, komfort i spokój.

Przyglądałam mu się od początku, nie mogąc pojąć – jak to, jest szwagrem właściciela, a zachowuje się tak usłużnie jak zwykły pracownik? Strategia to jakaś? A jak Ash wpadnie pohuczeć przez chwilę, ten stanie obok i nawet nie przysiądzie. A potem, pod wieczór podpyta mnie tylko, czy Ash zadowolony jest z niego, czy widzi jak on się spisuje? Jak rano podłogi zmywa, szoruje blaty i podlewa kwiaty, i nic, a to nic nie trzeba mu mówić …

Subtelniejsze rzeczy najpierw umykają, bo wymagają czasu. W końcu zauważyłam, że i on mnie obserwuje: O, zawsze gasisz w kuchni światło, I like it, saving energy; O, wstawiłaś moje pranie, aż wreszcie, pewnego dnia, buch: Zapaliłaś za mnie światła w ogrodzie, pozmywałaś za mnie w kuchni, a to mój job … Now you are like my family – i w związku z tym rano czeka na mnie czasem idli i sambar, czyli typowe keralskie śniadanie, ryżowe pyzy na parze i warzywne curry, które w metalowym tiffinie przyniósł od żony. A odkąd sączymy wspólnie czaj na ganku poznaję lepiej wioskowych mieszkańców, co paradują nam tu za płotem.

I co kto przejdzie, Suresh mówi: to mój kuzyn, potem przechodzi kolejny, wymiieni uprzejmości, i znów to samo: to mąż mojej krewnej, a te dwie – córki siostry żony … Suresh – ja na to codziennie – how i it possible that everyone in Neerkadavu is your cousin or relative?!

Ale ja dalej o tym samym, o tej subtelnej grze społecznej, pełnej uważności … Bo Suresh otworzył się dopiero jak poznał moich tutejszych znajomych; nie powiedział ani słowa, ale uznał najwidoczniej, że chłopaki są w porządku – jeden ze stanowiskiem jak talala, drugi z sercem jak na dłoni – i że w głowie mam dobrze, do córki dzwonię, kasy nie rozrzucam i sporo pracuję … Czyli – można mnie przyjąć do ‘rodziny’, wstydu nie przyniosę.

Dziś znowu ujawnił się kolejny kuzyn. Mówię, wiesz, wszyscy cię tu znają i jak wspomnę, że mieszkam u Suresha, cmokają poprawiając: ah, Mr Suresh … Na to odpowiada z dumą: Yes, yes, they all know me here, they all respect me. Bo pamiętają mojego ojca, jego wszyscy darzyli ogromnym szacunkiem. – Why, pytam, co takiego robił? – Na to Suresh – he was a vaidyan, czyli ajurwedyjskim znachorem, jak to w naszej rodzinie było z dziada pradziada. Wszystko potrafił wyleczyć, bóle brzucha i przeziębienia, zwichnięte kostki, wypadnięte dyski i otwarte złamania … Przed domem zawsze czekały tłumy, ja tego za bardzo nie lubiłem, ale wiesz co? – mówi spoglądając na mnie – on nigdy jednej rupii za to nie wziął. Leczył za darmo. Ludzie czasem coś przynosili, jak już na tych nogach skikać mogli, a to materiał na mundu (taki męski sarongą), a to kosz owoców, świeżo wyciśniętą oliwę kokosową …

I ta zasada porządkująca, szacunek, to właśnie stąd; podejrzewam też, że cały Suresh stąd się wziął. Jak więc mógłby zachowywać się niegodnie? Jego tożsamość wyrosła z rodowej dumy jak gałęzie z pnia banyanu. Widzicie więc sami, będąc part of the family, muszę się przyzwoicie prowadzić…