Kerala – gdzie bogowie zstępują na Ziemię

[Reportaż ukazał się w ‚Kontynentach’, 03/2013.]

Podążając za donośnym, dynamicznym biciem bębnów docieram do małej wioski pod Payannur, w indyjskim stanie Kerala, gdzie wokół placu zebrał się tłum. Przed chatką z palmowych liści panuje poruszenie, trudno zajrzeć do środka. Obok stoi inna skromna konstrukcja, niezadaszony czworobok z cegieł, a w nim na drewnianych pniakach spoczywa gliniana maska, jakby przypadkowo tu porzucona. Za nią, oparte o klepisko, błyszczą się w słońcu dwa miecze. Dwaj bramini, o śniadych torsach przepasanych  białą nicią, wchodzą do kapliczki, kłaniają się przed wizerunkiem i recytując święte wersy składają ofiarę – kokos, banany, kadzidło i kwiaty jaśminu. Placyk staje się uświęconą przestrzenią, gdzie za moment rozegra się rytuał o pogańskich korzeniach, sięgający przed-hinduistycznych czasów. Rytuał płatający figle najśmielszej nawet wyobraźni.

Rytm bębnów przyspiesza, a tłum wstrzymuje oddech. Z chatki wyłania się człowiek, czy to aktor czy tancerz? Jest cały w kolorze ognia i krwi, wojny i namiętności – czerwony od stóp do głów. Jego dłonie zwieńczają metalowe szpony, a od pasa w dół powiewają postrzępione liście palmy kokosowej, przez co zdaje się wyrastać wprost z podziemnych światów. W twarzy pokrytej misternym malunkiem, w otchłani czerni błyszczą się białka oczu, w które strach jest spojrzeć. Ten człowiek – nie człowiek wydaje się być przytomny i nieprzytomny, jednocześnie z tego i nie z tego świata … Stojąca obok dziewczyna uspokaja mnie – „To Vishnumoorthi, forma boga Wisznu – mówi – albo po prostu Theyyam, bóstwo opiekuńcze naszej wioski.” Bóstwo tanecznym krokiem okrąża plac zatrzymując się przed czworobokiem, niepozornym ‘świętym świętych’, i wciąż w rytmicznym ruchu, rozpoczyna melorecytację. Po dłuższej chwili ustaje ruch ciężkich bransolet na stopach, bóstwo przysiada, a pomocnicy zakładają na jego głowę koronę z diademem pełnym miniaturowych kobr. Następuje moment najważniejszy: przemiany, kiedy to aktor przestaje być sobą, a staje się bóstwem. Rytuał postępuje zgodnie z odwiecznym planem i tempem, bóstwo to przyspiesza, naprzemiennie wykonując transowe, niekontrolowane zdawałoby się ruchy, to zwalniając. Balansuje na krawędzi studni, łapie w powietrzu miecz, wykrzykuje coś do ludzi, rzuca w nich patykami, które ci próbują złapać, jak też kilkakrotnie skacze w płonący stos. Pod koniec rytualnego spektaklu uspokaja się, przechodzi wolnym krokiem wśród zebranych, sypiąc garście ryżu i rozdając kurkumę na znak błogosławieństwa. Światła pochodni, które jedynie częściowo rozpraszają ciemność, przydają ognistości kostiumom kolejnych bóstw, z których każde podobnie budzi i grozę, i fascynację. Z pewnością to misterium zrodzone jest z obcowania z pierwotnymi ludzkimi lękami: lękiem przed bogami, siłami natury i tym, co nieznane. Tylko co robią tutaj ci ludzie, nauczyciel z wiejskiej szkoły, oficer policji, właściciel biura podróży? Przecież to hinduiści, dlaczego więc nocą oddają się jakiemuś prymitywnemu, plemiennemu kultowi?

Mityczni przodkowie, szalone bóstwa

Północne Malabary były w przeszłości zamieszkałe przez ludy drawidyjskie, biedne plemienne społeczności, które oswajały nieprzyjazny świat oddając hołd duchom, mitycznym przodkom, bogini matce, duchom lasów i wiosek, drzewom i zwierzętom. Nie wznosili oni świątyń, a jedynie skromne ‘kapliczki’ w świętych gajach i przesiekach, gdzie obecność bóstw zwanych Theyyam zaznaczana była symbolicznie, przez umieszczenie miecza, maski, kamienia czy drewnianego pnia. Gdy Ariowie z północnej części subkontynentu, wyznający hinduizm i reprezentujący ‘kulturę wyższą’, zaczęli osiedlać się na południu Indii, przynieśli z sobą system kastowy, który sprawił, że rdzenne plemiona, gospodarze tych ziem, znalazły się na dole drabiny społecznej. Uznani za niedotykalnych, nie mieli wstępu do świątyń wyższych kast. Jednak ich bogowie budzili w braminach nie tylko odrazę, ale i irracjonalny lęk: w obawie przed gniewem tych nieczystych, niskich duchów przyzwolili na kontynuację kultu, a nawet sami zaczęli w nim uczestniczyć. Z czasem niezwykle pojemny panteon drawidyjskich bóstw wchłonął w swój nurt hinduistyczną mitologię, stąd też dzisiaj pełen jest odniesień do hinduistycznych bogów: Śiwy, Śakti i Wisznu. Przede wszystkim jednak rytuał ten – zwany theyattam, tańcem bogów, a w skrócie theyyam, tak samo jakmanifestujące się podczas rytuału bóstwo – jest kontynuacją kultu duchów i przodków, praktykowanego w północnej części Kerali w sposób nieprzerwany od dwóch tysięcy lat.

Frapującym aspektem kultu jest fakt, że do rangi bóstw wyniósł nie tylko herosów i supermanów, ale i zwykłych śmiertelników: ludzi, którym stała się krzywda, kobiety, które wiele w życiu wycierpiały. Jak to możliwe, że zwykli ludzie stali się bóstwami? Keralczycy twierdzą, że duch owych kobiet i mężczyzn, zwłaszcza tych, którzy zmarli gwałtowną i niesprawiedliwą śmiercią, powracał do wiosek i dawał znaki poprzez szereg niezwykłych wydarzeń. Aby upewnić się czy życzeniem tych duchów jest pojawić się w postaci bóstwa Theyyamu konsultowano się z astrologami. Jeśli tak było, szczegóły, czyli kostium i obrządek, objawiane były w snach i wizjach. Tajniki rytuału przekazywano ustnie z pokolenia na pokolenie, w linii wspólnoty czy rodziny, w której bóstwo się objawiło. Ojciec uczył synów, a synowie swoich synów, wszystkich elementów rytuału: tańca, tekstów pieśni, sztuki walki, gry na instrumentach muzycznych, wykonania kostiumu i makijażu. Przede wszystkim jednak ojciec – artysta theyyamu – wtajemniczał swoich synów w sprawy dużo subtelniejsze: ich zadaniem bowiem było poznać charakter bóstwa i umożliwić mu manifestację w formie identycznej z wizją sprzed wieków.

Swoisty teatr opresji

Rytuał ten zagrał braminom – najeźdźcom na nosie w sposób podwójny: nie tylko wyniósł zwykłych ludzi do roli bóstw, ale również rezerwował rolę artysty theyyamu dla członków najniższych kast, takich jak Velan czy Vaniya. Dzięki temu obrządek ten wywracał degradujący porządek społeczny do góry nogami, bo nagle wysoko urodzeni, pełni pogardy dla niedotykalnych, zginali kark przed bóstwem inkarnowanym w nieczystych ciałach. Stanowiło i stanowi to dalej o jego magii – magia i mit piszą bowiem inne wersje rzeczywistości, w tym przypadku bardzo dosłownie. Ponadto, dochodził do tego jeszcze jeden element – bóstwa lubią się komunikować z uczestnikami rytuału i bywają w tym nieprzewidywalne: rzucą czymś w kogoś, wyśmieją, zadrwią, odpytają z dobrych uczynków czy udzielą niemile widzianej rady. Kiedyś też rozsądzały spory, stawały w obronie słabszych, a ich głos – jako głos boga – były niepodważalny. A zatem czas trwania rytuału był jedyną sytuacją, kiedy bramini znajdowali się na równi z innymi kastami i choć na chwilę poznawali smak bezbronności, towarzyszący innym na stałe.

Jak jest dzisiaj? W imię czego wysoko urodzone, wykształcone rodziny z takich miast jak Kannur wyprawiają się na wieś, by uczestniczyć w rytuale theyyamu? Kontynuują lokalne tradycje? Traktują je jako lekcję dla dzieci?

Towarzyszę jednej z takich rodzin w dużym, dorocznym festiwalu theyyamu. Przedstawiane tu trzy formy bóstw robią ogromne wrażenie, szczególnie wspaniała Muchilot Bhagavathi, jak kosmita z czerwonej terakoty, ze srebrnymi kłami zajmującymi pół twarzy i okrągłą konstrukcją na głowie, wysoką na dwa metry, w której zagnieździło się stado metalowych węży. Jej oczy przysłonięte są srebrnymi nakładkami, bowiem pod wpływem jej spojrzenia świat mógłby obrócić się w popiół. Bhagavathi ledwo się porusza, ale groźnie łypie okiem, gdy na jej cześć setki kokosów rozbijane są na ofiarnym kamieniu. Odpryski fruwają wokoło, woda kokosowa spada na stojących wokół jak wonny, rzęsisty deszcz, a odłupane kawałki zbierane są przez wiernych. To prasad, pokarm przynoszący błogosławieństwo, który zabiorą z sobą do domów. Trochę to wszystko dzikie, nieposkromione, a na pewno bardzo dalekie od tego, do czego nawykłe są bramińskie rodziny. Zerkam więc na nich i oczom nie wierzę: stoją w długiej kolejce do bóstwa, a gdy nadchodzi ich pora, kłaniają się nisko i szepcząc swoje prośby wciskają pomocnikowi bogini zwinięty banknot do ręki. Wiem, że gdyby spotkali się z odtwórcą dzisiejszego rytuału jutro czy pojutrze, nie podaliby mu ręki. Ani nie wpuścili za próg swojego domu.

Jak mówi ekspert od ‘tańca bogów’,Sanjai Velayudhan, wysoko urodzonych, wykształconych ludzi, jak i samych artystów, którzy występowanie w rytuale traktują jako zawód i którym brakuje wiary przodków, łączy jedno: pozostał im respekt i strach przed bóstwem. Nigdy nie wiadomo czy bóstwo się nie pogniewa, nie pokarze, nie zepsuje czyichś planów. W końcu Muchilot Bhagavati była zwykłą dziewczynką, przepędzoną przez braminów, którzy wystraszyli się jej wiedzy, a strawiona przez ogień, objawiła się później jako bogini jednej z niskich kast. Nigdy więc nic nie wiadomo.

Groźni i gniewni

I choć dla niewierzących, jak i dla przypadkowego widza theyyam zdawać się może szalonym, kostiumowym przedstawieniem, jest to rytuał w czasie którego w wybranych osobach inkarnują się bogowie i boginie. Co prawda, inkarnują się w tak fantastycznych i przerażających formach, że za czasów brytyjskiej kolonizacji, misjonarze uznali, że to kult złych duchów, albo i samego diabła, kult prymitywny i odrażający, w czasie którego ‘świątynie’ zamieniane są w rzeźnie. Niektóre formy mogą rzeczywiście budzić dyskomfort: tarzają się po rozżarzonych węglach, wypijają ogromne ilości alkoholu, rozszarpują zębami żywe kurczaki, albo oczekują krwawej ofiary z koguta. Wszystko to jednak czemuś służy i przynależy do języka symboli, który ludziom Zachodu jest po prostu obcy.

Pewnego poranka w pobliskiej wsi odprawiany jest rytuał gniewnej formy bogini matki, Narambil Bhagavathi. Przechodzi przez plac jak zjawa nie z tego świata, z czerwonym tułowiem wyłaniającym się z osłonki przypominającej muszlę, z wydatnymi, nagimi piersiami, które zdają się ciąć powietrze jak noże. Kontrast pomiędzy miękką i twardą linią kształtów uwypukla wrażenie dzikiej, nieposkromionej kobiecości. Na pomarańczowych policzkach bogini wiją się srebrne kły, nad czołem jak zawsze czuwają węże-strażnicy, a ogromna, wydęta jak żagiel korona płynie nad jej głową. Do spódnicy z pociętych liści palmy kokosowej przytroczono zapalone pochodnie, ogień bowiem to symbol gniewnego aspektu bóstwa. Bogini wiruje tak, jakby zaprzęgnela do tańca siły natury, wiatr ujarzmiony w koronie, ogień posłuszny wokół stóp, i ziemię, która wydaje się do niej należeć. W pewnym momencie, gdy słońce jest już wysoko na niebie, zgiełk na placu zamiera, ustaje harmider i robi się zupełnie cicho. Pojawia się młody człowiek z kogutem trzymanym za nogi, pełen respektu podchodzi do Bhagavathi, przyklęka i jednym cięciem noża obcina kogutowi głowę. Krwią namaszczone zostają stopy bogini.

 Wzdrygam się, bo jak mogę się nie wzdrygać? Burzy się we mnie cała wyuczona, zachodnia estetyka, nie mówiąc o odziedziczonym kanonie: to, co dobre, pojawia się przecież w łagodnej formie, ze złotymi loczkami albo białymi skrzydłami. Siedząca obok kobieta musi czuć mój niepokój, bo kładzie mi rękę na ramieniu i mówi: – To tylko symbol, znak. Krew jest po to, by złagodzić gniew bogini na to, że tyle jest w ludziach zła. Ta bogini jest opiekunką kobiet bitych i maltretowanych.

– Ale przecież, – oponuję – to bóstwo nie ma żadnych matczynych cech! Kobieta kręci głową i dalej tłumaczy: – Kojarzysz Kali, hinduistyczną boginię, małżonkę pana Śiwy? Bhagavathi jest tym samym co ona, tylko wygląda trochę inaczej. To jakby te same treści włożyć w różne ciała i różne opowieści. Tak jak Kali jest jednocześnie atrakcyjna i wzbudza wstręt, jest rozgniewana i cierpliwa, daje życie i je odbiera, bo jest ponad normy i wartości, jakimi my opisujemy świat. Jest fundamentalną, nieokiełznaną boską siłą, i właśnie dzięki temu może nam pomagać.

Po drugiej stronie lustra

 O theyyamie mówi się, że jest rytuałem w czasie którego bogowie zstępują na Ziemię i nie jest to jedynie przenośnia. Wierzy się w możliwość całkowitej transformacji człowieka, absolutnej transcendencji tego, co zwyczajne, materialne i widzialne. Zachowanie artysty skaczącego przez płomienie, rozcinającego sobie nożem czoło czy rozbijającego kokos o głowę podczas tańca bogów, nie świadczy o transie czy opanowaniu przez duchy. Przemiana jest dużo głębsza: człowiek udostępnia swoje ciało bóstwu i sam staje się bóstwem. Lakshmanan Peruvannan, znany artysta theyyamu twierdzi, że na czas rytuału on sam przestaje istnieć.

 Na dodatek, bóstwo theyyamu samo wybiera osobę, której ciałem – jak naczyniem – się posłuży. Artysta czuje podobno niezachwianą pewność, że to właśnie on, a nie inny członek kasty, ma stać się bóstwem. Jeden z nich dopowiada, że „może użyczyć swojego ciała duchom różnych bóstw, ale musi być na tyle silny, by pomieścić w sobie ich energię.” Jednak zanim dokona się mistyczna przemiana, odtwórca musi odpowiednio przygotować swoje ciało i umysł – przez 41 dni pości, unika alkoholu, zachowuje celibat i oddaje się praktykom duchowym.

W sam dzień theyyamu, po wielu godzinach spędzonych na malowaniu ciała i twarzy, artysta ubrany jedynie w najprostszy kostium, wśród dźwięków bębnów i piszczałek pojawia się na placu. Recytuje przed ‘świętym świętych’ mit bóstwa, opowiadający także o jego związku z danym miejscem. W przypadku gdy przyzywane są bóstwa gniewne, bóstwa wojny, artysta wykonuje dynamiczny rytualny taniec z elementami kalari paliyattu, keralskiej sztuki walki. Następnie wraca do przebieralni i zakłada właściwy kostium. Przez jego założenie wchodzi głębiej w kontakt z bóstwem i powoli zanurza się w procesie, w którym znika jego ‚ja’, a pojawia się ta nadzwyczajna obecność.

Najważniejszy moment ma miejsce, gdy aktor siada na specjalnym taborecie przed ‘świętym świętych’, a asystenci zakładają na jego głowę mudi, koronę. Aktor bierze do ręki małe lusterko i gdy w nie spogląda, przekracza to, co ziemskie, prześlizguje się na drugą stronę rzeczywistości. Jego źrenice rozszerzają się w obliczu tego, na co patrzy: nie widzi bowiem jedynie swojego odbicia, a ponadludzkie moce, które posiada bóstwo jakim się stał. To moment zlania się w całość, ostatecznej fuzji, zwany  ‘widzeniem twarzy’. Oto śmiertelnik staje się bogiem.

Bóg na wyciągnięcie ręki   

Wieczorem kolejny raz rozlega się niepokojące, wręcz dręczące walenie bębnów. W sąsiedztwie  odbywa się theyyam, ale inny, bo wyjątkowo skromny. Sąsiedzi i znajomi sklepikarze tłoczą się po jednej stronie świątynki, przed którą tańczy Muthappan – bóstwo zwykłego człowieka, do którego ludzie mogą  zwrócić się w potrzebie zawsze, a nie jedynie raz do roku, w czasie festiwalu.

Muthappan, niepozorny, z byle jakim makijażem, koroną przypominającą kwiecistą ikebanę, białym futerkiem przyklejonym wokół ust, przydającym mu małpiego wyglądu i długimi uszkami korony trzepoczącymi jak u elfa, zdecydowanie nie budzi respektu. Na dodatek zachowuje się przedziwnie: na przemian śpiewa i śmieje się zawodząco, gardłowo, po czym przez długie minuty wymachuje łukiem, strzałą i mieczem, a potem w skupieniu coś przesypuje, przekłada, podlewa … To obmywa wodą kamień znajdujący się pod świętym drzewkiem na terenie placu, to je okadza i układa na nim wzór z pociętych liści bananowca, wolne przestrzenie wypełniając płatkami nagietka, jakby był dzieckiem na placu zabaw. Bóstwo wielokrotnie okrąża drzewko, skacząc to na jednej, to na drugiej nodze, wymachując raz mieczem, raz strzałą. Od czasu do czasu sięga do korony i zerwanymi z niej kwiatuszkami obsypuje i drzewko, i wiernych. I choć ludzie składają ręce, gdy sypie na nich ryżem, trudno mi traktować go poważnie.

W którymś momencie Muthappan uspokaja się, zwalnia i przysiada na stołeczku przed świątynią. Ustawiają się do niego dwie kolejki, osobno kobiet i mężczyzn. Patrzę po twarzach ludzi podchodzących do bóstwa i mija mi lekceważąca wesołkowatość: w sposobie w jaki zadają pytania i słuchają  odpowiedzi widać nabożny lęk. Podchodzi do mnie Sawita, nauczycielka gry na tabli, i pełna emocji opowiada:

– To nie jest zwykły Theyyam, to nasze lokalne bóstwo, które prosimy o pojawienie się kiedy tylko jakaś rodzina ma problem. – Po chwili wahania dodaje – Ja sama poprosiłam dziś Mathuppana o poradę w bardzo ważnej sprawie. Spytałam czy powinnam wyjść za mąż za kogoś, kto podoba się moim rodzicom. I wiesz co … – przerywa – jak odpowiadał, czułam się tak, jakby znał moje serce na wskroś, jakby był we mnie, w środku! – Po czym, nieco zawstydzona, tłumaczy:

– To, co przed chwilą widziałaś, to był żyjący bóg, który do nas przyszedł, a słowa, które Muthappan wypowiedział były głosem boga. Ale za chwilę, gdy skończy się rytuał, artysta zdejmie kostium i koronę, będzie znów tylko Maneshem Vaniya, nikim więcej. Będzie jak zwykle żuł paan, a ja będę go omijać na ulicy, żeby nie wylądowała na mnie plama przeżutego betelu – śmieje się Sawita.

By zrozumieć dlaczego Muthappan stał się opiekunem zwykłego człowieka, proszę ją o opowiedzenie jego historii. A było to tak: Żyła sobie kiedyś pewna bezdzietna para i któregoś razu, podczas kąpieli w stawie, kobieta usłyszała płacz niemowlęcia dobiegający z lasu. Zabrała je do domu i pokochała jak własne dziecko. Niestety, gdy chłopiec dorósł, zaczął objadać się mięsem i pić bimber pędzony z owoców palmy, co było wbrew zasadom panującym w rodzinie. Chłopiec nie chciał się poprawić i został wypędzony z domu. Wędrował tak sobie przez lasy i wsie, gdy znów zachciało mu się bimbru. Wspiął się na palmę, ale zauważył go jej właściciel i wycelował w niego strzałę. Chłopiec spojrzał na niego, a ten obrócił się w kamień. Widząc to, jego żona obiecała złożyć chłopcu ofiarę, aby sprawił, by jej mąż odżył. Odtąd chłopiec znany był jako ‚Muthappaaa’.

Niestety, mit niewiele wyjaśnia. Może jedynie fakt, że Muthappan lubuje się w mięsie i alkoholu, zupełnie jak zwykli ludzie…

Nie profanum, lecz sacrum

Łatwo wzruszyć ramionami, prychnąć i uznać, że theyyam to seria akrobatycznych występów z elementami sfingowanego opętania, cyrk dla przesądnych czy nawet kostiumowa cepelia sprzedająca się dobrze turystom. Łatwo zapomnieć o tym, że treść symboli i mitów wyrażanych w theyyamie niewiele się różni od naszych własnych wypartych tęsknot, pragnień czy marzeń. Bo czyż archetyp utraconego raju nie jest w nas żywy, choć zdegradowany do rajskiej plaży z reklamy TUI? Albo czyż nie jest żywa tęsknota za praojcem, na darmo szukanym w kolejnych małżonkach, czy też tęsknota za absolutnym bezpieczeństwem, kojącym łonem matki, projektowana na lokaty, prywatne emerytury i inwestycje, które nie zawiodą? Jak pisał Mircea Eliade, historyk religii i znawca mitologii, „Zaczynamy dziś rozumieć (…) że symbol, mit, obraz należą do substancji życia duchowego, że można je ukryć, okaleczyć, zdegradować, ale że nigdy się ich nie wykorzeni.” Właśnie symbole i mity komunikują nam rzecz najważniejszą: że jesteśmy kimś więcej niż nasz analityczny umysł, a życie jest większe niż to, co się w tym umyśle mieści.

„Symbol odsłania pewne aspekty rzeczywistości — te najgłębsze — które wymykają się wszelkim innym sposobom poznania.” – kontynuuje Eliade – „Obrazy, symbole, mity nie są przypadkowymi wytworami psychiki; odpowiadają one pewnej potrzebie i spełniają określoną funkcję, polegającą na obnażeniu najskrytszych form istnienia.” Odcięcie się od treści mitologicznych i symbolicznych jest jak amputacja wyobraźni, a przecież „Mieć wyobraźnię to widzieć świat w całej jego pełni, gdyż mocą i posłannictwem obrazów jest ukazywać wszystko to, co opiera się konceptualizacji. Teraz rozumiemy nędzę i upadek człowieka ‘bez wyobraźni’: jest on odcięty od głębi swego życia i własnej duszy.”

 Jeśli więc theyyam drwi sobie z naszej racjonalności, z norm, którym hołdujemy i zahamowań jakie mamy – gdy bóstwo przelewa krew, żłopie piwo czy wyraża nieokiełznany gniew – to przecież dzieje się to jedynie na poziomie symbolu i ma pomóc widzowi zintegrować wszystkie aspekty człowieczeństwa, mianowicie jego zwierzęcą naturę, popędy, niskie emocje, słowem to, co wypierane. Poza tym rytuał i mit theyyamu jest także próbą odtworzenia doskonałego duchowego świata. Świata, w którym krzywda zostaje odkupiona, sprawiedliwości staje się zadość, a kruchy i zagubiony człowiek nie jest sam.

I choć mitologia theyyamu pozostaje mi zupełnie obca, odczuwam wdzięczność za te momenty wyjścia poza czas ‘ciągły, nieodwracalny’ – nasz codzienny czas, za chwile wykroczenia poza stereotypy dotyczące tego co jest sacrum, a co już jego obrazą. Jak też za chwile niezrozumiałej dla mnie samej identyfikacji, podskórnego poczucia, że coś we mnie ‘rozpoznaje’ treści odtwarzane wokół.

(…)

Sezon theyyamu rozpoczyna się pod koniec października i trwa mniej więcej do połowy maja. Najlepiej jest znaleźć lokum w jednym z dwóch większych miast północnej Kerali, Kannur lub Kasaragod, i uczestniczyć w festiwalach theyyamu w okolicznych wioskach.