Kaszmir – Dolina, której boi się świat

[Reportaż ukazał się w książce ‚Poza utartym szlakiem’, wydawnictwo Mercator, 2013]

Owinięci kolczastym drutem

            Indyjski rozgardiasz został daleko za mną. Ze snu nie wyrywa mnie już szaleńcze trąbienie kierowców motorikszy ani odgłosy dławiących się generatorów. Budzi mnie miłe dla ucha, kojące nawoływanie muezina z meczetu o parę kroków od domu mojego przyjaciela, Bashira. Wyglądam przez okno. Wąskie, kręte uliczki starego Śrinagaru, letniej stolicy Kaszmiru, zamiatane są skrzętnie co rano. Nad miastem krążą stada orłów o skrzydłach rozłożystych jak latawce. W głębi uliczki zauważam porzucony mandir, świątynię hinduistyczną. Zatem naprawdę jestem w Kaszmirze, który kojarzy mi się jedynie z ciągiem wojen trwających niemal nieprzerwanie od 1947, od czasu wyodrębnienia Indii i Pakistanu. To wtedy rozłupano Pendżab na pół, wtedy Indie spłynęły rzeką krwi szeroką jak Ganges, a Bapu Gandhi płakał, wątpiąc w sensowność zasad ahinsy i we własny naród …

    Spór o Kaszmir trwa nadal i trafił do Księgi Guinnessa jako najdłużej trwający konflikt we współczesnym świecie. W mojej głowie kłębią się suche fakty: Kaszmir podzielony pomiędzy Indie (rejon Dżammu i Doliny Kaszmirskiej), Pakistan (obszar zwany Azad Kaszmir) i  Chiny (Aksai Kaszmir) jako terytorium sporne egzystuje w zawieszeniu, niczym kraina wzięta w nawias. Epicentrum konfliktu stanowi tymczasowa granica indyjsko-pakistańska, której legalizacji nie życzą sobie ani ugrupowania separatystyczne, ani pro-pakistańskie. Jedni chcą oderwać zaanektowane części  i stworzyć wolny kraj, kaszmirski, a nie muzułmański. Inni optują za przyłączeniem się do Pakistanu. Jeszcze inni, zmęczeni pasmem walk, godzą się na podział i na pozostanie przy Indiach.

       Mój przyjaciel Bashir reprezentuje większość Kaszmirczyków pragnących tylko jednego: pokoju. Gdy pytam, po której stronie konfliktu opowiedział się w 1989, w czasie powstania mudżahedinów, patrzy na mnie zdziwiony.

     – Ja? Moja rodzina? Ukrywaliśmy się, nic więcej. Przed bojownikami i przed żołnierzami armii indyjskiej. Nasi sąsiedzi, Hindusi, uciekli natychmiast. Stracili wszystko, ale mogli uciec do siebie, w głąb Indii. My nie mieliśmy takiego wyboru. – Dodaje.

      – Jak to? Nie walczyłeś o wolny Kaszmir? Nie czujesz się Kaszmirczykiem? – Pytam.

             – Oczywiście, że tak, tyle że rozsądnym – odpowiada zdziwiony naiwnością mojego pytania. – Wojska było tyle, że nie mieliśmy żadnych szans. Tak jak dzisiaj. – Po chwili dodaje gwoli wyjaśnienia – Zresztą do Islamabadu jest wielu ludziom nie po drodze.

     W samej Dolinie Kaszmirskiej stacjonuje około pół miliona indyjskiej armii i choć od 2009 obserwuje się powolny proces wycofywania wojsk, na dziesięciu mieszkańców Doliny przypada jeden żołnierz. Wojna ucichła, dogorywa, a poszatkowany Kaszmir drzemie przerywanym snem. Na każdym wzniesieniu, pod każdą górą, w każdej wsi i na każdej uliczce widać patrole wojskowe i zasieki. Ta dolina mlekiem i miodem płynąca dziś owinięta jest drutem kolczastym. Między jednym imponującym ogrodem mogolskim, Nishat Bagh, a drugim, Shalimar Bagh, stacjonuje jednostka. Gdy kupuję Pepsi w sklepiku na pustej ulicy, żołnierz przechodzi na tę samą stronę. Rozgląda się odruchowo, a potem śmieje z własnej nerwowej nadgorliwości. W pobliżu ani śladu zagrożenia, a życie nad jeziorem Dal wydaje się toczyć leniwie i słonecznie. Doniesienia gazet o porwaniach, wybuchach bomb i przygranicznych starciach zaskakują. To wszystko rozgrywa się gdzieś w nierealnym oddaleniu, za paroma wzgórzami, na ulicach po których nie chodzę. Tylko ta wszechobecność wojska kłuje w oczy i pozostawia w duszy niepokój.

Życie w rytmie fal

           Śrinagar to niezwykłe miasto, które wyrosło na brzegach wokół jeziora Dal, zamykając w swoim uścisku jego dopływy, kanały i mokradła. Wschód słońca maluje na różowo poranne mgły spowijające setki przycupniętych obok siebie łodzi mieszkalnych. Anglicy zauroczeni jeziorami, w których odbijały się himalajskie szczyty, chronili się tutaj, w Dolinie Kaszmirskiej, przed skwarem Bombaju, Kalkuty czy Madrasu. Jako że obowiązywał ich zakaz nabywania ziemi na tych terenach, obeszli go sprytnie – budując piękne, komfortowe domy na wodzie. Część z niemal trzech i pół tysiąca łodzi mieszkalnych przycumowanych do brzegu jeziora wciąż pamięta kolonialne czasy.

      Choć te najstarsze łodzie z zewnątrz prezentują się skromniej, bogato rzeźbione ganki, stare mosiężne kinkiety, atłasowe poduszki i ciężkie, haftowane w kwiaty zasłony, jak też sam rozkład wnętrza sprzyja przeniesieniu się w stare czasy. Na ganku zapewne piło się herbatę i podejmowało gości zaproszonych na tzw. „sundowns”, podziwianie zachodów słońca. Z ganku prowadzi wejście do saloniku, gdzie czytano „The Times of India” i snuto plany na dzień następny. Obok, w małej jadalni, podawać musiano jagnięcinę i perliczki, a korytarz prowadził dalej do jednej z kilku sypialni. Pasowałaby tu idealnie staromodna i cudowna Miss Marple. O tu, na tym fotelu, mogłaby robić na drutach, na stoliczku obok stałaby jej filiżanka i z pewnością zauważyłaby fakt, że koronkowe serwetki są świeżo uprane i wykrochmalone. Podobałby się jej sekretarzyk w sypialni, jak też komoda w której przechowuje się wypolerowane sztućce i miękkie dywany pod nogami, wytłumiające skrzypienie starych desek.

       Ali Mohammed jest właścicielem łodzi, na której mieszkam. Obok stoi łódź brata, z tyłu dwie dungi, mniejsze łodzie mieszkalne, dla rodziny i obcokrajowców, którzy często dysponują skromniejszym budżetem niż Hindusi. Ali jest czwartym pokoleniem rodziny, której życie wypełniało usługiwanie innym. Jego dziadek Sadiqa i pradziadek Shabaam kłaniali się w pas brytyjskim oficerom i ich rodzinom, prowadzili na polowania, ze wszech sił próbując zadowolić wymagających panów. Po uzyskaniu niepodległości, dziadek odkupił za parę groszy łódź, która stała się ich jedynym źródłem dochodu. Przekazał ją potem ojcu Alego, Ramzanowi, a ten z kolei swojemu najstarszemu synowi. Ali nie chce stąd wyjeżdżać. Kocha ten Amsterdam Orientu, Wenecję Azji bez względu na wszystko. Wierzy w to, że turyści będą powoli wracać, więc zawzięcie poleruje stare meble i sadzi kwiatki na ganku.

 Ślad brytyjskiej ręki

              – To nie jest anegdota – opowiada mi inny Kaszmirczyk. – Mój dziadek był kucharzem na łodzi majora z 14 Pułku Pendżabskiego, który przyjeżdżał tu często z rodziną i innymi oficerami. Któregoś dnia major zażyczył sobie kurczaka z rusztu. Dziadek, choć nieźle gotował, o drobiu nie miał pojęcia. Pół dnia spędził w kuchni, starał się jak mógł, lecz zanim podał kolację, ukręcił upieczone udko by sprawdzić czy na pewno nadaje się do zjedzenia. Było smaczne, więc podał kurczaka zasłaniając groszkiem wybrakowanego kurczaka. Major natychmiast wezwał go do jadalni domagając się wyjaśnienia gdzie podziało się drugie udko. Mój dziadek nie mógł się przyznać, że jego ręka z pańskiego stołu kradła. „W Kaszmirze wszystkie kurczaki mają po jednej nodze!” – Tłumaczył się. Z duszą na ramieniu zszedł na brzeg by pokazać oficerom miejscowe kurczaki. I miał szczęście, jeden, zziębnięty, stał akurat z podkurczoną nogą!

       Wieczorem przeglądam rodzinne archiwum listów z czasów kolonialnych. W październiku 1941, przełożony miejscowej przychodni, Christian Dispensary, o ojcu Alego napisał tak: „Ramzana jako służący sprawuje się zadowalająco i nie sprawia żadnych kłopotów. Zaiście godny polecenia.” Z kolei o dziadku Alego, list z listopada 1926: „Dobrze pływa łodzią. Towarzyszył nam na polowaniach i wykazywał zainteresowanie zwyczajami kaczek. Inteligentny.” Młodszemu bratu Ramzany, w czerwcu 1940, pracownicy Lucknow Christian College wystawili takie referencje: „Elia jest rozgarniętym, pracowitym chłopcem; zapowiada się na świetnego służącego.” Elia nie miał szans się wykazać, zmarł jako dwunastolatek na zapalenie płuc. I jeszcze raz o Ramzanie, we wrześniu 1940 roku, Soldier’s and Airmen’s Christian Association: „Podaje posiłki na czas, co w Indiach jest bardzo cenione”.

             Minęło sto lat a właściciele łodzi i ich rodziny nadal obsługują przybyszów. Widać, że z zadawalania gości czerpią dumę. Tyle tylko, że młodsze pokolenie nie kłania się już tak nisko. Krępuje ich wyuczona uniżoność ojców. Jednak nic innego nie potrafią robić. Większość z nich to analfabeci, choć analfabeci mówiący płynnie w kilku obcych językach!

          Jak syn Alego, Bablu, lat dwadzieścia jeden, który nosi się w czarnej skórzanej pilotówce, niczym di Caprio z „Awiatora”. Włosy stawia na żel, żuje niedbale gumę, nuci przeboje Madonny i nie może doczekać się końca lata, bo tyle dzieli go od powrotu na Goa, gdzie pracuje w restauracji. Za wszelką cenę chce być inny, biały. Gdy nie bryluje, nie opowiada amerykańskich dowcipów, jest smutny. Tylko na goańskich plażach i dyskotekach żyje naprawdę, tutaj czuje się jak marionetka sterowana przez rodzinę. Udaje kogoś kim nie jest, a przede wszystkim nie chce być. Myślę też, że wstydzi się ojca i wujka, ich nawyku występowania z pozycji niższego, ich służalczej mentalności. Wstydzi się też tego, że nie potrafi czytać ani pisać. Kryje się z tym doskonale i dopiero po trzech tygodniach prosi mnie o pomoc przy napisaniu wiadomości na nowiutkiej Nokii, którą traktuje jak relikwię. Dzwoniących rozpoznaje po dzwonku lub pierwszej literze imienia. Wstydzi się też, że muszę dopraszać się jego ojca, Alego, o papier toaletowy. Bablu rozgląda się wokół jak ktoś zaszczuty. Czy znajdzie kogoś, kto pozwoli mu wyrwać się stąd na dobre? Czy będzie to może ta blond włosa dziewczyna? Choć pewnie tam, na Zachodzie, też nie będzie u siebie …

Pomiędzy nimi przepaść                  

            Kaszmirczyk Latif vel Lucky, lat 28, brany jest za Hiszpana albo Izraelczyka. Wysoki, przystojny, pewny siebie. Wyróżnia się ubiorem i stylem bycia na tle innych mieszkańców Kaszmiru. Na brytyjską wyspę Guernsey wywiozła zalęknionego siedemnastolatka przyszła żona, Brytyjka. Tyle, że wówczas nikt nie wiedział, ile właściwie ma lat. Tym razem przyjechał do Śrinagaru by naprawić groteskową pomyłkę w dokumentach. „To przecież niemożliwe – mówili pracodawcy zaglądając w jego paszport – nie wyglądasz na 27-latka.” I tak dziwne, że do dziś nie miał problemów z przekraczaniem granicy!

        W indyjskim paszporcie wiek wpisano mu „na oko”. Dopiero teraz odnalazł w archiwum szpitala świstek z datą urodzenia. Dodano mu całe 10 lat, nic dziwnego zatem, że jego wiek budził podejrzenia u kolejnych pracodawców, ale nie mogę uwierzyć, że on sam nie wiedział dokładnie ile ma lat.

        – Jak to możliwe?! – pytam.

        – Spytaj mojego brata ile lat ma jego córka – Lucky odpowiada ze śmiechem. – Pięć – mówi Haniff.

          Ale czemu jest taka malutka? Jest chora? – dopytuję.

         – Skądże znowu – pojawia się mama i sprostowuje – ma trzy z hakiem. Zresztą nie wiem dokładnie.

                   Czyżby miesiące i lata umykały im tak po prostu? Czy mają tyle dzieci, że przestają się one liczyć? Albo może ważny jest tylko moment, kiedy dorosną i przyniosą rodzinie pożytek? Jestem tu za krótko by odpowiedzieć na takie pytania.

         Lucky jest w innej sytuacji niż reszta jego rówieśników. Może zapraszać swoich gości na łódź. Może podjąć ich królewską kolacją, a podany kurczak z rusztu ma, jak należy, dwie nogi. Może też zamknąć się w pokoju i w niczym nie uczestniczyć. Postawić namiot na nagrzanym dachu łodzi. Ba, może nawet bywać arogancki, odmówić turystom pytającym o nocleg. Wolno mu palić w obecności ojca. Kupić whisky i nie chować butelki pod stołem. Może pojechać na tydzień do Riszikeszu, bo takie jego widzimisię. Wolno mu zwrócić uwagę ojcu, by częściej zamiatał pomosty i kupił serwetki dla gości z Zachodu. Wolno mu dbać o łódź, gdy ma ochotę i czytać, gdy nie ma ochoty pracować.

          – Czy jesteś dumny ze swojego syna? – zwracam się do starszego już ojca przycupniętego przy hookah, wodnej fajce.

            – Oczywiście – posyła mi bezzębny uśmiech.

            – A dlaczego? – dopytuję.

       Staruszek nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Dosiada się Lucky. Mówi, że to nie tak. Że nie są dumni. Że jest dla nich obcy, spoza. Nie mogą go zrozumieć. Gdyby był dobrym synem, nie kupowałby Marlboro. Każdą rupię oddawałby ojcu. Nie mówiłby: bądź dobry dla mamy. Zaparz jej herbatę. Nie odpowiadałby: Daj mi spokój, słucham muzyki.

       – Czasem krzyczę: Jestem taki sam!, uderzam się w pierś, taki sam! Tu, w środku, jestem Kaszmirczykiem! Nikt nie może mnie sądzić po tym, że noszę kitkę i koszulkę Levisa. Jestem nadal muzułmaninem. Wierzę. Mam swojego babę, nauczyciela sufizmu, ale nie biegam co chwilę do meczetu. Nie rozkładam dywanika pięć razy dziennie. Wiesz, dlaczego dali mi spokój? Nie aranżują drugiego małżeństwa tu, na miejscu? Bo kupiłem sobie tę wolność. Tak jak tę łódź. Co dwa miesiące przysyłam im pieniądze, płacę za pokój, gdy tu mieszkam, opłacam wszystkie rachunki, nawet gdy gości tu pełno … Kupuję swoją wolność …  – mówi Lucky, a żal więzi jego głos.

        – Zobacz, to Szarif, poznałaś go już wcześniej. To mój siostrzeniec. Wziąłem go do nas jak przyjechałem na swój pierwszy urlop. Nie mogłem znieść tego, co robił z nim wujek. Nie radził sobie z nim, bo Szarif brał heroinę, więc go bił regularnie, codziennie. W tym roku zabiorę go do Anglii. – Mówi zdecydowanie i dodaje po chwili – Wiesz, dla nich już nie jestem ich synem. Odkąd zarabiam na chleb, mój ojciec ustąpił mi miejsca. Próbuję zmienić ten układ, by między nami nie chodziło o władzę, o to, kto kogo ma słuchać. Tłumaczę, opowiadam, kupiłem im w prezencie podróż do Mekki, potem wycieczkę na Goa i do Kerali, niechby zobaczyli inny świat. Że ludzie żyją inaczej. Myślą inaczej. Ale nie, nie chcieli. Ich świat ma zostać hermetyczny, nienaruszony. I zrozum, oni nie mogą się mną pochwalić. Sąsiedzi zaraz powiedzą: „On zdradził wszystko, co nasze. Spójrzcie tylko jak wygląda. Z kim rozmawia.” Jedyny ich powód do dumy to moje pieniądze.

         – Na Guernsey zacząłem od pracy w fabryce. W czasie lunchu w kantynie pierwszy biegłem po „Times’a”. Tak się bałem, że ktoś odkryje, że nie umiem czytać. Dopiero po czterech latach zebrałem się na odwagę i zacząłem brać prywatne lekcje. Ze łzami w oczach, uwierz mi. Wystraszyłem się, że moja córka zaraz pójdzie do przedszkola i odkryje, że nie umiem pisać ani czytać. Nie chcę tego samego dla Szarifa, jest zdolnym chłopcem, nie pozwolę mu tu zostać …

       Nocą, pod rozgwieżdżonym niebem Śringaru Lucky wspomina. Gdy miał dziewięć lat, przehandlował kurtkę zimową na termos na lody. O wschodzie słońca wyruszał po pierwszą partię towaru, a potem pędził, by nie dać lodom się rozpuścić. Wskakiwał do autobusu i wyskakiwał zanim podszedł konduktor. Przesiadał się do następnego. Cały dzień sprzedawał lody tam, gdzie inni nie docierali. Potem ludzi nie stać już było na takie rarytasy, przerzucił się więc na zapałki. Roznosił je po krętych uliczkach, gdzie mało było sklepów, i po autobusach. Jak się wzbogacił, do zapałek dorzucił papierosy. Potem zaczął kopać rowy. Jeszcze będąc w Anglii na palcach miał zgrubienia.

Długi cień wojny

       Od roku ’89-ego, kiedy wybuchło powstanie mudżahedinów, kaszmirskich rebeliantów, podzielonych na szereg ugrupowań domagających się albo pełnej niepodległości, albo połączenia z Pakistanem, każdy już tylko walczył o przetrwanie.

       – Nasza łódź stała pusta przez osiem lat, wyobrażasz sobie? – Wspomina dalej Lucky. – Nie mieliśmy żadnego źródła dochodu … Moi koledzy w desperacji zabierali się za różne rzeczy, wiesz, granica z Pakistanem jest blisko. Jak się uspokajało, przerzucali co kazano, narkotyki, broń, haszysz. Nie wszyscy przeżyli, więc miałem szczęście, że taki sposób na przetrwanie nigdy mnie nie kusił. W tamtych latach matki modliły się o nasz powrót od momentu, gdy przekraczaliśmy próg domu. Z jednej strony żołnierze indyjskiej armii, z drugiej rebelianci. Najpierw ci z Frontu Wyzwolenia Dżammu i Kaszmiru, potem dołączyli inni, propakistańscy mudżahedini, ugrupowania separatystyczne albo tacy, którzy po prostu przybyli tu łupić. Najgorsze były oddziały Gurkhów, szwadrony śmierci, działające pod hasłem „złap i zabij”. Wychodząc, modliłem się by ich nie spotkać. Im wystarczył byle pretekst. Każdy kaszmirski muzułmanin był wrogiem albo gwałcicielem hinduskich dziewic. Wielu chłopców do dziś uznaje się za zaginionych. – Lucky przerywa by zapalić papierosa i po chwili ciągnie dalej:

       – My też nie byliśmy niewiniątkami. Stare zawiści załatwiano jednym donosem. Każdego podejrzewano o to, że jest informatorem albo że ma brata we Froncie Wyzwolenia. Łatwo było szepnąć indyjskim żołnierzom jedno słowo … Pamiętam jak którejś nocy wpadł do nas oddział indyjskiej armii. Zajmowali wszystkie łodzie po kolei. Musieliśmy ich nakarmić resztką racji żywnościowych, a potem jak najszybciej się gdzieś zaszyć. Po kolacji bowiem mieli ochotę na inne przyjemności, a moja mama i ciotki były niczego sobie. Im się udało, innym nie. A muzułmanka, która okryła hańbą rodzinę, na ogół nie chce żyć … Żołnierze o poranku zniknęli, wtedy my znów modliliśmy się o łaskawość Allacha. Żeby nie pojawili się rebelianci i nie spalili nas żywcem za współpracę z armią … Czy myślisz, że oni nie pamiętają? – zatoczył ręką koło po jeziorze Dal.

Łagodność w dolinie lęku

       Wszyscy pamiętają. Nie dano im zapomnieć, konflikt przecież wciąż trwa. I stąd Kaszmirczycy są tacy pazerni, żądni pieniędzy, zainteresowania, rozmowy. W jakiś sposób nienasyceni, złaknieni stabilności, bezpieczeństwa i normalności. Tyle że „normalności” nie pamiętają i zachowują się wciąż jak ofiary wojny – wypatrując wroga i gromadząc zapasy. Tym bardziej, że media podsycają konflikt – w Indiach, gdzie zdecydowaną większość stanowią hinduiści, karmią antymuzułmańską fobię, tutaj zaś, w Dolinie Kaszmirskiej – antyhinduską, traktując konflikt jako sprawę dwustronną, indyjsko-pakistańską. Istnieje jednak strona trzecia, i to ta najbardziej zainteresowana, mianowicie Kaszmirczycy o silnym poczuciu odrębności etnicznej, których sam fakt bycia wyznawcami islamu nie skłania automatycznie do popierania pro-pakistańskich ugrupowań.

       W kwietniu tego roku w Śrinagarze zginął od eksplozji bomby Moulvi Shah, głowa umiarkowanego ugrupowania religijnego Jamiat-e-Ahle Hadith opowiadającego się za niepodległym Kaszmirem.

         Jak co piątek, po dokonaniu zwyczajowych ablucji, przestępował próg meczetu, gdy zdetonowano ładunek wybuchowy przytroczony do opartego o mur roweru. Ładunek przeznaczony był dla niego, gdyż Moulvi Shah, autorytet wśród wahabitów i osoba o wyważonych poglądach, próbował zbudować pomost pomiędzy licznymi separatystycznymi ugrupowaniami. Jego przewinienie kryło się właśnie w tym umiarkowaniu, prowadził bowiem rozmowy z indyjskim gubernatorem stanu na temat założenia Uczelni Islamskiej. Potępiał też wszelkie akty przemocy, nawet tak niewinne jak obrzucanie kamieniami indyjskich żołnierzy. Dopuścił się zatem zdrady i zginął z ręki radykałów. Kolejny głos rozsądku uciszony eksplozją bomby. I kolejny powód, by zwaśnione strony sporu jeszcze bardziej zwaśnić.

        W Kaszmirze spotkałam ludzi modlących się o dni, gdy wrócą turyści, gdy będzie z czego żyć i nie będzie ulic, po których lepiej się nie kręcić. Za wojny, na ogół nie swoje, już niejeden raz zapłacili. Żyją w innym wymiarze czasu, jakby czekali na werdykt. Spotkałam ludzi wiernych tradycji sunnickiej i takich, którzy uciekli by poznać smak wolności. Którzy smakują ją różnie i nigdzie już nie pasują. Takich, którzy z posługaczy przeobrazili się w panów posiadaczy i takich, którzy gardzą tymi, których obsługują. Ludzi traktujących mnie tak, jak sami byli traktowani i takich, których niewinność i ufność jest dla mnie lekcją. Doświadczyłam niezwykłego ciepła od mieszkańców Doliny, której boi się świat.