(15) Kerala – o wężach i drzewach herbacianych

Opuszczam się w pisaniu, więc najpierw krótka historia opowiedziana na przyjęciu przez Elenę, Hiszpankę, co cudownie klnie po polsku. Podróżowała jakiś czas temu po Indonezji, gdzie na jednej z wysepek spotkała się sam na sam z wężem, albo raczej – wężycą, bo zwracała się do niej w rodzaju żeńskim. Było koło północy, Elena w miłym półśnie poczuła nagle coś dziwnego: czyjąś obecność, która na dodatek w jej wyobraźni przybrała kształt węża. Obejrzała sobie dokładnie jego połyskliwe łuski, oczy jak szparki, ale na spokojnie, zdziwiona obrazami w głowie. Po czym otworzyła oczy i zobaczyła wężycę zwisającą z otworu wentylacyjnego, który znajdował się na lewo od drzwi. Zbyt blisko, by móc uciekać.


(14) Kerala – o moherowym berecie

Moja sielska rutyna przewiduje codzienne zakupy na naszej wsi - przedmieściach Kannur. Mam kilka ulubionych sklepików, jeden przy plaży, gdzie na mój widok dziamdziak wyciąga cygarety, po czym pyta czy chcę słoną czy słodką lemon soda, i inne dwa, bliżej głównej drogi. Jeśli idę na zakupy rano, wybieram ten drugi kierunek, 5 minut drogi z Kamala apartments, gdzie mieszkamy. Choćby była dopiero 10, nim dojdę na miejsce ociekam potem; najpierw odwiedzam pańcie prowadzące moją ulubioną garkuchnię - a że one kompletnie nic po angielsku, a ja kompletnie nic w malayalam, radzimy sobie na migi. Podchodzę do gabloty, gdzie wystawione są dania dnia - paroty, pakory, idli, dosy i samosy – i pokazuję na palcach ile mi czego trzeba. Panie owijają wszystko w liście bananowca, następnie w gazetę, związują sznurkiem i pakują do plastikowej torby tak, by nic nie utraciło aromatu.


(13) Kerala – O magii i mitach

Z wysiłkiem wielkim poluję na tutejszą magię i mit w formie rytuału zwanego 'Theyyam'. Najpierw spędzam długie godziny na necie próbując ustalić gdzie i kiedy dokładnie odbędzie się jakiś Theyyam, bo ich sezon ma się ku końcowi. Internetowe informacje należy potwierdzić, czyli ubłagać kogoś kto ma świeżą gazetę i gada po angielsku by zajrzał w odpowiednią kolumnę i dał znać, czy Theyyam jest i gdzie. Wczoraj np. udało mi się dotrzeć busem do wiochy, Keecheri, ale rytuał był o ósmej rano, więc na nic się zdały moje siódme poty. Nie jest to proste poza sezonem i bez przewodnika. Ale za to doświadczam przyjemnego dreszczyku polowania - dotąd upolowałam jeden, w ubiegłą niedzielę.


(12) Kannur – Lenin ściska Mao pod palmą

Jako młoda emerytka mam czas dziwować się i rejestrować rzeczy powoli, bez pośpiechu. Mówiłam też, że mam niezłego 'excuse'a', bo upał i inni przykład podobny dają: Włoch Govinda, młode i zdrowe chłopisko, spędza czas poddając się leczniczym zabiegom, wchłonął już chyba tonę oleju kokosowego zgodnie z prikazem ayurvedy... po czym zamyka się w swoim klimatyzowanym pokoju i się schładza. Na zaproszenie na 'wycieczkę' odpowiada: 'Not today. Today I'm soooo tired. And you know, I have to listen to my body!' Pomijając to, że wszystko mu szkodzi i może jeść tylko jeden rodzaj ciasteczek, milky butter Brittania cookies... Przynajmniej zgodził się ze mną, że żadna kobieta z nim nie wytrzyma:)


(11) Kannur – głębokie oddechy, małe kroczki

W tej części świata, o tej porze roku dni muszą płynąć leniwie, więc to miejsce idealne by powiedzieć: czas wreszcie sobie odpuścić i nie robić za wiele. I bardzo pomaga fakt, że naprawdę nie można się wysilać, spieszyć, planować, ba, nawet podreptać zbyt daleko albo zaczytać; cokolwiek zrobić 'za bardzo' i na raz - bo to męczy, albo jest niemożliwe, bo cztery razy dziennie, regularnie jak w zegarku, są przerwy w dostawie prądu. I wtedy... przestają działać wiatraki. W ciągu dnia robi się tak gorąco, że nie można nic – ani myśleć, ani czytać, można się tylko położyć i udawaćże się jest gdzie indziej, zgubionym w połowie drogi między jawą a snem. A gdy power cut jest nocą - budzę się wcale nie z powodu gorąca, ale ciszy... jakby człowieka nagle wyrzucili z helikoptera, coś jest zdecydowanie nie tak!


(10) Kerala – morze, plaża, Ajurweda, na wieki wieków Amen!

Z Jaipuru pojechałam do Vrindavanu pod Mathurą polować na wdowy, co okazało się wcale nie tak prostym przedsięwzięciem, bo choć wdów było wiele, nijak nie mogłam znaleźć nikogo kto mówiłby wystarczająco składnie po angielsku. Wiem, jestem straszna, poczułam sięźle traktując wdowy tak przedmiotowo; na dodatek - w jednym z domów, gdzie mieszkają - skomentowałam to głośno mówiąc, że 'wcale nie mają tak źle...'. Chyba zamyka mi się serce od patrzenia na nędzę, jak też od niemożności, bezsilności, odwracam oczy... niestety tak jest.


(9) Jaipur – o kwokach i kwoko-posiadaczach

Powracając do Jaipuru i festiwalu słoni - na dzień przed festiwalem zainterweniowała pewna potężna organizacja praw zwierząt, organizatorzy ustąpili: nie będzie elephant polo, nie będzie przeciągania sznura przez słonie, a na wszelki wypadek, by wyjść na miłośników zwierząt, nie będzie nawet ogona słonia na festiwalu! Turyści przeklinali, tym bardziej że o godzinę drogi z Jaipuru, pod fortem Amber, słonie zasuwają w pocie czoła od rana do nocy, pod górę i w dół, i jakoś to nikomu nie przeszkadza!


(8) Jaipur – w uścisku szalonego święta Holi

Przyjechałam do Jaipuru po nocy w sleeperze, czyli na leżance, wśród nieustannego pikniku wokoło, który przetrwałam dzięki pigułce nasennej od niezastąpionej babci Różańskiej. Niestety. Znalazłam hotel bez problemu, natomiast chwilę potem musiałam stoczyć batalię o środek transportu. W Jaipurze mają w nosie backpackersów, którzy nie są na tyle wygodni by wynająć taksówkę, która będzie ich woziła od zabytku do zabytku zwłaszcza, że często to odległość ok. 300m. W związku z tym pod hotelem ni jak nie mogłam znaleźć choćby autorikszy - pan driver rzekł, że po co on ma mnie 'drop somewhere'? Dostał cynk, że przyjechali do mojego hotelu Hindusi z Dubaju, więc woli na nich poczekać.


(7) Rishikesh – pedicure czy trzecie oko

Dni toczą się powoli, zaokrąglone od nic nie robienia, spokojne jak święta rzeka i jak ona czasem zupełnie nieoczekiwane, a nawet burzliwe. Za dwa dni moja obecna laba dobiegnie końca, bo jadę najpierw do Jaipuru, na festiwal słoni, a stamtąd do Mathury i Vrindavan, miejsca które zwane jest miastem wdów i które szalenie mnie interesuje. Choć może tak mówić nie wypada, bo żyje w nim ponad 20 tysięcy wdów i kobiet, które wdowieństwo udają, w warunkach strasznych, w ashramach prowadzonych przez indyjski rząd - co oznacza 18 rupii dziennie na przeżycie, czyli 1 cała złotówka. Na Indie też to jest nic, za kawę płacę 30 rupii, za butelkę wody - 20. Imagine that!


(6) Rishikesh – panta rhei nad Gangesem

Opłacało się nie nosić paciorków. Nie pokazywać kolan ani łydek. Nie odkrywać ramion. Nie kopcić marychy. Nie imprezować nocą. Być miłymi. Uśmiechać się nawet na 50 tego dnia 'how are you'. Bozia nas wynagrodziła, działając rączkami menedżera hotelu. Wczoraj, wracając z dłuższego spaceru, dopadłam go przy wejściu i od razu wysapałam swoją wielką prośbę: ja muszę, po prostu muszę mieć inny pokój bo mi za głośno od ulicy. Menedżer machnąłłapką bym przestała gadać i odrzekł: Me made you a surprise. Nice surprise!