Himalajskie tsunami

[Reportaż pisany w czasie powodzi w stanie Uttarakhand, gdzie leży m.in. Rishikesh, Haridwar, Dehradun, Kedarnath, pod koniec czerwca 2013 roku]

24 czerwca, ósmy dzień po powodzi

       Vijender Singh Negi, lat 36, zdążył skoczyć z dachu trzypiętrowego hotelu nim ten przewrócił się jak domek z kart, zmieciony przez lawinę błotną, która 16 czerwca runęła na Kedarnath. Fala pędzącej wody, mułu, błota i głazów była tak potężna, że to święte miasto Hindusów zostało zrównane z ziemią. Dziś, tydzień po kataklizmie, ponad osady mułu wystają tylko dachy i jedyny ocalały budynek – ponad tysiącletnia świątynia Kedarnath. To tu, wśród tłumu pielgrzymów szukających w bogach schronienia, znalazł się Vijender. Przeżył, gdyż następnego ranka, zanurzony po szyję w wodzie, złapał się  świątynnego dzwonu, którego trzymał się przez dziewięć godzin, balansując na dryfujących wokół ciałach. Vijender mówi wprost: ‚To zmarli ocalili mi życie’. Gdy opadła woda, wycieńczony i nagi, przeleżał dwa dni w dżungli nim znaleźli go indyjscy żołnierze.

                Nagłówki gazet krzyczą o tragedii chaotycznie, podając coraz to inne informacje co do jej rozmiarów. Kanały telewizyjne, NDTV, Headlines Today, CNN/IBN, wciąż szukają słów na określenie tego co się stało: mówią o tsunami, o gniewie bogów, o furii monsunu, o kataklizmie zawinionym przez człowieka. Od 19 czerwca dramatycznie rosną liczby ofiar i osób zaginionych, liczby wiosek odciętych od świata, ludzi pozbawionych wody i pożywienia. Przez cztery dni po oberwaniu chmury stacje nie nadają żadnego materiału na żywo; pierwsze relacje pojawiają się 21 czerwca, gdy wojskowe helikoptery zabierają reportera NDTV do Kedarnath, epicentrum katastrofy. Tego samego dnia prezenter Headlines Today, ryzykując utratę posady, oświadcza przed kamerami, że media blokowane są przez rząd. Akcja ratunkowa prowadzona jest od drugiego dnia po kataklizmie, drogą powietrzną, a dopiero piątego dnia włączone zostają jednostki naziemne, które mają sprowadzać ocalałych z wysokich partii Himalajów do tymczasowych obozów. Olbrzymia większość dróg i mostów jest kompletnie zniszczona, a kolejne załamanie pogody utrudnia ewakuację ofiar z powietrza. Jako że to właśnie czas sezonu pielgrzymkowego, szacuje się, że w zalanej północno-wschodniej części Uttarakhand, na obszarze Char Dham Yatry – trasy pielgrzymkowej wiodącej do Kedarnath i Badrinath oraz źródeł dwóch świętych rzek, Gangotri i Yamunotri, uwięzionych jest około 110 tysięcy osób. Liczby ofiar, nawet te oficjalne, rosną z dnia na dzień, te niecenzurowane zaś – przerażają. Dziś, tydzień po powodzi, oficjalnie za nadal poszukiwane uważa się 12 tysięcy osób; nieoficjalnie zaś – 30 tysięcy. Media mówią o tysiącu ofiarach śmiertelnych, ci, co przeżyli – o 10 tysiącach.

     24 czerwca docieram do Rishikeshu nad Gangesem, skąd wyruszają pielgrzymki do miejsc położonych wyżej. Tutaj niewiele widać zniszczeń, bo aż 300 km dzieli miasto od epicentrum powodzi. Rishikesh tonie we mgle. Ganges jest rzeką bulgoczącego błota, rozdętą tym, co w swych odmętach niesie. Butle gazowe, dziesiątki i setki, połknięte przez rzekę wraz z przewożącymi je ciężarówkami. Wśród kłód i pni drzew wirują martwe krowy. Czasem do brzegu podpłynie torebka, niemowlęca butelka, jednak wzrok najbardziej przyciągają plamy kolorów, niebieski, fioletowy, czarny. To chappale, plastikowe klapki. W ciągu kwadransa zliczam ich czterdzieści dziewięć sztuk, i jeszcze kilka małych, żółtych i różowych. Poprzedniej nocy w pobliskim Haridwarze Ganges wyrzuca na brzeg 70 ciał.

                Nad bezmiarem gniewu i błota, który do niedawna był świętą Gangą, oczyszczającą ze złej karmy, co jakiś czas przelatują wojskowe śmigłowce – lecą z wyższych partii Himalajów do Dehradun i Haridwaru. Kogo teraz niosą, czyja to kolej nastała? Miejsc w śmigłowcu jest dla 5 do 8 osób. Czy to wreszcie czas na mieszkańców wiosek odciętych od świata? Tych, co od tygodnia głodują w wioskach pod Kedarnath? Tak mało jest ich dzisiaj, jeden, drugi, trzeci, czy to znaczy, że wyżej znów pada? Tak, w Pauri oberwała się właśnie chmura. Raz, dwa, trzy, może to nic nie znaczy. Podobno 8,5 tysiąca żołnierzy sprowadza ludzi z gór.

        Tak jak nic nie znaczy oschłość Malika, u którego znów mieszkam. I znaczy wszystko, tylko ja tego nie wiem: bo wieczorem biegnie do mnie, ‘Już dobrze, tikha hai, tikha hai’ – woła – ‘godzinę temu w Uttarkashi wylądował helikopter z moim zięciem na pokładzie!’ Od ośmiu dni nie mieli z nim kontaktu, bo na całym obszarze nie ma prądu, nie działają komórki. ‘Żyje – krzyczy do mnie – żyje!’ Młody został zabrany na pokład w przedostatniej kolejności – czekają wciąż miejscowi. Przeszedł górami 90 km, od Gangotri, źródeł Gangesu. Pobożny, pojechał tam posłuchać komentarzy do Bhagavadgity. I Bóg go ocalił.

                Nie ocalił wielu innych. Popiersie boga Śiwy, tego, co stwarza i niszczy, stojące przy największym aśramie Rishikeshu, porwała Ganga. – ‘Może wcale nie porwała, może Śiwa nakarmił sobą rzekę, która tak jak kiedyś wypłynęła z jego włosów dając życie, dziś runęła je odbierając.’- mówi do siebie, a do mnie przez przypadek, jeden z tych, którzy od tygodnia czekają na dobre wieści i nadziei mają coraz mniej. W powietrzu, we mgle co oblepia, w otępiającej duchocie co wpycha słowa z powrotem w usta, wciąż czai się coś złowrogiego.

        Tuż przy dworcu autobusowym zorganizowano obóz pomocowy – Rishikesh Relief Camp, który funkcjonuje również jako centrum informacji dla osób poszukujących swoich bliskich. Wzdłuż głównej drogi stoi szpaler stanowisk; partie polityczne i banki rozdają tu żywność i leki. Wystarczy jednak wejść głębiej na teren obozu by złudne poczucie panowania nad sytuacją prysnęło zupełnie. Tu czekają zespoły lekarzy, jak ten z odległej Karnataki, gotowi do akcji ratunkowej w Badrinath, gdzie odciętych od świata pozostaje 2,5 tysiąca osób. Prognozy pogody na następne 3 doby są jednak bardzo złe, śmigłowce nie mają szans tam dotrzeć. Na placu zebrał się tłum ludzi, większość z nich ze zdjęciami bliskich w rękach. Niektórzy z nich wyczerpani, bezsilni, siedzą wprost na ziemi. Członkowie organizacji pozarządowych i aśramów krążą po placu, wciskając każdemu w dłoń zimną wodę, migdały, sok. Wszyscy niespokojni, dziś dociera tutaj bowiem niewiele busów i busików. Bardzo niewiele, jedna dziesiąta tego, co wczoraj. A wyścig z czasem trwa.

        Obóz założył już drugiego dnia po tragedii miejscowy Parmarth Niketan Ashram. Na placu, pomiędzy czekającymi na bliskich, obecny jest guru aśramu, Swami Chidanand. Zaangażowanie jego i jego uczniów, jak też świetna organizacja i szacunek jakim guru się cieszy, pozwalają działać im sprawnie. Wolontariusze z aśramu prowadzą rejestrację zaginionych w stworzonym przez siebie systemie, aktualizują dane, ‘ostatnio widziani’, ‘ostatni kontakt’, sprawdzają inne wyszukiwarki zaginionych, jak udostępniony przez Google’a Person Finder, organizują tłumaczy. Bo przecież pielgrzymi pochodzą z całych Indii, jak i ich rodziny, i nie każdy Gudżaradczyk czy Keralczyk mówi w hindi czy po angielsku. Stąd są też osobne stanowiska zorganizowane przez władze różnych stanów, by w tej śmiertelnie przerażonej mnogości ludzkich istot, języków i obrażeń, odnaleźć ‘swoich’, udzielić im pomocy w zrozumiałym dla nich języku. ‘Boże, co ja tu robię?’ – myślę i mówię na głos – ‘Czuję się taka bezużyteczna. Nie wiem co mogę zrobić, jak pomóc.’ Traf chce, że odpowiada mi stojąca obok pani minister zdrowia z Pendżabu: – ‘My wszyscy tutaj, z rządu i organizacji, czujemy się bezradni. Ale próbujemy pomóc.’’

             Nim autobus pełen ocalonych z Uttarkashi zdąży się zatrzymać przed salą pierwszej pomocy, podbiega do niego tłum zrozpaczonych ludzi. Otaczają go ze wszystkich stron, przyklejają do szyb zdjęcia bliskich, nadzieja na chwilę przeważa nad rozpaczą, gęstnieje w powietrzu. Kordon harcerzy i policjantów robi przejście dla tych wysiadających powoli, jakby z niedowierzaniem, a często nie mogących ustać na nogach. Trudno udźwignąć widok tych ludzi. Są tutaj, z krwi i kości, ale zdają się przebywać w jakimś innym wymiarze, spowici ciszą. Dają się prowadzić bez słowa pośród tłumu, który w tej samej chwili rozdzierany jest okrzykami radości, gdy ktoś dostrzeże kogoś bliskiego, i rozpaczy, bo to nie była ta chwila, ten transport.

                Przysiada na murku, obok mnie, starsza kobieta z Faizabadu w stanie Uttar Pradesh. Przywiózł ją tu pół godziny temu busik z ludźmi spod Gangotri. Jej syn płacze ze szczęścia, wciąż trzymając w dłoni zdjęcie. Na zdjęciu mama stoi obok ojca. Zerkam na nią ukradkiem i nim spytam, wiem: zginął. Prosi, by syn schował zdjęcie. Obok obejmuje ramieniem matkę inny syn. ‚Przeżyła cudem – mówi do mnie powtarzając się w emocjach co chwilę – bo palankin-wallas, którzy mieli ją nieść na krześle kawałek drogi z Kedarnath do Gaurikund, przyszli za wcześnie. Rozumiesz, przyszli za wcześnie i wyszli przed uderzeniem fali!’

          Od tych szczęściarzy odsuwają się ci, którzy wciąż czekają. Dziś, 25-ego, już dziewiąty dzień. Z każdym dniem spada prawdopodobieństwo, że ich bliscy ocaleją. Ktoś ciągnie mnie za łokieć, prowadzi kilka kroków dalej. Mówi – ‘Posłuchaj, opowiedz innym.’ Po chwili zbiera się wokół nas spora grupa, i ci, którzy znają angielski wylewają swoje żale:

– Nie mamy z naszymi rodzinami żadnego kontaktu, nie wiemy nic. W obozach przejściowych położonych wyżej nikt nikogo nie pyta o imię i nazwisko. To nieprawda, co gazety mówią, to strategiczna zagrywka. Że zginęło tysiąc osób?! Ofiar będzie co najmniej 10 tysięcy. A wiesz, czemu tego nie mówią? Bo rząd musiałby wtedy ogłosić stan narodowej klęski i wypłacić za każdego zmarłego członka rodziny po 10 lakh rupii, a osobom, które odniosły obrażenia po 5 lakh (1 lakh = 10 tysięcy rupii, ok. 550 zł ). O to chodzi! O to, że rząd nas zostawił.’ – przełyka gorzkie słowa Prakesh Dekate, biznesman z Maharashtry. Od wtorku czeka tu na brata i bratową. Dołączają się inne głosy, pełne frustracji, i jak litanię wyliczają pretensje do rządu: że za późno rozpoczęto akcję ratunkową i dlaczego jest tylko tyle helikopterów? Trzeciego dnia po powodzi zaledwie 16, a od piątego do dzisiaj, 43, gdy wciąż zaginionych było, oficjalnie, 30 tysięcy ludzi! Dlaczego nie przyjęto pomocy od sąsiednich stanów, choćby w postaci samych śmigłowców? – Włącza się kolejna osoba, miejscowy dziennikarz:

– Żołnierze ratowali najpierw ludzi z własnych stanów, nie możesz o tym wiedzieć, ale tak było. Bo w wojsku jest najwięcej tych z północy, z Haryany, Uttar Pradesh i Radżasthanu. Swoich ratowali najpierw. – Inny, zza jego pleców dodaje:

– Wczoraj opowiadał mi jeden z uratowanych, jak to helikoptery brały na pokład tych, co byli w stanie zapłacić. 5 tysięcy rupii od osoby na trasie Gangotri-Haridwar, taka była stawka! Tylko ile osób miało przy sobie taką gotówkę?! – widać, że jest z biedniejszej kasty, że ta niesprawiedliwość nie pierwszy raz boli. Kolejne osoby dodają:

– Wioski pod Kedarnath od dziewięciu dni są bez wody i pożywienia. Nieewakuowane i zostawione bez pomocy. Co z tego, że wojsko zrzuca żywność? Zrzuca przecież na chybił trafił! Dziś rano trafiły tu, do obozu, na wpół zagłodzone dzieci, a co drugi, który tu dociera, jest odwodniony. Powykręcane kostki, pokaleczone stopy, a lekarze siedzą tu, na miejscu, zamiast być w terenie! Bo pogoda jest zła! Co będzie dalej, jeśli przez kolejne 3 dni będzie padać? Jaką szansę przeżyć mają ci ludzie? – Ktoś mu przerywa w pół zdania, nie mogąc utrzymać emocji na wodze:

– Rząd z nami pogrywa. Jak nonszalancko liczy zmarłych. Jak zaniża ofiary powodzi … Twierdzi, że kremuje się zmarłych z należytym szacunkiem, zachowując rytuał pogrzebowy, że pobierane są próbki DNA, a zwłoki identyfikowane. A kto to niby robi, tych paru lekarzy, co tam dojechali? Ponoć wysłali dzisiaj 43 ekipy szybkiego reagowania, ale oni tylko sypią chlorem i wapnem, by zapobiec epidemii. Wczoraj rozmawiałem ze świadkiem, który widział jak w rejonie Gahrwahlu posypywali zwłoki chemikaliami i podpalali. A kobiety leżały przy drogach z odciętymi dłońmi, bo tak były napuchnięte, że złodzieje nie mogli zdjąć z nich złotych bransoletek.

                Raz jeszcze przez inne głosy przebija się Prakesh Dekate. – Dziwisz się, że nie krzyczymy, nie rozdzieramy szat …  Przecież rodziny zaginionych protestowały dwa dni na lotnisku w Dehradun, gdzie znajduje się wojskowy ośrodek dowodzenia kryzysowego. Telefony alarmowe są wyłączone albo wiecznie zajęte, ludzie nie dają rady, więc krzyczeli, grozili. I co to dało? Nic. Poczuli się tylko jeszcze bardziej bezsilni. Zresztą jako naród jesteśmy wyćwiczeni w schylaniu karku. – I dodaje po chwili – W twoim kraju jak jedna osoba zabłądzi w górach, ratują ją całe ekipy, kilka śmigłowców, rząd nie szczędzi wysiłku i pieniędzy. Tu, zobacz, w górach utknęło co najmniej 110 tysięcy, a do akcji włączono tylko 43 śmigłowce!

                Nim opuszczę obóz, prowadzą do mnie – tylko dlatego, że nie ma tu innych białych – jeszcze jedną osobę. Nie mówi po angielsku. Nie mówi zresztą nic, to inni mówią za niego. Zaginęła cała jego najbliższa rodzina, 16 osób. Nikt dotąd nie przyjechał. Dzisiaj też nie. Wskazują na stojący niedaleko autobus i mówią: ‚Empty’.

26 czerwca, dziesiątego dnia po powodzi

                Dziś nad Rishikeshem przeleciało więcej helikopterów niż te raz, dwa, trzy wczoraj. Wszyscy patrzymy w niebo, z pewną ulgą, aż nagle robi się ciemno, w oddali słychać grzmoty, choć to dopiero południe. Wiele krewnych osób zaginionych ruszyło już w góry z Dehradun, Haridwaru i Rishikeshu. Zdesperowani, oburzeni, bo dzisiejszy ‘Hindustan Times’ podaje, że zaginionych pozostaje zaledwie 300 osób. A ich, czekających krewnych, są przecież setki, tysiące, jak tych klapek niesionych na wodzie. Więc niektórzy wyruszają sami, małymi grupkami, będą jechać i iść pieszo tam, gdzie tylko uda im się dotrzeć, ryzykując wiele. Jak dadzą radę przy takiej pogodzie? I w którą stronę pójdą, skoro kompletnie nie wiadomo gdzie szukać bliskich?

                Trwa największa operacja ratownicza w dziejach Indii. Prowadzona jakby po omacku, bo przecież dopiero przedwczoraj do akcji włączono bezzałogowe samoloty UAV, które mają dostarczyć zdjęcia z rejonów dotkniętych powodzią. Być może umożliwi to lokalizację żywych i umarłych, jak też wsi, tych zmytych przez powódź i tych rozpaczliwie potrzebujących pomocy. Bo przecież niektóre obszary są wręcz bombardowane paczkami z żywnością, w innych zaś ludzie od wielu dni nie mają co do ust włożyć. Tylko dlaczego dopiero teraz, dziesiątego dnia po tragedii?

Generał Anul Chat, głównodowodzący operacją, został właśnie pozbawiony stanowiska. Komentuje w wywiadzie jak bardzo spowolni to dalszą akcję. I wreszcie, Kochiyari, lider prawicowej partii BJP, wydaje dziś oświadczenie, w którym oskarża lokalny, Kongresowy zresztą, rząd Uttarakhandu i jego premiera, Viyaja Bahunguna, o cytuję, ‘schrzanienie operacji ratunkowej’, ‘kompletny chaos i brak koordynacji’.

Być może nikt z moich rozmówców nie przesadzał.

Długie post scriptum

27 czerwca, jedenasty dzień po powodzi

                Ewakuacja przebiega bardzo powoli, w rejonie Badrinath i Harshil na ratunek wciąż czeka około 5 tysięcy osób. Trudno sobie wyobrazić co dzieje się w wioskach odciętych od świata, gdzie nie dotarła dotąd pomoc. Suresh Dangre, któremu udało się wrócić z Gaurikund opowiada, że gdy skończyły się ludziom biszkopty, przez pięć dni żywili się końskimi odchodami. Wojsko dociera do większych skupisk ludności, zaś ludność i pielgrzymi uwięzieni w małych wioskach pozostawieni są sami sobie. Podobnie, na własną rękę, ratuje się część pielgrzymów, która zmierzała na świętą górę Kailash. Do uwięzionych tutaj, w paśmie Kumaon, 1,5 tysięcy pielgrzymów nie dociera pomoc żywnościowa.

            Coraz częściej napomyka się w mediach o niebezpieczeństwie wybuchu epidemii cholery i dezynterii. Oxfam India mówi wprost o sytuacji w Rudraprayag: zwłoki ludzi i zwierząt już jedenasty dzień leżą wzdłuż rzek i strumieni, a ludzie piją tę zanieczyszczoną wodę. A zatem jak idzie walka z epidemią? Jak postępują kremacje? Ile ciał zidentyfikowano, ile wyciągnięto spod gruzu, ile spalono? Takich danych nie znajdzie się nigdzie. W ‘Hindustan Times’ w oczy kłuje informacja o planach założenia laboratoriów do walk z epidemiami we wszystkich stanach kraju. Dayal Saran, szef rządowego zespołu do identyfikacji zwłok zapowiada, że jego zespół stworzy bazę DNA i lada moment rozpocznie identyfikację zwłok. Jak to, ‘stworzy’, jaki lada moment?

                Manesh z Biharu, który czeka na powrót 5 osób z najbliższej rodziny, nie ma już siły się denerwować. Nie otwiera gazet. Mówi: ‘Nigdy się nie dowiem, kto z mojej rodziny zginął. Zostawią nam nadzieję, która za miesiąc lub dwa nas zabije.’

28 czerwca, dwunasty dzień po powodzi

           Himalayan Hospital w Dehradun jest obrazem rezygnacji, która wciąga w swoje odmęty rodziny tych, którzy nie wrócili. Na oddziałach szpitala przebywa zaledwie kilkanaście osób, a przed wejściem, gdzie parę dni temu koczowały tłumy, ostały się zaledwie trzy rodziny dzwoniące na wszystkie możliwe telefony alarmowe. Wydają się bezbronni i samotni na tle ścian z których spoglądają setki twarzy osób zaginionych, uśmiechniętych, otoczonych bliskimi. Czekają jakby na przekór temu freskowi niemocy, którym stały się szpitalne mury.

Obok, na terenie lotniska Dehradun, sytuacja wygląda podobnie. Dziś z powodu złej pogody nie wylądował żaden śmigłowiec. Punkty pomocowe pełne są woluntariuszy, którzy nie wiedzą co z sobą zrobić. Niechętna mi policja informuje, że trwa ewakuacja drogą lądową i że przyjechało dziś łącznie 800 osób. Jadę więc znów do obozu w Rishikeshu. Tu również została jedynie garstka krewnych i kilkanaście razy więcej wolontariuszy. Wśród nich i tacy, którym dość łatwo przychodzi zracjonalizowanie cudzego dramatu. Doktor Samrad Ashok z jednego z aśramów tłumaczy mi jak histeryzującemu dziecku:

– Widzisz, każda tragedia ma dwa wymiary, duchowy i ludzki. Z czysto ludzkiej perspektywy to, co się stało, jest po prostu okrutne, niesprawiedliwe … Natomiast jeśli spojrzysz na to z perspektywy duchowej zrozumiesz, że stało się to, co miało się stać. Do tych ludzi przyszła śmierć w konkretnym momencie i w konkretnym miejscu i z jakiegoś powodu to właśnie oni, a nie ty czy ja, w tamtej chwili się tam znaleźli.

Słyszałam już wiele podobnych opinii. Że prawdopodobnie ci, którzy zginęli, zrobili sobie z pielgrzymki zwykły piknik. Że to ostrzeżenie ze strony Himalajów by przestano wyniszczać środowisko naturalne. A nawet, że to kara. Kara za bestialskie usuwanie świętych idoli z miejsc, w których stawia się kolejne elektrownie wodne. Oczywiście tak mówią ci, którzy nikogo w kataklizmie nie stracili.

Opanowania tych, którzy stracili, którzy czekają wciąż na cud odnalezienia, też nie mogę pojąć. Hindus stojący obok pokazuje mi zdjęcie 13 zaginionych krewnych. Po policzkach ciekną mi łzy, gdy wskazuje kolejno: ‘mata-ji, pita-ji, beta, betiya … ‘ przesuwając palcem po zdjęciach najbliższej rodziny. – Stop, stop – mówi  – nie płacz – i głaszcze mnie po policzku. A za chwilę Suresh z Jaipuru, który stracił całe rodzeństwo, dodaje: – Nie możemy rozpaczać, to nic nie da. Musimy żyć dalej.

        Nic z tego nie rozumiem. Hindusi kochający się w produkcjach Bollywoodu z ich przerysowaną emocjonalnością, nie dają publicznie wyrazu swojemu bólowi. Nie odwracają się od bogów, nie podpalają parlamentu. Ich rozpacz jest cicha, niemal niedostrzegalna. Jakby zastygła wewnątrz każdego z nich, garbiąc im plecy, przygniatając do ziemi, karząc godzinami patrzeć się w jeden punkt. Gdy podnoszą wzrok, jest w nim niewysłowione zdziwienie.

30 czerwca, dwa tygodnie po powodzi

          Ludzie wciąż powracają z gór, liczeni już nie w setkach, ale w dziesiątkach osób. Jedni opowiadają o tym, ile dobrego serca doświadczyli ze strony miejscowych. Inni – o grabieżach, grasujących bandach,  gwałtach i próbach gwałtu. Jak Swatantra Verma, który dosłownie wykupił córkę z rąk gwałcicieli. Policja Uttarakhandu zaś twierdzi, że nie zarejestrowała ani jednego doniesienia o przestępstwie.

         Agencje pozarządowe ostrzegają o niebezpieczeństwie handlu dziećmi. W normalnej sytuacji wielu niepełnoletnich z tych ubogich, górskich rejonów werbowanych jest do pracy fizycznej na równinach. W sytuacji kryzysu, osierocone i zagubione dzieci stają się łatwym łupem handlarzy. Dziś, w dwa tygodnie po powodzi, jedna z organizacji wysłała swoich pracowników do obozu w Rishikeshu. Szukam ich, ale nie znajduję tak, jak przez trzy dni nie udaje mi się dodzwonić do siedziby Mountain Children’s Forum.

   W Rishikeshu utknęło ponad 20 ciężarówek z pomocą żywnościową. Brakuje magazynów i chłodni. Podobnie na dystrybucję czekają maszyny do uzdatniana wody podarowane przez indyjski Czerwony Krzyż.

          Premier Uttarakhandu, Bahuguna, ten sam, który oponował wobec przepisów o ochronie środowiska Himalajów, i ten sam, który wydał zgodę na szalone zagęszczenie elektrowni wodnych, 62 razy przekraczające światową normę – uporczywie zaniża liczbę zaginionych do trzech tysięcy. Zresztą liczba ofiar będzie znana dopiero po 31 lipca, gdy zaginionych uzna się za zmarłych, a wtedy opinia publiczna zdąży już zapomnieć o tym, co stało się w Uttarakhandzie.

1 lipca, piętnasty dzień

      Obóz pomocowy w Rishikeshu zaczyna wyglądać jak zwykły dworzec. Na placu, gdzie wcześniej wysiadały setki ludzi powracających z doliny Kedarnath, stoją kursowe autobusy. Pozostały stanowiska trzech organizacji, dwóch aśramów i paru policjantów. Garstka krewnych, wśród nich Kul Singh szukający 11 letniego syna, który poszedł z dziadkiem na pielgrzymkę. Utknęli w Ramballah, dziadek wrócił wczoraj, ale sam. ‘Co mam robić – pyta – czy iść w góry, czy czekać na niego tutaj?’ Nikt nie śmie mu doradzić.

         Poznaję Gaurava, biznesmena, który przyjechał tu z Chandigarhu jeepem pełnym leków. Nie chce powierzyć ich nikomu z obawy, że zostaną sprzedane, więc chodzi od organizacji do organizacji i pyta gdzie najbardziej tych leków mogą potrzebować. Podjął już jedną próbę, ale nie udało mu się dotrzeć  do wiosek położonych pod Uttarkashi z powodu osypiska. Dziś bezradnie rozgląda się wokół i mówi: ‘Dalej nikt nic nie wie, nawet organizacje pomocowe, a ich działania nie są przez nikogo koordynowane.’

James Joy z Hope Foundation mówi wprost:

– Lokalne władze utrudniają, a nie ułatwiają niesienie pomocy. Czekamy tu już trzy dni tylko na  przydzielenie policjanta, który eskortowałby naszą ekipę w góry. Jesteśmy z Delhi, nie znamy terenu. Chyba się nie doczekamy, bo odsyłają nas od biura do biura. Jesteśmy sfrustrowani. Od rana nie przyjechał jeszcze żaden autobus z ocalałymi. Nie chcemy tu tylko stać i rozdawać soczków tym paru rodzinom, które tu pozostały, chcemy pomóc, a nie wiemy jak.

Wieczorem zadzwonił do mnie, szczęśliwy, bo do obozu trafiło 50 osób uwięzionych od dwóch tygodni w Badrinath. Mógł ich chociaż zawieźć do urzędu miasta, by odebrali zapomogę na pokrycie bieżących wydatków w wysokości 2 tysięcy rupii. Urzędnicy przecież nie pofatygują się do obozu.

7 lipca, trzy tygodnie po powodzi

    Dramat Uttarakhandu, wcześniej tonący w chaosie informacyjnym, coraz częściej bywa pomijany milczeniem. Napomyka się enigmatycznie, że ‘nie odnaleziono dotąd paru tysięcy osób’. Do liczby zmarłych to dodaje się, to odejmuje zero, od 1 tysiąca po 10, jakby dziesięciokrotność niewiele znaczyła. Przeczą sobie nawet premier Uttarakhandu i rzecznik zgromadzenia stanowego: pierwszy wciąż obstaje przy trzech tysiącach ofiar, drugi przy dziesięciu. I to wszystko w tym samym artykule, gdzie linijka po linijce przylegają do siebie nieprawdy.

                Nie wiadomo kiedy ewakuowany zostanie rejon Kumaonu, w którym uwięzionych pozostaje 10 tysięcy osób. Nie wiadomo kiedy dotrze pomoc do ponad 1300 wiosek, gdzie brakuje żywności i pitnej wody. Nie wiadomo co stanie się z rolnikami, których wioski zostały zmyte przez powódź, a farmy nie nadają się do uprawy. Schodzą masowo z gór w poszukiwaniu pracy, ale gdzie ją znajdą, dokąd pójdą? Może do Delhi, a tam ich tragedia się rozmyje wśród codziennego dramatu 9 milionów mieszkańców slumsów. Nie wiadomo czy w dolinie Kedarnath wybuchła epidemia czy nie. Nie wiadomo czy zwłoki kremowane są należycie, z udziałem panditów, hinduistycznych kapłanów, ani też, czy są uprzednio identyfikowane. Nie wiadomo nawet czy mają miejsce masowe kremacje i w jakich dokładnie rejonach. Nie wiadomo kto zginął, a kto żyje.

         Wiadomo natomiast, że ministerstwo zdrowia ma gest, posłało bowiem do Uttarakhandu 1600 worków na zwłoki. Wiadomo, że rząd planuje ‘wsparcie małego biznesu’ w rejonach dotkniętych powodzią. Planuje wydłużyć okres płatnej pracy przy odbudowie dróg, która da wieśniakom 100 do 150 rupii dziennie. Jak też że przeznaczy środki na odbudowę zalanych terenów. Wiadomo też, że miejskie przedsiębiorstwo oczyszczania z Dehradun wysłało dwustu pracowników w góry, w celu wydobycia ciał spod gruzu i mułu. I że ich rodziny siedzą na krawężniku pod urzędem, błagając o to, by nie narażać ich na zarażenie cholerą. Ależ przecież, jak twierdzą urzędnicy, pojechali tam dobrowolnie.

              Przecież to tylko zamiatacze, sprzątacze latryn, w większości należący do bhangi, najniższej w Indiach kasty. Czym więc się przejmować? Ich sytuacja obrazuje to, czym jest w Indiach człowiek. Jednostka – niczym. Tysiąc osób – niczym. Dziesięć tysięcy – wciąż niewiele więcej znaczy.

         Ostatni komentarz pada z ust Manesha z Biharu, który wciąż czeka na powrót swoich dwóch braci:

– Straciłeś bliskich? Całą rodzinę? Twierdzisz, że stało się tak przez chciwość i zaniedbanie władz? Dlatego, że szkoda im było tracić dochód w szczycie sezonu pielgrzymkowego i nie ogłosili zagrożenia powodziowego? Że to dlatego, że wybudowano zbyt wiele tam, wycięto zbyt wiele drzew, wydano zbyt wiele pozwoleń na budowę kolejnych hoteli i pensjonatów? Że przymykano na wszystko oczy za bakshish, łapówkę? Możesz tak twierdzić, i co z tego? Żyjesz przecież w Indiach, kraju niesprawiedliwości. Kraju, gdzie swoją karmę należy przyjąć z pokorą, jak inni.