Archiwa kategorii: reportaże

Hijra, boski hermafrodyta

[Reportaż ukazał się w 'Kontynentach' , 01/2015, ze zdjęciami Kabira Orłowskiego.]

Śledzą ich ciekawe, choć ostrożne spojrzenia. Lepiej nie patrzeć im w oczy, lepiej zerknąć jak już sobie pójdą, wystrojeni paradnie w jedwabne sari, wyperfumowani, obwieszeni biżuterią, zawstydzając kobiety dbałością o wygląd. Ludzie rozstępują się instynktownie, część zerka z pobłażliwością, podczas gdy inni odwracają głowy, cofają się o krok, na wszelki wypadek. Nie wiadomo jaki skutek przyniesie przypadkowe ich muśnięcie.


Ashura, krew na stopach, w oczach ekstaza

[Tekst napisany po wizycie w Starym Delhi podczas szyickiego święta Ashury, 4 listopada 2014] 

Ashura to dziesiąty dzień Muharram, pierwszego miesiąca muzułmańskiego kalendarza według którego jest rok 1436, czyli środek średniowiecza! Takie myśli właśnie plątały mi się po głowie, okraszone zapamiętanymi obrazami – to tego dnia szyici rozpamiętują męczeńską śmierć imama Hosejna w sposób bardzo dosłowny, okładając się łańcuchami, które rozrywają im skórę. Bryzga krew, dzieciaki tną się żyletkami, a rozegzaltowany tłum domaga się więcej – nie ma co, średniowiecze.


Kalkuta, nim zatrzasną się drzwi synagogi

[Tekst ukazał się w 'Kontynentach', numer 01/2014, w  nieco krótszej wersji.]

Kalkuta, ta porażająca stolica nędzy, zwykle paraliżuje przybyszy, zapędza w kozi róg trudnych emocji, z którego wyłaniają się tylko po to, by czym prędzej załatwić swoje sprawy i pojechać dalej. Ci, którzy z jakiegoś powodu tu zostają, mówią o niej inaczej: że choć najpierw każdego porazi i zniechęci, potem uwiedzie i wchłonie. Upoi herbatą podawaną w glinianych czarkach, oczaruje uprzejmością Bengalczyków, wciągnie w grupowe omawianie wydarzeń z łam gazet i tych z najbliższego sąsiedztwa. I powoli, spod warstw brudu i pleśni, wszędobylskich, krwisto-czerwonych plam betelu i łuszczących się tynków zaczną się szeptać historie. Tak pojemne, jakby w Kalkucie zbiegał się cały indyjski świat, streszczała historia subkontynentu.


Kerala – gdzie bogowie zstępują na Ziemię

[Reportaż ukazał się w 'Kontynentach', 03/2013.]

Podążając za donośnym, dynamicznym biciem bębnów docieram do małej wioski pod Payannur, w indyjskim stanie Kerala, gdzie wokół placu zebrał się tłum. Przed chatką z palmowych liści panuje poruszenie, trudno zajrzeć do środka. Obok stoi inna skromna konstrukcja, niezadaszony czworobok z cegieł, a w nim na drewnianych pniakach spoczywa gliniana maska, jakby przypadkowo tu porzucona. Za nią, oparte o klepisko, błyszczą się w słońcu dwa miecze. Dwaj bramini, o śniadych torsach przepasanych  białą nicią, wchodzą do kapliczki, kłaniają się przed wizerunkiem i recytując święte wersy składają ofiarę - kokos, banany, kadzidło i kwiaty jaśminu. Placyk staje się uświęconą przestrzenią, gdzie za moment rozegra się rytuał o pogańskich korzeniach, sięgający przed-hinduistycznych czasów. Rytuał płatający figle najśmielszej nawet wyobraźni.


Vrindavan, miasto wdów

[Tekst ukazał się w 'Kontynentach', numer 02/2013, z pięknymi zdjęciami Claude'a Renault.]

Przycupnęła w tym samym miejscu co wczoraj i przedwczoraj. Chucherko, wysuszone przez słońce i pył, obcujące ze światem od strony ludzkich nóg, brudnych chappali, plastikowych klapek, do których sięga w odruchu wdzięczności. Dwie rupie lądują w blaszanym kubku, wysuszone patyki rąk dotykają stóp łaskawcy. Ręce wędrują do czoła, spoczywają na chwilę na piersi, blisko serca. Na twarzy jasnej, zdawałoby się niefrasobliwej, pojawia się uśmiech.


Himalajskie tsunami

[Reportaż pisany w czasie powodzi w stanie Uttarakhand, gdzie leży m.in. Rishikesh, Haridwar, Dehradun, Kedarnath, pod koniec czerwca 2013 roku]

24 czerwca, ósmy dzień po powodzi

       Vijender Singh Negi, lat 36, zdążył skoczyć z dachu trzypiętrowego hotelu nim ten przewrócił się jak domek z kart, zmieciony przez lawinę błotną, która 16 czerwca runęła na Kedarnath. Fala pędzącej wody, mułu, błota i głazów była tak potężna, że to święte miasto Hindusów zostało zrównane z ziemią. Dziś, tydzień po kataklizmie, ponad osady mułu wystają tylko dachy i jedyny ocalały budynek – ponad tysiącletnia świątynia Kedarnath. To tu, wśród tłumu pielgrzymów szukających w bogach schronienia, znalazł się Vijender. Przeżył, gdyż następnego ranka, zanurzony po szyję w wodzie, złapał się  świątynnego dzwonu, którego trzymał się przez dziewięć godzin, balansując na dryfujących wokół ciałach. Vijender mówi wprost: 'To zmarli ocalili mi życie'. Gdy opadła woda, wycieńczony i nagi, przeleżał dwa dni w dżungli nim znaleźli go indyjscy żołnierze.


Kaszmir – Dolina, której boi się świat

[Reportaż ukazał się w książce 'Poza utartym szlakiem', wydawnictwo Mercator, 2013]

Owinięci kolczastym drutem

            Indyjski rozgardiasz został daleko za mną. Ze snu nie wyrywa mnie już szaleńcze trąbienie kierowców motorikszy ani odgłosy dławiących się generatorów. Budzi mnie miłe dla ucha, kojące nawoływanie muezina z meczetu o parę kroków od domu mojego przyjaciela, Bashira. Wyglądam przez okno. Wąskie, kręte uliczki starego Śrinagaru, letniej stolicy Kaszmiru, zamiatane są skrzętnie co rano. Nad miastem krążą stada orłów o skrzydłach rozłożystych jak latawce. W głębi uliczki zauważam porzucony mandir, świątynię hinduistyczną. Zatem naprawdę jestem w Kaszmirze, który kojarzy mi się jedynie z ciągiem wojen trwających niemal nieprzerwanie od 1947, od czasu wyodrębnienia Indii i Pakistanu. To wtedy rozłupano Pendżab na pół, wtedy Indie spłynęły rzeką krwi szeroką jak Ganges, a Bapu Gandhi płakał, wątpiąc w sensowność zasad ahinsy i we własny naród ...