Kalkuta, nim zatrzasną się drzwi synagogi

[Tekst ukazał się w ‚Kontynentach’, numer 01/2014, w  nieco krótszej wersji.]

Kalkuta, ta porażająca stolica nędzy, zwykle paraliżuje przybyszy, zapędza w kozi róg trudnych emocji, z którego wyłaniają się tylko po to, by czym prędzej załatwić swoje sprawy i pojechać dalej. Ci, którzy z jakiegoś powodu tu zostają, mówią o niej inaczej: że choć najpierw każdego porazi i zniechęci, potem uwiedzie i wchłonie. Upoi herbatą podawaną w glinianych czarkach, oczaruje uprzejmością Bengalczyków, wciągnie w grupowe omawianie wydarzeń z łam gazet i tych z najbliższego sąsiedztwa. I powoli, spod warstw brudu i pleśni, wszędobylskich, krwisto-czerwonych plam betelu i łuszczących się tynków zaczną się szeptać historie. Tak pojemne, jakby w Kalkucie zbiegał się cały indyjski świat, streszczała historia subkontynentu.

                Park Street to najbardziej prestiżowa ulica Kalkuty, gdzie w dobrym tonie jest się pokazać od czasu do czasu, zajrzeć do cukierni Flurys, przejrzeć nowości w Oxford Bookstore, zjeść włoskie danie w Fire & Ice; jeszcze lepiej jest posłać dziecko do St. Xavier’s College czy ulokować tu biuro. A jednak, pomimo tych wielkoświatowych aspiracji, Park Street stanowi cichy triumf indyjskości, dowód na to, że wytęskniony, wyobrażony Zachód nie może zostać ot tak, bezkarnie, przeniesiony do Indii – w tym kontakcie polegnie, obcy implant przytłoczony rzeczywistością miejsca. Bo choć kawiarnie oferują względny komfort, to kelner jak zawsze pomacha przed nosem brudną szmatą, do szyby przyklei się wychudzona twarz żebraka, przemknie człowiek-koń ciągnąc z trudem rykszę, a jednostajne buczenie klimatyzacji nie zagłuszy kakofonii rozszalałych klaksonów. Człowiek w końcu się podda, świadomy tandetnej podróbki, zdecyduje się wypić czaj na stojąco, zamiast włoskiej lasagni zjeść miejscowy paneer roll i wtopić w tłum powoli sunący ulicą, zmierzający dokądś tam w bezmiarze czasu – mijając sklepy z antykami, brytyjski cmentarz, dom arcybiskupa, skwer dla dzieci, kościół adwentystów, zabytki kolonialnych czasów poprzetykane sklepikami wielkości budki telefonicznej – nieśmiało, jakby w zażenowaniu, bo policja niechętnie tu widzi stragano-podobne stwory, nie mówiąc o czyścicielach uszu czy butów. Czuwa, by nie przesłonięto do końca tej iluzji lepszego świata i nadziei, że tak właśnie wkrótce wyglądać będą indyjskie metropolie.

                Z Park Street wystarczy skręcić w boczną uliczkę by po kilkunastu krokach stanąć u bramy domu, który zdaje się czekać na rozbiórkę. Dozorca poprowadzi gościa do wewnątrz, zakołacze lwią łapą do drzwi na parterze. Przekraczając próg gość stanie jak wryty, przeniesiony do wnętrza sprzed wieku, skarbnicy antycznych wspaniałości, nad którymi góruje srebrna, siedmioramienna menora. Na zestawionych koło siebie fotelach, Joe i Mordechaj Cohen, posrebrzone sędziwym wiekiem gołąbki, siedzą zatopieni w lekturze. Siedzą tak, jakby z jakiegoś powodu nie mogli wstać i opuścić tego miejsca.

                Ojciec Mordechaja, inżynier, uciekł z Iranu na Mauritius, gdzie został wcielony do armii brytyjskiej i wysłany do Birmy, z której wyjechał w przededniu japońskiej inwazji. Znalazł się z rodziną najpierw na terenie ówczesnego Bengalu Wschodniego, później, przed 1947, rokiem Podziału,  poprzedzeni listem do samego Nehru przenieśli się do Kalkuty, stolicy Bengalu Zachodniego. Osiedlili się w tym właśnie domu, na jednej z droższych parceli w mieście. Z kolei rodzice Joe, Żydzi z południowej Francji, wyjechali z Europy w połowie lat trzydziestych, prosto do górskiego Dardżyling, zasnutego mgłami miasteczka znanego z upraw herbaty. Joe i Mordechaj poznali się w czasie studiów w Kalkucie, są razem od czterdziestu lat. Zdają się być nie z tego, indyjskiego świata – można ich wziąć za Anglo-Indusów, z ich wzorowym angielskim, subtelnym humorem, eleganckimi manierami i porcelaną w której serwują herbatę na stoliku z różanego drewna – jedynie śpiewny bengalski, w którym wydają polecenia służącej ściąga ich w tu i teraz Kalkuty.

                Choć na zachodnim wybrzeżu subkontynentu od wieków istniały dwie gminy żydowskie, nowa grupa wyznawców Mojżesza pojawiła się w Indiach u progu XIX wieku, niemal u boku Brytyjczyków, zabierających się właśnie do budowy Imperium. Do Kalkuty jako pierwszy przybył w 1798 roku, wiedziony obietnicą bajkowego bogactwa, syryjski Żyd Shalom Cohen. Obietnica spełniła się szybko – kamienie szlachetne, kość słoniowa, jedwab i indygo, bawełna, przyprawy i kawa, pozwoliły mu zbić fortunę najpierw w Suracie, potem w Kalkucie. Wrócił do niej ponownie w drugiej dekadzie XIX wieku, po trzech latach spędzonych w roli nadwornego jubilera księcia Oudh, wśród orszaku złożonego z ponad stu służących i dziesiątków przybocznej straży. Mile widziany wśród brytyjskiej elity miasta, Shalom bywał przyjmowany również przez gubernatora generalnego Indii, Lorda Bentincka.

                Do rodziny Cohenów dołączyło wielu innych sefardyjskich Żydów uciekających przed prześladowaniami, szukających ziemi nieobiecanej, ale dostatniej – Żydzi z Iraku i Iranu, Syrii i Jemenu, zwani Bagdadzkimi Żydami. Z czasem zbudowali sieć obejmującą pół świata klamrami handlowych przyczółków, od Londynu po Aleppo, Bagdad i Basrę, Bombaj i Kalkutę oraz dalej, przez Rangun i Singapur aż po Shanghai i japońskie Kobe. Część zbiła fortunę na handlu opium, bawełną, jutą i indygo, prowadząc dochodowe interesy z Kompanią Wschodnioindyjską. Sławnej rodzinie Sassoonów z Bombaju, udała się rzecz niebywała – po 40 latach wspólnych interesów z Kompanią, przejęli kontrolę nad handlem opium pomiędzy Indiami a Chinami – posiadali bowiem to, czego brakowało Anglikom: nieskalaną reputację i sieć rodzinnych oddziałów w każdym zakątku Imperium, które finansując uprawy pozbyły się pośredników. Z kolei najbardziej znamienitą postacią w Kalkucie był David Joseph Ezra, który inwestował w przemysł i nieruchomości, gdy inni śmiali się, że stawia pałace wśród błota. Z czasem ceny nieruchomości w Kalkucie były porównywalne do tych w Londynie, a rodzina Ezrów stała się magnatami Kalkuty. Bogaci pozostawili po sobie pomniki swej chwały, perły kolonialnej architektury: Ezra Mansions, Esplanade Mansions czy Chowringhee Mansions. Jednak większość Bagdadzkich Żydów żyła skromnie, jako drobni kupcy czy urzędnicy w brytyjskich faktoriach i instytucjach.

                – U szczytu rozwoju gminy, w czasie szabatu nie mogliśmy pomieścić się w synagodze, choć było ich razem siedem, trzy duże i cztery mniejsze – wspomina Joe Cohen. – W latach 40-stych, gdy schronienia szukali tu Żydzi z Birmy i Europy było nas tu co najmniej dziewięć tysięcy, jak nie więcej. Byłam wtedy małym dzieckiem, ale pamiętam jak przyjechaliśmy na święto Paschy do Kalkuty do naszych krewnych. Stałam z mamą na galerii dla kobiet i nie mogłam przesunąć się nawet o centymetr. Pamiętam też, że przed Paschą, w pomieszczeniu obok synagogi Bethel w specjalnych piecach wypiekało się macę. Ciasto wyrabiano w ręku, z mąki i cukru przechowywanych w piwnicach synagogi, a płaty macy były tak wielkie, że kosze z nimi nie mieściły się do aut i krewni wynajmowali woźnicę! – uśmiecha się do swoich wspomnień Joe. – Teraz w piwnicach Bethel grasują tylko szczury i myszy.

                Po chwili Joe kontynuuje – Pamiętam jak w czasie paschalnego sederu czekałam na ważną dla nas, dzieci, chwilę. Nim zasiedliśmy do kolacji, ojciec zwracał się do nas zadając trzy pytania. Najpierw pytał: Skąd przybyliście? Wstrzymując oddech odpowiadałam – Z Egiptu. A dokąd zmierzacie? – pytał dalej. Do Jerozolimy, odpowiadaliśmy chórem. Gdy padało trzecie pytanie – A macie zapasy na drogę? – wskazywaliśmy rękoma na macę obwiązaną chustką i zawieszoną na ramieniu. Wtedy dopiero ojciec intonował pieśń o tym, dlaczego tego dnia jemy tylko macę i dwa razy maczamy w sosach wszystkie warzywa.

                Jej mąż, Mordechaj, również się ożywia. – W tym domu – zatacza ręką wskazując zagracony dziś salon i jadalnię – świętowaliśmy wspaniałe szabasy. Na chwilę przed zachodem słońca mama zapalała specjalne świeczki, a ojciec wciągał je do góry, by wisiały nad jadalnym stołem – o tam, w tym miejscu widać jeszcze hak – pokazuje. – Potem ojciec, z kielichem rozcieńczonego wina w ręku, intonował Kidusz, pieśń o tym, jak Bóg odpoczywał siódmego dnia po dokonaniu dzieła stworzenia. Nic z tych hebrajskich modlitw nie rozumiałem, ale też chciałem już odpocząć i najeść się do syta. Nie mogłem się doczekać aż przełamiemy się szabasowym chlebem i będę wreszcie mógł wbić zęby w kurczaka podawanego z aloo muckulla, ziemniakami, do których nadal leci mi ślinka … – Mordechaj spogląda na żonę i dodaje – Joe, jak ma dobry humor, to czasem też mi je robi.

                – Wszystko to zaczęło się kończyć w latach 50-tych, gdy większość Żydów wyjechała do Izraela, do Anglii i Stanów. Dlaczego? Owszem, było im tu dobrze, ale przecież to były czasy syjonizmu, odezwało się w ludziach odwieczne pragnienie bycia wśród swoich, powstał Izrael, własne państwo które dla wielu było darem wprost od Haszem, Najwyższego – Joe daje znać służącej by nie przeszkadzała. – Tutaj zaś nastały ciężkie czasy, lała się krew, hinduska i muzułmańska, chlupotała wzdłuż ulic i mieszała się z błotem. Panowały bardzo anty-kolonialne nastroje, a nas postrzegano przecież jako sprzymierzeńców Brytyjczyków, pośredników pomiędzy światami. Jak Ormianie, znaleźliśmy się pomiędzy światem białych i światem ciemnoskórych. Tacy lekko przyprószeni szarością biali – śmieje się Joe – o naszej dzielnicy mówiło się zresztą ‚szare miasto’.

                – Tak to się po prostu zbiegło w czasie – uzupełnia Mordechaj – niepodległość Indii z utworzeniem państwa Izrael. Bagdadzcy Żydzi pojawili się razem z Imperium i razem z nim odeszli. Nasze dzieci też wyjechały. Jeden syn do Stanów, drugi syn i córka do Izraela. I my w końcu stąd wyjedziemy, oderwiemy się jak płat żywej tkanki, choć kocham to wszystko – gładzi poręcz tekowego krzesła ocalonego z nieczynnej synagogi. – Nie chcę wyjeżdżać, ale nie chcę też umrzeć samotnie, bez porządnego pochówku, ze skalanym ciałem, ponieważ nie będzie nikogo kto dokona tahara, rytualnego obmycia. Teraz robi to Joe, gdy umrze kobieta, a pomagają jej w tym muzułmanki. Muzułmanki – powtarza, jakby nie przestał dziwić się tym faktem. – Zresztą ten dom dał nam do zrozumienia, że już nas tu nie chce – dwa lata temu zawalił się narożnik, rok temu, w ten sam wrześniowy dzień, w sypialni runął sufit. Cudem tego dnia nie uciąłem sobie popołudniowej drzemki – Mordechaj podnosi palec do góry jakby mówił, że to same niebo przemówiło.

                – Wahaliśmy się długo, bo mieliśmy poczucie misji, stania na straży – dodaje jego żona – zostało nas tu 20 osób, sami staruszkowie, jak my, tylko troje młodszych. Czynne są dwie synagogi, Magen Dawid i Bethel. Zaledwie trzy dni temu, w czasie Yom Kippu , w synagodze byliśmy tylko my dwoje … Właśnie to poczucie trzymało nas tu jak kotwica. Są też szkoły, jedna dla dziewcząt przy Park Street i druga dla chłopców, Elias Meyer Free School and Talmud Torah przy Bow Bazaar – od dwudziestu lat nie ma w nich ani jednego Żyda, prawie sami muzułmanie, ale to wciąż nasza, żydowska szkoła, ktoś musi nią zarządzać, przypilnować.

                Przypilnować choćby tego, by obchodzone przez szkoły święta miały dla młodzieży jakikolwiek sens poza uciechą kilku dni wakacji. Flower Silliman, wytworna osiemdziesięciolatka, opowiada w wywiadzie dla portalu Firstpost jak przed świętem Paschy odwiedza szkołę dla dziewcząt, uzbrojona w materiały dydaktyczne: film ‚Dziesięć Przykazań’ z Charltonem Hestonem. Obrazy filmowe pozostają w pamięci, inaczej jak przybliżyć tym dzieciom idee tak obce, że brzmiące jak nie z tego świata, jak opowiedzieć o exodusie Izraelitów, plagach, które Jahwe sprowadził na Egipcjan?

                Sally Luddy Solomon, pra-pra-pra-wnuczka Shaloma Cohena, która dorastała w Kalkucie w okresie świetności gminy, na łamach periodyku ‘The Scribe’ podzieliła się wspomnieniami z okresu dzieciństwa. Uczęszczała, rzecz jasna, do szkoły dla żydowskich dziewcząt, która uznawana była za najlepszą w mieście, łącząc zgrabnie brytyjski program nauczania z nauką hebrajskiego, natomiast największą uciechę sprawiał jej sam dojazd do szkoły. Z mieszkania przy targu New Market zabierała ją charakterystyczna indyjska dwukółka zwana gharry. Po drodze dosiadały się inne dziewczynki, wciskając się jedna drugiej na kolana, gniotąc niemiłosiernie świeżo wykrochmalone mundurki, byle tylko w małym powozie zmieściło się ich sześć albo osiem. Czasem woźnica, wiecznie przeżuwający betel swoimi bezzębnymi dziąsłami, chcąc je rozbawić, okładał batem koński zad i galopował jak szalony ulicami Kalkuty. Raz zdarzyło się, że powóz odłączył się od konia, i panienki, wychowywane na wiktoriańskie damy, wylądowały z zadartymi spódniczkami w pyle i kurzu ulicy.

                Dziś w dwóch czynnych żydowskich szkołach uczy się niemal dwa tysiące dzieci, ale nie ma wśród nich ani jednego dziecka żydowskiego pochodzenia. Większość uczniów stanowią muzułmanie, wśród nich dwie siostry, Amira i Nasim, które idą do szkoły ubrane skromnie, z głowami zasłoniętymi hidżabem. Po drodze, przy Park Street, dołączają do nich inne koleżanki. Nim rozejdą się do klas przebierają się w szkolne mundurki i odkrywają głowy. Czy rodzice nie mają nic przeciwko temu? Ależ skąd, to wciąż jest szkoła marzenie, z wykładowym językiem angielskim i bardzo przyzwoitym czesnym. Fakt, że dzieci uczą się tu hebrajskich pieśni, mają wolne w sobotę, dzień szabasu, zupełnie nie przeszkadza muzułmańskim rodzicom. Ojciec bliźniaczek twierdzi, że posłał tu obie córki z przyjemnością, ponieważ zapewnia wyższy poziom nauki niż inne szkoły. Więc nad czym miał się zastanawiać? Podobnie nikt tu się nie zastanawiał nad faktem, że drzwi szkoły otworzono dla młodych muzułmanów mniej więcej w tym czasie, kiedy wykrawano z Palestyny ziemię dla izraelskiego państwa i obie strony rzuciły się sobie do gardeł.

                W dawnych czasach gmina żydowska skupiała się na terenie obszaru zwanego ‘szarym miastem’, położonym pomiędzy angielskim ‘białym miastem’ a tubylczym ‘czarnym’. ‘Szare miasto’ było miejscem niezwykłym, wcielonym ideałem ekumenizmu – na obszarze pięciu kilometrów kwadratowych przeciętym arterią Brabourne Road, bogów chwaliły świątynie wszystkich wyznań – do dziś wieża synagogi Magen Dawid patrzy w niebo z tą samą wytrwałością co stojący nieopodal Nazareth Church, kościół Ormian, dumny z tego, że był pierwszym kościołem w Kalkucie. Z drugiej strony ulicy równowagi wszechświata strzeże katolicki kościół wzniesiony przez Portugalczyków; w dawnych czasach rodzice odbierający dzieci z żydowskiej szkoły dla chłopców tłoczyli się na tej samej ulicy co zoroastrianie, zaglądając ciekawie przez bramę do świątyni ognia, do której obcym wzbraniano wstępu. Żydzi mieszkający wokół synagogi Bethel przy Pollock Street nauczyli się odmierzać czas nawoływaniami muezzina z pobliskiego meczetu Bohra, największego w mieście, podobnie jak i wyznawcy dżinizmu wędrujący do świątyni tuż za rogiem. Z kolei przy Ezra Street, gdzie mieszkało wielu Bagdadzkich Żydów, za sprawą Rosjanina, Gerasima Lebedeva, powstał teatr w którym wystawiono pierwsze bengalskie adaptacje angielskich sztuk. W ‘szarym mieście’ nie brakowało też buddyjskich pielgrzymów w drodze do Bodhgaya, miejsca oświecenia Siddharty Gautamy, którzy zatrzymywali się w pensjonacie przy buddyjskiej viharze – być może mijali się z Sikhami w dostojnych turbanach, którzy zmierzali do swojej gurudwary utulić do snu świętą księgę. Z kolei dalej, od Ganguly Street, rozciągało się kalkuckie Chinatown, pełne zaułków oznakowanych chińskimi literami, sklepików i maleńkich restauracyjek, w których na honorowym miejscu stały ołtarze ku czci przodków. Skrzynki pocztowe, na których widnieją nazwiska właścicieli domów, zdradzają tak różne pochodzenie mieszkańców ‘szarego miasta’, że przechodniowi wciąż może zakręcić się w głowie.

                Nic więc dziwnego, że w ‘szarym mieście’ żydowscy chłopcy bawili się na podwórkach z muzułmanami, razem płatali dorosłym figle, a ich rodzice kupowali biżuterię w muzułmańskich sklepach prowadzonych na tych samych narożnikach ulic od paru pokoleń. I dziś bramę do Bethel otwiera muzułmanin, strażnik i opiekun synagogi, kładący się do snu w jednej z piwnicznych cel, gdzie kiedyś przechowywano mąkę na macę. Kiedy tak stoją we dwójkę, siedemdziesięcioletni Elaisha, którego dziadek przybył tu z Bagdadu pod koniec XIX wieku i klucznik opiekun, znający się całe życie, jeden z głową nakrytą aksamitną jarmułką, drugi – nieco inną, koronkową, nikt nie domyśliłby się, że ten drugi, to obcy, goj, wróg. Nikt nie śmiałby pomyśleć, że to ten drugi dogląda płomienia u stóp Tory, owija modlitewniki kawałkiem jedwabiu, raźnie odgarnia liście kładące się dywanem u progu domu Dawida i nie wpuści tu nikogo, kto mógłby synagogę zbezcześcić.

                Jego pełne szacunku zachowanie przywodzi na myśl opowieść Sophie Judah, Bagdadzkiej Żydówki, która w latach ’30-tych pomieszkiwała z rodzicami w miasteczku Jabalpur. W periodyku dla sefardyjskich Żydów przywołuje z rozrzewnieniem dzień, gdy do nowo wybudowanej, skromnej synagogi sprowadzono z Bombaju Torę – muzułmanie przewiązali sobie chustki wokół głów i tańczyli w radosnej procesji mówiąc, że to święta księga, która przyniesie wszystkim błogosławieństwo.

                Elaisha, urodzony w Kalkucie, wychowany w domu sąsiadującym z synagogą, pełen jest wspomnień – wspomnień beztroskich, lekkich jak te latawce, które ochoczo puszczał z dachu domu modlitwy, wspomnień, których nie obrócił w pył dramat Holocaustu. O tu, pokazuje – jest mykwa, gdzie dokonuje się rytualnych kąpieli – od dawna nieużywana, ale pamiętam jak baliśmy się do niej wchodzić, taka była głęboka, a nikt z nas, chłopaków, nie potrafił pływać. Potrafiliśmy za to skakać jak małpy, skakaliśmy z dachu synagogi na dach mojego domu – teraz nie mogę nawet spojrzeć w dół, od razu kręci mi się w głowie. – Po wejściu do synagogi gwiżdże na widok gołębi, które jakimś szóstym zmysłem znajdują kolejną wybitą szybkę w witrażach i kontynuuje – Ten kafelek tutaj – obrócony w bok, psujący symetrię mozaiki u stóp Tory, przypomina o tym, że nic co stworzone ludzką ręką nie jest doskonałe; od razu robi mi się lepiej, jak go zobaczę, myślę sobie, że moja łysina też chwali Najwyższego! A stąd – wskazuje na ogromny kandelabr pełen misternie splątanych pustych uchwytów – bił blask setek lampek palonych ku pamięci zmarłych. Naszym zadaniem, dzieciaków, było przewiercić kapsel i przewlec przez niego bawełniany knot, wypełnić lampion oliwą i wodą …

                Elaisha ma jaśniejszą karnację niż Hindusi, jest solidniej zbudowany i pomimo wieku nosi się inaczej, dumniej. Gdy idzie ulicą, machają do niego kolejno sprzedający czaj i betel muzułmanie, pytając o zdrowie 96-letniej matki. Odpowiada im tłumacząc, że jego bengalski był zawsze płynniejszy niż hebrajski, którego uczono – jak twierdzi – zupełnie bez sensu, każąc, jak papugom, powtarzać wyrywki Talmudu. Jest jednak coś, czego nie mówi, a co i tak jest jasne – wciąż oddziela go od muzułmanów nieprzekraczalna granica, pilnie strzeżona inność. Być może to resztki dawnej wyniosłości, echo kolonialnego poczucia wyższości, tak głęboko wdrukowanego, że nieświadomego. Bagdadzkim Żydom było przecież bliżej do Anglików niż Hindusów – poczuli się indyjskimi Żydami dopiero, gdy została ich tu garstka.

                Elaisha w duszy pozostał nastolatkiem, odwraca się więc plecami od pamiątkowej tablicy wmurowanej w ścianę Elias Meyer Free School dla chłopców i idzie sprawdzić, czy widoczny jest jeszcze ślad po kręconych schodach z boku budynku. Gdy go znajduje, wykrzykuje – O tu, wzdłuż tej ściany biegły schody, tędy uciekaliśmy z klasy, potem przecinaliśmy boisko i skakaliśmy przez mur dokładnie tam – wskazuje. A jak trzeba było kogoś sprać, to spotykaliśmy się na porachunki na placu przed pobliskim kościołem, byle jak najdalej od oczu naszego pryncypała! Założę się – śmieje się – że dalej tłuką się tam dzieciaki, to doskonała lokalizacja.

                Obok przejeżdża trzęsący się tramwaj, pamiętający zapewne czasy dziadka Elaishy – do takiego wskakiwał młody łobuz, wiecznie bez biletu, wyskakiwał kawałek dalej, tam, gdzie od Ganguly Road biegnie uliczka kończąca się zaułkiem. – Nazywaliśmy to miejsce ‘marmurowym pałacem’, bo mieszkający tu Żydzi byli zamożni, wyłożyli marmurem całe podwórze i fajnie było przycupnąć dla ochłody na kamiennej ławie biegnącej wzdłuż domów. A tu, w tym domu, mieszkał kolega, wpuszczał nas na samą górę, stamtąd skakaliśmy po dachach aż tam – pokazuje palcem – na dach tamtego domu. Tam stawaliśmy rządkiem – dodaje z łobuzerską swadą, której nie zmienił czas – wyciągaliśmy swoje fujarki i … dawaj na przechodniów, złote krople prosto z nieba!

                Czy żałuje, że został w Kalkucie? Nie, zupełnie nie. Został, bo gdy pojechali całą rodziną do młodego państwa Izrael, jego dziadek stwierdził, że nic ich tu nie czeka, tylko praca w pocie czoła, z ustami pełnymi kurzu i pyłu. Dziadek nakazał odwrót, bo życie jakie wiedli w Kalkucie wydawało się lepsze i dostatniejsze. Minęło pół wieku i już wiadomo jak bardzo się pomylił, ale nie mam mu jak tego wygarnąć – wzdycha teatralnie Elaisha. – Ale nie żałuję, to mój dom, tu mam przyjaciół i boks na torze wyścigowym … A gdybym się dziadkom pomylił przy schodzeniu ze statku i wychowywał jako wnuk Nahouma, to bym dopiero miał tu jak u Pana Boga za piecem – dodaje z właściwym sobie poczuciem humoru.

                Dziadek Elaishy przybył bowiem do Kalkuty z dziadkiem Nahouma, a Nahoumowie od 120 lat są w Kalkucie cukierniczą instytucją, słodką legendą. Cukiernia Nahoum & Sons, ukryta w alejce New Market, targu przypominającego szalony labirynt, to ostatnia koszerna cukiernia i piekarnia w Kalkucie, choć niewielu z jej mieszkańców zdaje sobie z tego sprawę. Nahoum? Mówią – ach tak, mają najlepszy placek ze śliwkami! Wspaniałe migdałowe makaroniki i paluszki serowe! I najlepsze bożonarodzeniowe wypieki, nie wspominając już o słodkich wielkanocnych jajach! To tutaj należy się zgłosić by dostać pozwolenie na obejrzenie dwóch czynnych synagog. Jeszcze do niedawna zajmował się tym stary Nahoum, siedząc za drewnianą ladą i staromodną kasą, możnowładczą ręką otwierając szufladki z drewnianymi przegródkami, szukając to kartki, to długopisu czy okularów. Pozdrawiał wchodzących, znał wielu po imieniu, chętnie udzielał wywiadów i po cichu sprawował pieczę nad całą gminą. Dziś go już nie ma – zmarł w marcu zeszłego roku – a za ladą siedzi pan Hulda, Hindus, który powie jak trafić na Brabourne Road.

                Max Freilander, niemiecki Żyd, który znalazł się w Kalkucie w roku 1939, wspomina w dziennikach jak jego żona obawiała się, że nie znajdą w tym mieście nic koszernego. Ku ich zaskoczeniu, dostarczono im prezent powitalny – kosz pełen cudownych, koszernych wypieków z cukierni Nahoum. Podobnie było z koszernym mięsem – Freilander szybko zaprzestał sprowadzania mięsnych puszek z Anglii; okazało się, że na targu obok muzułmańskich rzeźników posadowili się żydowscy shochtim, sprzedający mięso z rytualnego uboju. Wspomina też, jak bardzo lokalna żydowska kuchnia różniła się od kuchni europejskich Żydów, jak dania takie jak czulent, gotowany na wolnym ogniu przed szabasem, złociły się od nadmiaru curry i kurkumy. Niekoszerne mleko zastąpiono mlekiem kokosowym, jako substytut koszernej margaryny stosowano zagęszczony olej kokosowy. I nigdy, przenigdy nie jedzono wołowiny – na znak szacunku dla Hindusów, dla których krowa jest nietykalna. Na dodatek, te koszerne posiłki przygotowywane były nie przez kogo innego jak przez muzułmańskich kucharzy, którzy z dumą podawali się za ‘żydowskich kucharzy’. Zdarzało się, że byli bardziej ‘żydowscy’ niż ich pracodawcy, nie chcąc zmienić przepisu ani na jotę czy przymknąć oka na brakujący składnik.

                Jeśli nie zasięgnie się u pana Huldy języka jak trafić do synagogi Magen Dawid, z łatwością można się zgubić. W godzinach przed zmierzchem, ulice Kalkuty zapełniają się mieszkańcami miasta, uwolnionymi na parę godzin od skwaru upałów, a chodniki przy Brabourne Road zamieniają się w targ próżności przyciągający przede wszystkim panie. Kusząco lśnią indyjskie churri, szklane bransoletki, ozdoby do włosów, sztuczna biżuteria, zza stosu których ledwo wyłania się głowa sprzedawcy. Spytany o drogę do synagogi, dopytuje się: kościół? Żydowski kościół? – i wskazuje na jeden z chrześcijańskich kościołów na obu końcach ulicy. Inny niedbale macha ręką za siebie – rzeczywiście, za jego plecami odczytać można z trudem napis widoczny nad łukiem bramy: Navem Shalom. Tyle, że do tej synagogi wejść nie ma jak – przejście tarasują stragany ze świecidełkami, ściany cuchną moczem, a mroczne wnętrze pełne jest kartonów …

                W końcu cierpliwość zostaje nagrodzona i któryś ze sprzedawców mówi przytomnie: Synagogue Street? To w tamtą stronę i w prawo. Zza rogu wyłania się budynek z czerwonej cegły, z wieżą strzelistą, niemal kościelną – to Magen Dawid. Przez wspaniałe paryskie witraże pada kolorowe światło przydając blasku wesołemu targowemu miasteczku w dole. Przed wejściem kręcą się policjanci, a młodzi Izraelici, którzy nie wiadomo skąd się tu wzięli, pozdrawiają wchodzących. Dziś jest dzień wyjątkowy – święto Sukkot, obchodzone przez gminę po raz pierwszy od 24 lat – od takiego bowiem czasu nie udało się zgromadzić na to święto minjanu, modlitewnego kworum, które musi składać się z dziesięciu dorosłych mężczyzn. Dziś wśród pięknych renesansowych kolumn Magen Dawid, wśród marmurów i ław stojących tu od 140 lat, zgromadzonych przeszyje nie tylko nostalgia, ale wreszcie – Szechina, obecność Boga.

                Stał się cud, gmina na chwilę ożyła, z Delhi przyjechał ambasador Izraela z niewielką świtą. Wokół tewy, centralnego miejsca, gdzie odczytywana jest Tora, stoi wzruszona garstka kalkuckich Żydów – Joe i Mordechaj Cohen, Flower i Jael Silliman, Elaisha, Matena Israel i jej brat – łącznie siedmioro osób. Widać różnicę pomiędzy białymi jak mleko aszkenazyjskimi Żydami a Żydami miejscowymi, sefardyjskimi, którym bliżej do koloru masala czaj. Nawet nie rozumiejące niczego ucho wyłowi jak walczą z językiem hebrajskim, potykając się o słowa, jak nagle urywają się pieśni, i odbite od wysokiego sklepienia przechwycone zostają przez głosy przybyszy.

                Pomimo doniosłości chwili, w synagodze panuje atmosfera jak na placu przed świątynią; zebrani kręcą się, rozmawiają półgłosem, poruszeni wydarzeniem na tyle, że chcą mówić, wspominać. Czterdziestoletnia Metana szepcze – Zobacz, tylko my, indyjskie Żydówki nakrywamy głowy wchodząc do synagogi – europejskie Żydówki tego nie robią. – Wzdycha i dodaje – nie obchodzimy już żadnych świąt, na Nowy Rok, Rosz Haszana, byłam tu sama, i sama na Yom Kippur. To się już nie zmieni. Czasem żałuję, że tu mieszkam, że nie udało mi się wyemigrować. Pojechałam w 1997 do Izraela, ale nie wzięto mnie za swoją, bo mój ojciec był chrześcijaninem. A zresztą, patrzyli tam na mnie z góry, bo nie mówię po hebrajsku, z modlitw znam tylko Shema Jisrael, jem koszernie, ale po indyjsku, owszem, dochowuję szabasu, ale niewiele więcej – przez całe moje życie nie było tu ani jednego rabbiego … Więc uznano, że kiepska ze mnie Żydówka. Zresztą niejeden kalkucki Żyd pierwszy raz doświadczył dyskryminacji właśnie w Izraelu, w rzekomo własnym państwie – mówi z wyraźnym żalem. Po chwili Metana odchodzi na bok, czekając na wyniesienie Tory, i modli się z podniesionymi dłońmi, obróconymi wnętrzem do góry, jakby ze sklepienia spłynąć miał na nią strumień orzeźwiającej wody.

                Na zewnątrz synagogi stoi sukkah, szałas z bambusa i suchych liści palm. Święto Sukkot upamiętnia bowiem wędrówkę dzieci Izraela przez pustynię po wyjściu z egipskiej niewoli, w czasie której mieszkali w tymczasowych szałasach. – W dawnych czasach – wspomina pogodny jak zawsze Elaisha siadając w środku na ławeczce – prawie każda rodzina miała swoją sukkah przy domu, na tarasie lub w ogrodzie. Dla nas, dzieciaków, siedem dni Sukkotu były czasem doskonałej zabawy. Przeprowadzaliśmy się do szałasu na stałe, w nim jedliśmy i spaliśmy, jakbyśmy byli na biwaku. Teraz, by zachować tradycję, przysiada się tu na chwilę, pije herbatę i przegryza parę biszkoptów …

                – Moja mama lubi wspominać szałas Lady Rachel, żony Sir Davida Ezry, który był głową gminy w latach ’30-tych i ’40-tych, prawdziwy ważniak. Lady Rachel miała wszystko najlepsze, więc jej sukkah też była idealna, z dachem uplecionym z palmowych liści na tyle luźno, by krople deszczu mogły przedostać się do wnętrza, i by przez pokrycie można było oglądać gwiazdy … Lady Rachel lubiła wykazywać się dobrymi uczynkami, zwłaszcza mitzwą gościnności, więc w jej szałasie pomieścić się mogło z czterdzieści osób, które poiła i karmiła. Przez jej dom zawsze przewijały się stada ludzi, w tym Żydzi uciekający z Europy przed drugą wojną i Żydzi wciągnięci do brytyjskiej armii, którzy stacjonowali w Kalkucie. Nie mówiąc o różnych znakomitościach, jak ciotka Indiry Ghandi …

                Elaisha, pomimo radosnej okazji, wzdycha. Jego zwykła wesołość ustępuje na chwilę miejsca smutnej refleksji – Gdyby to ode mnie zależało, sprzedałbym obydwie synagogi, Magen i Bethel. Już 20 lat temu były takie głosy by sprzedać Navem Shalom nim ją do końca zrujnują i zbezczeszczą. Dziś przecież to magazyn i publiczna toaleta. Ale jak mówi przysłowie, gdzie Żydów dwóch, potrzeba trzech synagog, bo między nami nigdy nie ma jednomyślności. – Przerywa na chwilę. – Lepiej byłoby sprzedać ziemię, przewieźć to, co cenne do Jeruzalem i tam zbudować synagogę kalkuckich Żydów. Bo synagoga, w której już nikt się nie modli jest po prostu martwa.