Hijra, boski hermafrodyta

[Reportaż ukazał się w ‚Kontynentach’ , 01/2015, ze zdjęciami Kabira Orłowskiego.]

Śledzą ich ciekawe, choć ostrożne spojrzenia. Lepiej nie patrzeć im w oczy, lepiej zerknąć jak już sobie pójdą, wystrojeni paradnie w jedwabne sari, wyperfumowani, obwieszeni biżuterią, zawstydzając kobiety dbałością o wygląd. Ludzie rozstępują się instynktownie, część zerka z pobłażliwością, podczas gdy inni odwracają głowy, cofają się o krok, na wszelki wypadek. Nie wiadomo jaki skutek przyniesie przypadkowe ich muśnięcie.

Grupa obchodzi bazar zbierając datki. Lśnią w słońcu nabłyszczone oliwą włosy, kropelki potu perlą się na twarzach pokrytych grubą warstwą pudru, płatki uszu ciążą ku ziemi dźwigając złote ozdoby, a jaskrawo uszminkowane usta podkreślają natarczywość żądania. Stoją w piątkę w półkolu, przed sklepem, lekko zniecierpliwieni. Ozdobione henną dłonie uderzają o siebie płasko, wydając głuche dudnienie, przywołując sprzedawcę, który podaje zwinięty banknot i czym prędzej czmycha za ladę. Szklane bransoletki opadają dźwięcznie, gdy ręce dotykają pochylonego czoła, a z ust płyną słowa błogosławieństwa – Jite Rahu – obyś żył długo! Sprzedawca oddycha z ulgą, a grupa przechodzi do następnego sklepu.

Na przodzie kroczy zawsze guru – najważniejsza z gromadki, duchowa matka i ojciec, która przygarnęła tych zagubionych pomiędzy płciami, o tożsamości nie opatrzonej stemplem XX albo XY, aż z czasem stali się jej dziećmi, innymi od innych i takimi jak ona sama.

Nie uczyła ich tanich trików: jak usunąć zbędne owłosienie, czy jak wyłudzić więcej grosza z obojętnego tłumu. Guru Sanjeeta uświadomiła im raczej, że są kimś szczególnym – wybrankami bogini Murga Wali Mata, która dawno, dawno temu, w mitycznym czasie stworzenia poślubiła księcia, a ten wzgardził jej urodą. Gdy odkryła, że opuszcza jej łoże by uprawiać miłość z chłopcami, rozgniewała się na dobre. Ciachnęła to, co miał między nogami i przeklęła. Odtąd tacy jak on mieli rodzić się w ciele nie należącym ani do kobiety, ani do mężczyzny. Na szczęście, później pożałowała księcia i poprzysięgła, że o ile jemu podobni będą oddawać jej cześć, obdarzy ich szczególną mocą sprowadzania pomyślności lub nieszczęścia.

Dumnie, po czerwonym od splunięć dywanie

Hijra, mityczni hermafrodyci, podążają za swoją guru wśród tłumu, jednocześnie swoi i obcy, znosząc godnie dwuznaczne spojrzenia i szeptane za plecami obelgi. Co za zniewieściałe behenćoty, dobiega ich uszu czyjś głos, pewnie pieprzyli się z własną matką! Nieudacznicy i nieroby, tfu, spluwa inny. Małpują kobiety, oburza się kolejny. Mijany po drodze czyściciel butów rzuca w ich stronę: Podejdź tu lepiej i mi obciągnij, zamiast tak strugać świętego!

Wszyscy przecież wiedzą jak jest – wieczorem ulice pełne są hijrów kupczących swoim ciałem. Większość z nich żyje z prostytucji i puszcza się za parę rupii. Te, które zarabiają lepiej, wkręcają się w spiralę długów – najpierw robią sobie cyce, potem sztuczną pochwę, i inwestycję odpracowują na ulicy przez lata.

Guru Sanjeeta mówi do swoich chela, uczennic, spokojnie, nie dajcie się sprowokować. Nie odpowiadają na zaczepki, płyną dalej przez ulicę ze spojrzeniem pustym, natarczywie klaszcząc, lecz nie patrząc nikomu w oczy. Tym właśnie powoli się stają – pośmiewiskiem. Hołotą pomiataną tak, jak niedotykalni, przeganianą jak psy. Jakiś grubas łapie się znacząco za krocze. Przecież mają to samo pod spódnicami, woła! Przebierańce jedne! Tylko roznoszą po mieście zarazę! Ktoś inny, niby przypadkowo, wypluwa strumień krwistoczerwonej śliny, przeżutego betelu, wprost na stopy Sanjeety. Shanti, shanti, powtarza guru, ruszamy dalej. Został nam jeszcze cały rząd sklepów aż do księgarni na rogu.

Z boskiej tkanki, bogom poświęcone

Sanjeeta nie pasuje do dzisiejszych czasów. Napawają ją zgrozą i ci, którzy plują i ci, którzy to plucie prowokują. Wierzy w to, co przekazała jej własna guru – w misję, powołanie, moc. W duchową czystość i w izzat, szacunek, na który z całych sił próbuje zasłużyć.

W jej klanie nie pije się, nie pali, nie chodzi na żebry ani nie kupczy ciałem. Jej uczennic nie spotka się w zatłoczonych pociągach, wymachujących zwitkiem banknotów przed nosem udręczonych podróżnych. Nie zarabiają na przesądach rodaków, którzy rzucą monetą byle tylko hijra ich nie przeklął. Bo a nuż spowoduje bezpłodność, przyniesie pecha.

Klan Sanjeety rozdaje prawdziwe badhai, błogosławieństwo. Nim wyruszą pobłogosławić młodych małżonków czy nowonarodzone dziecko, oczyszczą swój umysł, odprawiają rytualną pudżę. Zatańczą, zaklaszczą, zakołyszą wyzywająco biodrami, ale przede wszystkim – będą życzyć dobrze, z całego serca, długiego życia i pomyślności. A ich życzenia się spełniają, wie o tym Sanjeeta aż za dobrze. Bo nawet, gdy  doznawszy krzywdy zezłości się na kogoś, jej gniew niczym ostrze dosięga złoczyńcę.

Sanjeeta, jak większość tradycyjnych hijrów, zaślubiona została Aravanowi, bogowi, który dzielnie walczył w bitwie opisanej w Mahabharacie i nim zginął, poprosił o możliwość spędzenia nocy z kobietą. Jego życzenie spełnił bóg Kryszna, i przyjmując żeńską formę, jako Mohini, poślubił Aravana nim zgasła w nim ostatni iskra życia. Z Mohini identyfikują się hijrowie, odnajdując w sobie boską potencjał,  nieograniczone formą pra-istnienie.

Miejsce na ziemi

Można by chcieć ujarzmić tę tajemnicę, która czyni je innymi, zaszufladkować i opatrzeć modnymi etykietami. A przecież każdy, kto do nich dołączy stanie się po prostu hijrą, czy będzie to transwestyta, transseksualista, gej czy hermafrodyta, odnajdzie tożsamość wśród członków klanu. A z nią – prawdziwą rodzinę, jak przydarzyło się to nieśmiałej, wręcz cnotliwej Priyi – najmłodszej w dwunastoosobowym klanie Sanjeety.

Priya uciekła z domu jako czternastolatka. Była już na tyle duża, by rozumieć, że jest powodem wstydu dla rodziców. Na jej kark często spadały razy, ojciec krzyczał: Weź się w garść, masz przecież fiutka między nogami! – gdy tylko przyłapał ją – wtedy jeszcze jego – schowanego pod krawieckim stołem mamy i szyjącego sobie bluzeczkę, którą nosi się do sari. Pewnego dnia uciekł, pojechał na gapę do Delhi. Przez dwa tygodnie spał na Paharganju, karmiony resztkami i pojony Colą przez białych turystów, aż zawędrował w rejony parku przy Palika Bazaar. Tam spotkał Sanjeetę, która przysiadła pod McDonaldem. Otarła mu łzy, kupiła jarskiego hamburgera. Wysłuchawszy jego historii powiedziała: Jesteś taki sam jak my – i zabrała do domu. Miał szczęście, znalazł wspaniałą guru, a z nią rodzinę. Przyjął jej nazwisko i stał się Priyą.

Jego rodzina nigdy go nie szukała. Po dwóch latach od jego zniknięcia odprawiono rytuał pogrzebowy. Nikt nie wymawia jego imienia, nie przywołuje jego pamięci, bo ma dwie siostry, które trzeba wydać za mąż. Rodzice modlą się, by się nagle nie zjawił – zniewieściały syn homoseksualista to hańba i społeczna śmierć. Zmarnowałby wszystkim życie.

W słońcu, wśród swoich

Sanjeeta ze swoim stadkiem kończą powoli obchód. Kroczą po pełnej ceglastego pyłu drodze kołysząc biodrami niczym Marilyn Monroe. Nikt nie chodzi tak jak one, tak kobieco i wyzywająco. Są przecież dziećmi drogi – termin ‚hijra’ pochodzi od ‚hij’, podróży od męskiej formy ku formie żeńskiej, podróży, która się rozpoczęła i nigdy nie skończy.

Wracają do domu za wysokim płotem, gdzie mieszkają jak zwykła, rozszerzona indyjska rodzina. I jak w rodzinie, i tutaj rzeczy dzieją się same, według rozpisanych dawno zadań; chela, uczennice przebierają się, zmywają makijaż, spłukują z siebie kurz miasta i podają kolację. Jedna masuje stopy Sanjeety, inna rozczesuje jej włosy.

Są dziś szczęśliwe. Po drodze Aisha, Rekha i Priya wstąpiły na zakupy, nie wiedząc jak zawsze, czego się spodziewać. Wyprosi je ze sklepu właściciel? Każe wyrzucić klientka? A jednak – zostały potraktowane jak prawdziwe lady. Sprzedawca dwoił się i troił rozwijając kolejne szeleszczące, wspaniałe materiały. Guru była z nich dumna, bo to znaczy, że jej podopieczne dbają o siebie jak należy, przekuwając męskie ciało w formę bliższą pięknu, w ideał.

Przed południem, na podwórku, w łagodnych jeszcze promieniach słońca, oddają się pracochłonnej toalecie. Starsza Aisha leży na kolanach koleżanki, pilnie wyskubującej włosy z jej brody bowiem za zapuszczenie zarostu karane są grzywną. Na macie stoją rządkiem słoiczki i tubki kremów; króluje wśród nich Fair&Lovely, ukochany krem Hindusek wierzących, że regularnie stosowany wybieli ich skórę. Inne chela wycinają skórki, malują paznokcie i zmywają wodą różaną maseczki, które wyschły na słońcu. Snują marzenia. Każda chciałaby znaleźć mężczyznę swojego życia, zaznać prawdziwej miłości, każda tęskni za niemożliwym, za tym, by mieć pochwę, doświadczyć stosunku jako kobieta, a najlepiej, by mieć maluchy, pachnące mlekiem z ich piersi, które tuliłyby w ramionach od rana do nocy.

Po paru dłuższych chwilach, niemożliwe odkładają na bok, trzeba podać lunch, już od paru godzin gotowy. W powietrzu mieszają się zapachy curry i kosmetyków.

Matriarchalny klan

W klanach panuje ścisła hierarchia i to, jak prowadzą się uczennice świadczy o samej guru. Sanjeeta robi wszystko, by jej reputacja pozostała bez skazy. Dlatego też bywa surowa – to ona świeci oczami, gdy któraś z uczennic wykroczy poza ich rewir czy nie daj Boże, puści się za pieniądze. A gdy głowa jakiegoś  klanu się nie spisuje, interweniuje ‘starsza guru’ zwana nayak, znajdująca się wyżej w matriarchalnej hierarchii.

Sanjeeta wita starszą guru mówiąc Salam Alejkum i indyjskim zwyczajem dotyka jej stóp, bowiem hijrowie przekraczają również wąskie okowy religii. Choć urodziła się hinduską, na jej ołtarzyku stoi zdjęcie Mekki widzianej z lotu ptaka i grobu świętego sufi w Ajmer Shariff. To nayak, dziś staruszka, nauczyła ją wszystkiego co ważne: jak opiekować się uczennicami i jak dbać o izzat, szacunek. Powtarzała jej często: Pamiętaj, jesteśmy w Indiach od 4 i pół tysiąca lat, od zawsze byłyśmy symbolem godności i szlachetności, niech tak zostanie.

Spotkały się, gdyż Channi, uczennica z innego klanu, zwróciła się do nich o pomoc. Jej guru traktuje uczennice jak popychadła. Channi od tygodni wynosi fekalia, pucuje kible i spluwaczki, choć to robota dla niedotykalnych. Próbowała odejść, ale guru za jej wolność zażądała stu tysięcy rupii – sumy, której ta nigdy nie uzbiera. Raz już sprowadzono ją z powrotem, za karę ogolono włosy i porwano na strzępy ubrania. Dobrze, że nie przypalono jej czoła rozżarzoną monetą, bo w tym klanie tak piętnuje się te, które chcą odejść.

Obie guru załamują ręce. Tak wiele z nich karze swoim uczennicom żebrać, choć żebranie jest przeciwieństwem prawdziwego badhai – rozdawania błogosławieństw. Wysyłają dziewczyny na ulice, nie bacząc na nic. Ani na AIDS ani na to, że ludzie już dziś biorą większość z nich za męskie dziwki. Klany zamieniają się w burdele, a część guru to po prostu burdel mamy. I jak ludzie mają wierzyć, że hijrowie mają moc zapewnienia płodności i długiego życia?

Spadnie boski fallus

Młodziutka Priya przygotowuje się od paru tygodni do nirvan, obrządku kastracji. Nie wychodzi z domu, nie spogląda w lustro i w kółko się modli. Dostąpi wreszcie nirwany uwolnienia od męskiej formy. Objawi się w pełni jej prawdziwa natura, możliwość bycia wszystkim, doskonałość potencjalności i jednocześnie pełnia. Stanie się nirvan hijrą, ponownie narodzonym, szanowanym członkiem klanu.

Priya nie uda się do kliniki, lecz podda się kastracji w domu, zgodnie z tradycją. Swoje życie powierzy bogini, która decyduje o tym kto przeżyje zabieg, a kto nie.

W wyznaczonym przez astrologa dniu, nim odejdzie noc i wstanie świt, zjawia się położna. Kłania się bogini Murga Wali Macie trzymając w ręku nóż – niech sprawi, by był ostry jak brzytwa, a cięcie bezbłędne. Priya w czasie zabiegu musi być przytomna, jak inaczej połączy się z tym, co boskie? Leży na stole, przytrzymywana przez inne. Wpatruje się w zdjęcie bogini, szepcząc jej imię – Murga Wali Mata, Murga Wali Mata, Murga Wali Mata – jak mantrę, której sylaby rozciągają się pod wpływem bólu i rozpadają wysoko ponad głowami wszystkich. Pokaleczone w starciu z sufitem spadają, ustępując zwierzęcemu wyciu, na raz, odpada penis, na dwa, lewe jądro, na trzy, prawe. Genitalia zgarnięte zostają do stalowej miski; ochłapy męskości znikną zaraz pod warstwą ziemi, pod drzewem na podwórku. Biedna Priya, która zemdlała, doglądana jest przez starsze uczennice. Rany odkażono, ale krwi się nie tamuje, bo jest esencją męskości, która musi wypłynąć by Priya stała się czysta. Przez następne dni trwać będzie walka pomiędzy Matą, boginią życia a jej siostrą, boginią śmierci. To one zdecydują o tym, czy podarować Priyi drugie życie w nowym ciele czy też nie.

Kastracja jest w Indiach zabroniona. Część guru prowadzi swoje uczennice do klinik, i choć taki zabieg jest bezpieczniejszy, Sanjeeta uważa go za małostkowy kompromis i akt niewiary. W końcu Śiwa sam odrąbał sobie przyrodzenie. Jego boski fallus spadł na ziemię i zamienił się w lingam przynoszący ludziom płodność. Dzięki temu przecież wykastrowani hijrowie mają władzę nad płodnością innych.

Zadrzeć sari, przestraszyć

Nieopodal, na zapleczu starego magazynu koczuje klan napełniający guru Sanjeetę niesmakiem. Cisną się w klitkach wielkości wychodka, które za dnia służą jako warsztaty spawalnicze. Nocą, w zawiesinie spalin, na macie rzuconej na beton uprawia swój zawód grupka hijrów, która sięgnęła dna.

Dla Sanjeety są kpiną. Czarną plamą na wizerunku z takim trudem utrzymywanym przez nią samą. Pomiędzy klanami dochodzi wiecznie do scysji, a teraz te hijrowe miernoty wystroiły się i zapukały do drzwi domu, w którym właśnie urodził się syn, domu na terenie rewiru Sanjeety.

Aisha i Deva, seniorki, wzięły sprawę w swoje ręce. Nie mogły sprawić konkurentkom manta, więc obrzuciły je stosem obelg, po czym zadarły wysoko sari pokazując co mają pod spodem. A że są starszymi, nirvan hijra, pod spodem nie miały nic, striptiz więc miał udowodnić ich wyższość nad przebierańcami, które za dnia udają, że nie mają penisa i jąder, a nocą przekonują inną grupę klientów, że to, co trzeba mają i to całkiem sprawne.

Obnażanie się zwykle przynosi oczekiwany skutek. Na Sadar Bazaar działa klan, w którym sari zadziera się na raz, dwa, kiedy tylko ludzie nie są skorzy sypnąć groszem, bo to tak, jakby powiedzieć wprost przesądnemu Hindusowi – widzisz, co mnie spotkało, jak będziesz niegrzeczny, i ciebie może dotknąć ten sam los. Panowie natychmiast wyciągają z portfeli grubsze banknoty.

Wiktoriański gorset

Hijrowie – istoty uwolnione od dyktatu płci – cieszyły się kiedyś niemal boskim statusem. Hinduizm jest wystarczająco pojemny, by w nieskończonej różnorodności stworzenia znalazło się i dla nich miejsce. Na dworach potężnych Mogołów cieszyli się przywilejami jako eunuchowie dopóki na subkontynencie nie pojawili się Anglicy. Ci, w swojej wiktoriańskiej pruderii, z pożycia pomiędzy mężczyznami uczynili  przestępstwo, a hijrów uznali za urągającą przyzwoitości mafię. I tak to z zaufanych strażników haremów stali się podejrzaną i prześladowaną bandą.

Od tamtej pory ich losem rządzą nieustanne sprzeczności. Budzą jednocześnie bogobojny lęk i nieskrywaną pogardę. Lepiej dać im dwudziesto-rupiowy banknot, na wszelki wypadek, ale usiąść koło hijry? Nigdy w życiu. Poprosić o modlitwę, owszem, ale udzielić pomocy w szpitalu, wpuścić do restauracji, przyjąć na uczelnię? Co to, to nie.

Rudrani Chittri, świetnie wykształcona prezeska stowarzyszenia LGBT w Delhi, nie szczędzi gorzkich słów. Poszła niedawno ze swoją grupą pobłogosławić niemowlę i dom, w którym przyszedł na świat pierwszy syn. Domownicy spijali im z ust życzenia pomyślności, nakarmili, opłacili hojnie. Tego samego dnia, spotkany przypadkiem na ulicy brat gospodarza, który tak miło ich przyjął, zrobił z nich pośmiewisko.  Spójrzcie no tylko na tych kinnar, co za zapchlone cioty!, krzyknął na całą ulicę. Pedały jedne, sięgają pod spódnicę jak inni nie widzą, a potem brudnymi łapskami dotykają czół normalnych ludzi!

Rudrani twierdzi, że ludzie widzą w nich nadludzkie moce, ale ludzi, zwykłych ludzi, już nie. Zgadza się z tym Sanjeeta.

Trzecia płeć, wreszcie

W kwietniu tego roku Najwyższy Sąd Indii przypomniał sobie o konstytucyjnych zapisach i oficjalnie rozpoznał ‘trzecią płeć’. Tym samym po z górą 140 latach rząd przyznał hijrom, których jest około 2-3 miliony, podstawowe prawa: do opieki społecznej, do głosowania i ochrony prawnej. Odtąd będą mogli mieć paszport, prawo jazdy i kartki żywnościowe. Zostaną, tak jak najniższe kasty, objęci ochroną państwa, z zarezerwowanym przydziałem miejsc na uczelniach i w zakładach pracy.

Tyle że brak w tym wszystkim jakiejkolwiek logiki, bądź ta, która się manifestuje za bardzo przypomina opowieści z Ramajany. Parę miesięcy wcześniej powrócono bowiem do wiktoriańskiej spuścizny, ponownie uznawszy akt homoseksualny za wynaturzenie zasługujące na karę więzienia. Zatem hijra posiadać może dowód, i samochód, a nawet dyplom, lepiej jednak by do głowy mu nie przyszło znaleźć sobie partnera.

Część z hijrów potraktowała rozpoznanie trzeciej płci z ostrożnym optymizmem, inni czekają, co będzie dalej. Budząc lęk i pogardę, budzą też zazdrość, gdyż ich nieskrępowana seksualność i wręcz triumfalna zmysłowość kłuje w oczy w tym kraju pogrążonym w post-wiktoriańskiej mentalności. Dojdzie do tego złość dotąd kierowana w stronę niedotykalnych, którzy rzekomo dostają wszystko za darmo. A teraz co? Wystarczy obciąć sobie jaja i już ma się zaklepaną pracę?

Hijrowie włączeni zostali w mainstream, w którym prawdopodobnie nie ma dla nich miejsca. Bo ich losem – jak twierdzi guru Sanjeeta – jest być ponad, poza i pomiędzy: poza płcią, poza kastą, poza religią i normami społecznymi.