MAIL ONE – welcome back!

19 Nov 2015 Kochani, piszę by „tradycji” stało się zadość, a jeszcze bardziej by nie pozwolić Wam o sobie zapomnieć:), no bo do kogo będę wracać? Choć przyznam, skrobię się po głowie, bo o czym tu opowiadać, jak wszystko wydaje mi się oklepane?


(13) Miłość pełna ambiwalencji

Miłość pełna ambiwalencji, jak każda? Taka jest ta moja wobec Indii, wcale niełatwa i wystawiana na próbę za każdym razem, gdy przemierzam subkontynent z południa na północ. Bo południe, jak wiecie, jest miękkie i łagodne, usiane kwiatami, pachnące eukaliptusem, doprawione do smaku cudownym miętowym chutneyem. A północ? Północ dla mnie to duże miasta, a im większe skupiska ludzkie, tym mniej w nich człowieczeństwa, powiem trywialnie. I niestety, ja sama staję się łatwo trybikiem w maszynie prężnych Indii, zaczynam walczyć o swoje prawa i bucham agresją jak monster. Wstyd, Gandhi byłby moim zachowaniem zażenowany!


(12) Palitana – wśród dżinijskich mniszek

Palitana w Gudżaracie to miejsce wyjątkowe, miejsce pielgrzymek dżinistów, których filozofia wiary plasuje się gdzieś w górnych rejestrach buddyzmu i hinduizmu, trwając uparcie w przekonaniu o świętości wszelkiego życia, w tym życia muchy, robaka czy pąku róży. Do dżinistów od dawna żywię jakąś niewytłumaczalną, irracjonalną wręcz słabość i kiedy tylko mogę podglądam ich i rozmawiam. I to nie koniecznie tych nagich, ubranych w powietrze, mnichów Digambara, ale wszystkich w ogóle, więc nie jest to po prostu voyeuryzm:)


(11) Away from Kerala

Niełatwo było mi opuścić Keralę, wieczne morza kołysanie, dom wśród palm i Suresha odsłaniającego ukryte pod spodem znaczenia. Im więcej rozumiałam, tym mniej byłam turystką, a dziwowanie przeniosło się na inny poziom. I tak, udało mi się wyjść poza zżymanie się na kastowy system, które uprawiam od lat, bo kto to widział, by jedni urodzili się lepsi, drudzy gorsi, i ci gorsi pokornie przez całe życie uznawali się za gorszych?


(10) Ten jedyny zapisany w niebie

Zapuściłam tu korzenie na tyle długie, że nie muszę już trzymać rykszarza za rękaw, co by mi nie uciekł, plącząc się w różnych wariantach wymowy Neerkadavu, gdzie mieszkam. Więc jest dobrze, a nawet coraz lepiej. Zbliżyłam się tak bardzo do wioskowych dzieci, że krzyczą teraz na zmianę: Anoushka, what’s your name? I jak na to pytanie odpowiedzieć?


(9) Wioskowe układy i prywatny bodyguard, czyli znów muszę się prowadzić

Kochani, jak wiecie zażywam słońca, plaży i peace of mind w rybackiej wiosce, której nazwa dalej staje mi na języku w poprzek; ze spokojem umysłu bywa różnie, bo czasem mam go aż tyle, że wstępuje we mnie stary, znajomy niepokój:), natomiast na kąpiele i urodziwą przyrodę zawsze można tu liczyć …


(8) Rzecz o leczeniu zębów w Indiach

Nie bójcie się, o zębach będzie mało – potraktujmy je jako przyczynek do studium kulturowego:) Dorwał mnie potworny ból zęba w Pallakad, zapyziałym miasteczku, gdzie w najlepszym hotelu niełatwo było dogadać się po angielsku; pół nocy obijałam się o ściany pokoju, a jak wstał świt zbiegłam do recepcji spytać o porządnego dentystę. Wskakuję w tuk-tuka i jadę jak po zbawienie, ale cholerka, czy w budynku tak obdrapanym mieścić się może porządny gabinet?


(7) – Kannur, stara miłość, nowy płomień

Wylądowałam w końcu w Kannur, z angielska zwanym melodyjniej – Cannanore, gdzie ponad rok temu przycupnęłam na dłużej, chwytając się tego raju obfitości palm, plaż i życzliwych uśmiechów. Jeżdżę więc znów rozklekotanym autobusem po którym szaleje wiatr, siedząc grzecznie z prawej, wyznaczonej dla kobiet strony, powtarzając po cichu pod nosem nazwy rzekomo proste: Manal, gdzie mam wysiąść, albo Neerkkadavu, gdzie powinnam dotrzeć, i zwykle i tak spotyka mnie porażka. Mallayalam, tutejszy język, na pewno bardziej niż chiński łamie języki i gnie umysły, uwierzcie!


(6) Kochin, karuzela wielorakości i machający ogon

Marne siedem godzin miałam dziś wolnych na Kochin, które od starożytnych czasów mamiło żeglarzy i kupców czarnym złotem czyli przyprawami, jak też urodą swą niezwykłą, bo morze przechodzi tu w ląd, a ląd w słodko-słone wody tak niespodziewanie, że tylko wsiąść w łódkę i podziwiać – ale uwierzcie, czasu nie zmarnowałam:)


(5) Miastowe życie w indyjskiej Dolinie Krzemowej

Mój pobyt w Bangalore powoli dobiega końca; dziś wieczorem ruszam w stronę wytęsknionego wybrzeża, bliżej kojącego odgłosu przyboju i spacerów bez końca, ale najpierw opowiem Wam trochę o mieście gęsto oplecionym pasmami sieci bezprzewodowej, w których skrzy i wrzy, a internetowy content przyprawia o ból głowy. Tutaj fermentują stare Indie, nabierają bąbelków tak, że dostaje się czkawki …