Ashura, krew na stopach, w oczach ekstaza

[Tekst napisany po wizycie w Starym Delhi podczas szyickiego święta Ashury, 4 listopada 2014] 

Ashura to dziesiąty dzień Muharram, pierwszego miesiąca muzułmańskiego kalendarza według którego jest rok 1436, czyli środek średniowiecza! Takie myśli właśnie plątały mi się po głowie, okraszone zapamiętanymi obrazami – to tego dnia szyici rozpamiętują męczeńską śmierć imama Hosejna w sposób bardzo dosłowny, okładając się łańcuchami, które rozrywają im skórę. Bryzga krew, dzieciaki tną się żyletkami, a rozegzaltowany tłum domaga się więcej – nie ma co, średniowiecze.

Ashura jest najhuczniej obchodzona w starym Delhi, nieopodal Kashmere Gate, w dzielnicy zaułków, gdzie to, co błyszczy się i lśni nie ma szans ani z wszechpanującym pyłem, ani z wielowiekową tradycją. W uliczce pod starym sądem, pomagierzy walą szmatami w chybocące się stoliki, by sahib adwokat mógł usiąść przed starą maszyną do pisania nie brudząc sobie siedzenia.

Pod meczetem szyitów czekają ubrane na czarno postacie, żałobnicy. Kobiety usiadły wzdłuż krawężników, zasłaniają oczy dłońmi. Każda przelana dziś łza ze smutku nad losem imama Hosejna ma moc odkupić sto grzechów, jak mówią pisma. Hosejn, wnuk Proroka, został zabity przez chciwych Umajunów pod Karbalą i dlatego na czarnych T-shirtach szyitów z Ladakhu widnieje napis: Śmierć z godnością jest lepsza niż życie w poniżeniu. Imam nie zgiął karku. Nie współpracował z tymi, którymi gardził. Podczas gdy ciała rodziny Hosejna zagrzebał w pyle wschodni, pustynny wiatr, jego córy i siostra, Zaynab, wzięte zostały do niewoli. One właśnie opłakiwały w niewoli, w Damaszku, śmierć następcy Proroka. To była pierwsza ashura, pierwsze majaali, zgromadzenie żałobników, takie samo jak dzisiaj, ponad tysiąc trzysta lat temu.

Zakończyły się modlitwy w meczecie, na ulicę wypływa tłum mężczyzn. Część z nich ustawia się w rzędzie, naprzeciw siebie; zaczynają melorecytację, głosami mocnymi, płynącymi z trzewi, silnymi niezachwianą wiarą przodków. Gęsty, skondensowany smutek zawisa nad głowami; nikt nie czyni niepotrzebnych gestów, jedynie dłonie uderzają o piersi w takt recytacji, na przemian, lewa do prawej piersi, prawa do lewej piersi, dudniące tup, tup, niczym kroki armii, tup, tup, zadają sobie ból, bo ciało pamięta.

Naprzeciw wejścia do meczetu formuje się krąg mężczyzn. Wstępujący w krąg zdejmują koszule i gdy recytacja wzniesie się wyżej, dosięgając nieba, w zaśpiewie Ya Hussain, Ya Hussain, rytmicznie okładają się zanjeer – łańcuchem zakończonym palcami ostrzy. Jedni mocniej, drudzy słabiej, ostrza przerywają tkankę, zaczyna ciurkać pierwsza krew, perląca się na malinowo jakby była farbą. Krąg się poszerza, wchodzą doń coraz to nowi mężczyźni, stalowe rózgi orają plecy, rany otwierają się jak pąki kwiatów. Na żadnej twarzy nie maluje się ani ból, ani egzaltacja.

– Bo to nie boli – mówi stojący obok szyita – nie boli w czasie biczowania ani potem. Jak widzisz, rany polewa się zwykłą wodą, nie smaruje niczym. Goją się same, bo ci ludzie żałują, że nie było ich wtedy w Karbali by ocalić od śmierci imama Hosejna. Doświadczają tutaj jego obecności, a nie bólu.

Tłum jest pełen szacunku. Nikt się nie ciśnie, nie otrze o białą, nie podejdzie za blisko; jeśli już – zaglądają mi w oczy kobiety i jak w lustrze widzą odbicie własnego smutku. Nie sposób go tutaj nie odczuć.  Kręgi się rozdzielają, na dwa, potem na trzy  i cztery. Powstaje jeden dla młodych mężczyzn i jeden dla zupełnie małych chłopców. Ojcowie podają kolczasty bicz, chłopcy uderzają się słabiej, ale w skupieniu, nie bacząc na starszych krewnych. To jak rytuał przejścia, inicjacja, jestem jednym z was, jestem dumny z bycia szyitą. A jak dumni są ojcowie wycierając im krew z pleców!

Wśród starszych chłopców jeden zwraca moją uwagę. Uderza się dłońmi, zostawiając na klatce piersiowej czerwone plamy, które obejmują też szyję. Skąd ta krew? Widzę jak porządkowy wkłada żyletką w czyjąś wyciągniętą rękę; po przełamaniu, jej połówki ściska się palcami, uderzając ostrzem w pierś albo głowę. Dlatego właśnie niektórzy wyglądają jakby głową walili o mur, krew zalewa im oczy, obryzguje innych, gdy polani wodą otrząsają się jak po prysznicu. Jednak mój chłopiec jest jak w transie. Cisza i zatopienie w sobie okrywa go tak szczelnie, ze nawet mój wścibski wzrok nie był w stanie go musnąć. Gdyby nie ta jego skupiona łagodność, zapamiętałabym krew. A pamiętam rozmodlenie.

O ceglany, rozpadający się mur oparła się hinduska, chudziutka jak te biedy z najniższych kast.  Złożyła patykowate dłonie, zakryła głowę szalem od sari i modli się tak, jakby to Ganeśi wyszeptywała swoje błagania.

– Co ona tu robi? – pytam młodej szyitki, – przecież to hinduska, dziwne to, prawda? Młoda śmieje się. – To piękne – mówi, – bo przecież Imam Hosejn otworzy każdemu drzwi, każdemu pomoże. A ona wygląda tak, jakby tej pomocy potrzebowała.

Na Kashmere Gate hindusi mieszkają obok muzułmanów od setek lat. Jest normalnie, bez napięć, policja przeparadowała konno, zaznaczyła swoją obecność i poszła pić czaj. Za moment ruszy procesja w stronę meczetu Panjar Sheriff, gdzie pogrzebią w ziemi taziya, mini nagrobek Hosejna, mijając po drodze wiele sklepów i co chwilę przystając, by biczować się, śpiewać, ciąć żyletkami i modlić. Hindusi i Sikhowie spoglądać będą na nich z wyrozumiałością. Nic to przecież nowego. A i szyici okażą im  wyrozumiałość przez następne 2 miesiące, które dla nich są okresem smutku, a dla tamtych – orszaków ślubnych i hucznych wesel. Jakiś sklepikarz poznając sąsiada w tłumie rzuci czasem: Happy Muharram! – cóż, za happy nie może być, ale dobrze, że być może.