(4) Z północy na południe, spod straganu z czajem pod palmę

Opuściłam właśnie Delhi, tę szaloną, rozpędzoną, zaczadzoną i roztrąbioną stolicę Indii, której kawałek oswoiłam i polubiłam. Nalwa Street, przy której mieszkałam, zaskakiwała mnie codziennie; wystarczyło wyjść rano na balkon by sąsiad-muzyk wyśpiewujący swoje ‘doremifasola’ na lokalną nutę, czyli Hare-Rama-Hare-Krishna-Rama-Rama-Hare-Hare do akompaniamentu harmonium wprawił mnie w dobry nastrój.


(3) Po wycieczce z grupą cud

Piszę znów po długiej przerwie, po trzech tygodniach z moją pierwszą wycieczką, w czasie której okrążyliśmy Radżastan wzdłuż i wszerz, przesiadając się z pociągu do naszego busa i z powrotem, oczywiście, od czasu do czasu padając na nos lub nosem się podpierając:)


(2) Monotonnie-rytualnie, czyli całkiem swojsko

Piszę do Was wreszcie, po 3 tygodniach pobytu, aż wstyd. Zdążyłam się już nieźle umościć u Marzeny, która jest indolożką, ma biuro podróży i podobną do mnie pasję odkrywania wszystkiego, co indyjskie. Dzięki jej zaproszeniu nie jestem skazana na hoteliki na Paharganju klasy -1; ba, mam własne łóżko, a w zasadzie parciankę, przez którą w nocy dynda mi to pięta, to łokieć, własną lodówkę, kawę, własną porządnie umytą papaję na kolację, a nawet kawał biurka i balkon! Komfort jaki dają rzeczy małe, te najpotrzebniejsze, jest cudowny!


(1) Po pół roku, I’m back …

Same same but different, jak powiadają niedorozwinięci i padnięci. Paharganj main bazar toczy się po staremu, ten sam stary Sikh obiecuje przepowiedzieć przyszłość, a sklepikarze słysząc polski krzyczą ‘zdrastwujte dewoszki’. Na co Marzena, która przyjęła mnie pod swój dach, wkurzona odpowiada w hindi, że my tak samo ruskie, jak oni pakistańskie!


(25) Droga na północ, czyli już prawie w kraju

Kochani Czytacze, podróżować po Indiach i się nie umęczyć jest niemożliwością. Jak już pożegnałam się z Keralą i dotarłam na północ, do Radżastanu, by ambitnie uczestniczyć w literackim festiwalu, okazało się, że nie dla mnie te feministyczno-post-modernistyczne dyskursy ... Naprawdę nie, bo organizatorzy festiwalu, podobnie jak ja, nie przewidzieli ataku zimy i w przewiewnych namiotach tak hulał zimny wiatr, że niewiele z tego, co wielcy pisarza tego świata mówili do mnie docierało .... Górę wziął instynkt przetrwania, czyli instynkt ogrzania i moje próby powrotu do cywilizacji skończyły się nędznie, rozpaczliwym poszukiwaniem ciepłych butów, szali i termosów z herbatą, a także, oczywiście, wizytą w aptece, a nawet dwóch, bo pierwsze leki wydały mi się podejrzane ... Jak wiecie, tutaj leczą farmaceuci, a nie lekarze, czyli drogą na skróty zbywając symptomy jak leci by zbyć jak najwięcej z zapasów.


(24) Goodbye Kerala …

Opuszczam to moje Kannur, które było dla mnie dobre, miękko otulające morską pianą, i pozwoliło się w sobie samej zatopić i nie utopić. Przeżywam to niemal jak oderwanie od swojego kawałka ziemi, choć przecież było mi tylko wypożyczone na chwilę, za pilnie płaconą miesięczną stawkę, i wzdycham, jaka szkoda, że nie moje, znam tu miejsca bliskie wyobrażenia raju - takie pewnie było Goa przed najazdem hipisów, którzy tak namiętnie kicialii się na plażach Calangute-Baga, że dzieci musiały zmienić trasę idąc rano do szkoły ...


(23) Z keralskiego bezczasu …

Kochani, milczałam czas długi od momentu, kiedy osiadłam w jednym miejscu. Zrobiło się tak domowo i  zwyczajnie, że uległam wrażeniu, że nie ma o czym opowiadać; ale co tam, spróbuję zasypać staro-nowinkami te czasowe otchłanie, byście towarzyszyli mi w podróży dalej:)) Zacznę od dzisiaj, od Bożego Narodzenia. Obudził mnie mój ulubieniec, Raju, staruszek opiekujący się naszym pensjonatem, wsadzając do mojego pokoju głowę w mikołajkowej czapuchnie, i mówiąc w swoim Indishu: Merry Christmas, Anoushka! You better get up, tuk-tuk coming! Wyskoczyłam ci ja z łóżka, włożyłam głowę tłustą od oliwy po masażu pod zimną wodę i poszłam zrobić sobie kawę. Na progu inny Mikołaj zostawił czekoladki i girlandę z jaśminu, więc nastroiłam się jakoś lepiej do tego dnia, bo ckno mi było wczoraj strasznie; na tyle, że umówiłam się z ryksziarzem by zabrał mnie dziś rano do kościoła.


(22) Nim zapachną keralskie hibiskusy

Kochani Czytacze, Delhi to miasto o wielkich ambicjach, a więc snobistyczne, kapryśne i agresywne; i w taki też sposób się mnie pozbyło - była i miła kolacja, i niemiłe natarcie kaszmirskich mudżahedinów. Do rzeczy: z przyrodzonego lenistwa zamiast pójść na dworzec zaklepać sobie bilety, poszłam w drugą stronę, do biura podróży, nad którym oczywiście widniał szyld 'government approved' i kolejny raz - wiedząc, że to pic na wodę i że po prostu opłacają policję za wieczną nietykalność neonu - postanowiłam zakupić sobie bilety właśnie tak. Rokowania były niezłe, pan po drugiej stronie biurka przymilał się w stylu Paharganju - I'm your friend from now on, not make money, just get you a ticket and then grab a coffee. Dzień przed planowanym wyjazdem przychodzę do biura odebrać bilet, dostałam nawet smsa, że na mnie czeka - tyle że nie w biurze, a w kieszeni nadskakującego pana, więc nim ściągnięto go do biura, poczekałam sobie ja, wściekła.


(21) Indie, ćwiczenie w cierpliwości

Delhi jest takie samo jak zawsze, poszatkowane wzdłuż i wszerz, nieznośnie głośne, nieznośnie brudne, a Paharganj pełen Hindusów najgorszego sortu -- gdyby wszyscy byli tacy, należałoby się stąd co prędzej ewakuować. Najgorszy sort jest mniej więcej taki: mówiący 'dzień dobry' w każdym języku świata, przekonany o swoim sprycie i jednocześnie głupocie białych, przestrzegając przy tym reguły, że im bielszy tym bardziej naiwny (Koreańczycy, Japończycy); ów sort ma wrażenie, że rozgryzł mentalność białych, wie co działa - przymilanie się na początek, historyjka ze smutnego życia okraszona cytatami ze świętych tekstów, i wieczne nadmierne spoufalanie się, taki sort od razu jest twoim kumplem, więc trąca cię, łapie za łokieć, ostrzega przed innymi - swoimi kumplami, próbując zagrabić ciebie dla siebie.


(20) Nie dać się chorobom tropików

Kochani Czytacze, przesyłam mało wakacyjne doniesienia o dziwnych chorobach tropików, które co rusz mnie niestety dopadają i o tym, jak się je tu przepędza. Jestem teraz w Varanasi, w fajnym pensjonacie, wychwalając pod niebiosa ogród, w którym wreszcie mogę posiedzieć i odgrodzić się od zgiełku tego, co za murem. Trochę czytam, trochę piszę, trochę rozglądam się wokół zastanawiając się, czy ci wszyscy biali nie zwariowali – jeden przez drugiego od razu po przyjeździe pędzą na tzw. płonące ghaty by zobaczyć kremacje, a zwłaszcza by je uwiecznić - wieczorami przy stolikach brygada w różnych językach świata chwali się ich uwiecznieniem, a jeszcze lepiej, jak komu się uda nakręcić krótki filmik. Siedzę więc obok, nie mając ochoty na uczestnictwo w takiej konsumpcji Indii, niemrawo, bo z gorączką.