(19) Call it a good surprise

Miewam wrażenie, że do Indii trafiła inna Arka Noego, tak pojemna, że wciąż z jej brzucha wyłania się niekończący się strumień istnień; albo lepiej - że Pan Bóg dalej bawi się w genesis, rozsiadły na jakiejś chmurze nad indyjskim subkontynentem, w szale stwarzania Ew i Adamów, którzy nie poniosą z sobą wizji raju - i cała ta masa stworzenia kipi i bulgoce tuż pod moim nosem, przy ulicy na której mieszkam; wystarczy postawić stopę na chodniku by ta mnogość wchłonęła, poniosła strumieniem, który płynie gdzie chce i wyrzuca tam, gdzie chce.


(18) Calcutta, the city of joy

(Po powrocie z Tajlandii) Bangkok, który nad wyraz lubię, bo to rozbujałe, rozbuchane, ambitne, szalone miasto, w którym łatwo gdzieś przycupnąć, znaleźć uroczy zakątek na piknik z widokiem na przepływające obok łódki czy Grand Palace, został za mną - i w pięć minut po wylądowaniu w Kalkucie dotarło do mnie co to znaczy - koniec luksusu ciszy, koniec wygody, miękkich łóżek, mrożonych herbat, klimatyzowanych autobusów i wszystkiego co łatwe. Tak jest, dokładnie, z własnej, nieprzymuszonej woli znalazłam się znów w kraju, gdzie nic nie jest łatwe. A po trzecim dniu zachodzę w głowę jak oni tu żyją ...


(5) Pattaya, wśród rosyjskich gospodin i ruskich pierogów

Na powrót w Tajlandii, wylądowałam w okropnym turystycznym grajdole, ukochanym przez rosyjskim mafiozów i ich kochanki, takim cypryjskim Limassol nad Zatoką Tajlandzką, mianowicie w Pattayi, 200 km od Bangkoku. Żeby przetrwać, pojechałam na plażę za Pattayą, licząc na odrobinę ciszy w nocy i spokoju za dnia - i na szczęście mogę na to tutaj liczyć, tyle że to wszystko w opakowaniu ruskich 'массаж' i 'холодное пиво'; jak wczoraj poprosiłam o 'coffee', dostałam 'кофе', a pytając w paszarni czy zupa jest bezmięsna, Tajka wskazała na padlinę i orzekła 'свинина' - mówię, że ja 'not Russian', ona na to, że to dobrze, bo ich nikt nie lubi. No tak, za to ich kasę bardzo lubią - bo wszystko jest tu dwa albo trzy razy droższe niż w Bangkoku, i za takie ceny to Taj ugotuje nawet barszcz i solankę ...


(4) Kampot, klasztory i dziewczyńskie bzdety

Kochani, gdyby nie zdarzyło się Wam jeszcze być u kambodżańskiego fryzjera, a raczej fryzjerki, to trochę Was na przyszłość przygotuję. Obejrzałam wreszcie w jakimś większym lustrze swoje odrosty i stwierdziłam basta, pora coś z tym zrobić. A że przyjechałam rano do Kampotu, miasteczka, które kiedyś było kurortem nad rzeką Mekong i gdzie wciąż czuć kolonialną Francję - ach, te bagietki w knajpkach pod portykami - i byłam zmęczona, zajrzałam do salonu. Oprócz fryzjerki znalazł się i jej brat mówiący nieźle po angielsku, więc dobrze, pomyślałam, wrócę popołudniu i jakoś się dogadamy.


(3) Rzecz krótka o miejscowych

A teraz już nie o kamieniach, a o ludziach, których napotykamy z Alexem po drodze i o tym, że choć bieda nie kluje tu w oczy, to można ją usłyszeć w niemal każdej opowiedzianej nam historii. Usiedliśmy któregoś razu na kolację za dolara, na kamiennej ławce koło Old Market, nad samą rzeką płynącą niespiesznie przez Siem Raep. Miejscowi piknikowali naokoło i wydało nam się to takie urokliwe, że na trawie, na ławce, z dziećmi skaczącymi do wody po zmierzchu; przysiedliśmy się do młodej dziewczyny, która usiłowała czytać w świetle latarni. Męczyła się strasznie - bo książka na jej kolanach to był Leadership, podręcznik biznesu po angielsku, a ona ledwie co była w stanie do nas wydukać.


(2) La grandeur d’Angkor

Jestem tak przepełniona wrażeniami z Angkoru, że istnieje ryzyko, że tym mailem Was zanudzę, ale może też i zapragniecie wybrać się tu, a ja Wam będę kibicować. Bo Angkor to coś - nie sama świątynia Angkor Wat, ale cały kompleks świątynny Angkor, który zajmuje dzisiaj z 200 km kw - co odczuję przez następne trzy dni, pedałując dzielnie na rowerze od świątyni do świątyni. Pomimo niechęci do porannego wstawania, zjawiam się tu przed piątą rano by zobaczyć wschód słońca nad Angkor Wat, ale ludzi koczujących z wymierzonymi w niebo aparatami jest tyle, że ruszam dalej i mam szczęście: wchodzę w półmroku, w absolutnej ciszy, do świątyń pod trzema osławionymi wieżami, które kiedyś górowały nad ziemskim mieszkaniem boga Vishnu.


(1) Była sobie kiedyś Kampucza …

Kochani Czytacze, ze swojej tajskiej słabości w postaci ataku dengi jakoś się dźwignęłam i udałam w stronę Kambodży. Po pierwsze, miałam po dziurki w nosie szuraczy w Chiang Mai, a po drugie - mój 'medical certificate' mówił jasno,  że przysługuje mi 7 dni ekstra, bez wizy, na wychorowanie się, czyli do 13 sierpnia. Niestety, w Poipet, dziurze na granicy tajlandzo-kambodżańskiej, żadne odwołania do wyższych rangą oficerów nie pomogły. Tajowie rękę po kasę zawsze wyciągną i na mój certificate ze szpitala tylko grzecznie się uśmiechnęli, pocieszyli słowami, że inni pacjenci to bywa, że po 30 tysięcy baht płacą, po 2 miesiącach w szpitalu, a ja - zapłacę tylko 3. Można więc w kraju uśmiechów zapaść na cokolwiek, by ponownie zapaść na zawał opuszczając go:)


(4) Czas niemocy: denga; szurania ciąg dalszy

Kochani Czytacze, znów zamilkłam, co tym razem spowodowane były uwięzieniem w Chiang Mai - nie żeby ktoś uznał, że warta jestem okupu i mnie przetrzymywał, nie, z pozoru zachodniego dobrobytu dawno nic nie zostało - za to nie przeszkodziło to pewnej komarzycy w złośliwym pokąszeniu mnie; i zamiast podziękować, pozostawiła mi po sobie pewien wirus. Zgaduj zgadula, co to było takiego? Podpowiem tylko, że nie malaria, na szczęście, ale i tak mnie powaliło. Gapiąc się w sufit, w gorączce, wciąż powracał mi ten sam obraz - monstrualnej komarzycy, która kąsa najpierw Alexa, mojego francuskiego frienda, i potem niedopita, wąska w talii, prześlizguje się przez siatkę w jego oknie, frunąc po korytarzu wyczuwa moją słodką krew i natychmiast uderza - sprytnie znajdując dziurę w mojej moskitierze. I to wszystko bezkrwawo, cichutko, wśród setek innych Bogu ducha winnych komarów.


(3) Freaki i różowe kokardki

Piszę do Was spod dusznej moskitiery, którą można by zwinąć i pociąć na gaziki. Na zewnątrz tną komary, jest pełnia księżyca, i padają właśnie pierwsze krople ciężkiego, wyczekiwanego od rana deszczu. Nic to, Chiang Mai ma swój urok nawet w drugim tygodniu pobytu. Co prawda nic dotąd nie przebiło Sen z jej umiejętnością czerpania z życia garściami, ale i tak otoczenie obfituje w oryginały. Listę otwiera James, Amerykanin, od półtora roku w Azji, do tego nauczyciel jogi. W co ni jak nie idzie uwierzyć, gdy człowiek James'a spotka; pierwszy raz zobaczyłam go z limem pod okiem i wbitym wenflonem, jak ledwo szedł po schodach, bełkocząc mi coś o sepsie.


(2) Zachodnia pruderia versus seksualna wolność po tajsku

W tym tajlandzkim raju jest tak wygodnie i porządnie, że aż nudno. Nikt mnie nie zaczepia, ludzie się wiecznie uśmiechają, a nawet częstują smakołykami, nikt nie woła za mną brzydkiego 'bahenćod', gdy czegoś nie kupię ... No dobrze, tak lukrowanie Tajlandia wygląda z wierzchu; a co bywa pod spodem miałam okazję na chwilę podejrzeć ... Wędrowaliśmy sobie miastem w dziwnej konstelacji, ja w średnim wieku i bardzo straight, oraz mój nowy kolega, Francuz, dużo młodszy i zupełnie nie straight, czyli lubiący tylko chłopców.  Wracaliśmy więc sobie koło jedenastej w nocy z Saturday Market, gdzie żeśmy się nafutrowali zestawem sushi (4 zł), smażonym tofu, naleśnikami z puddingiem kokosowym i słodką kukurydzą, próbując się dopchać słodyczami z fasoli, ale ni jak nam nie wchodziły.