(5) Mussoorie – kolonialne klimaty i cmentarna znajoma

Z Rishikeshu do Mussoorie, kurortu w górach, jest ok. 80 km. Droga zajęła mi cztery godziny - z dwoma przesiadkami i trzema rikszami - aż w końcu posapującym busem wdrapaliśmy się do góry, drogą oplatającą jedno z wielkich, rozłożystych wzgórz Mussoorie. Samo miejsce zachwyciło mnie leniwą atmosferą i kolonialną, choć zrujnowaną, architekturą. Spacer zaczęłam od The Mall owiniętego wokół zbocza, jak wszystkie ulice tutaj, dzięki czemu gdziekolwiek się nie pójdzie z jednej strony zawsze widać góry i dolinę Dehradun. Na The Mall i Camel Back Road można przenieść się w czasie, bo wciąż dominują  nad nimi hotele, w których Brytyjczycy odpoczywali od skwaru równin: Hotel Savoy, Rosevelynn, Paramount, the Clarke's, nie wspominając o Georgie Porgie - sklepie ze słodkościami.


(4) Rishikesh – i bach, do ostatniej ławki, czyli znów w szkole

Mamy za sobą dwie lekcje hindi, w czasie których głowa mi parowała i pot, choć niewidoczny, ściekał po plecach. Ja takiego wycisku studentom nie daję, prawda? A zresztą, miejscowe nauczanie ni jak się ma do naszych wyobrażeń o przyswajaniu podstaw obcego języka. No może trochę się ma, ale z pewnością korzeniami dalej tkwi w dziewiętnastowiecznym brytyjskim systemie nauczania. Brak tylko linijki lub bambusowego kija do bicia nas po palcach!


(3) Rishikesh – pobożności vel nawiedzenia ciąg dalszy

Dni płyną nam niemal leniwie, na tyle na ile przywieziona tu ze mną 'zadaniowość' na lenistwo i błogość niedążenia mi pozwala. A wraz z łagodniejszym stanem ducha i początkiem odwrotu tłumu białych freako-joginów i Rishikesh wydaje się fajniejszy. Piszę do Was czekając na lunch w kafejce nad samym Gangesem; słyszę stąd jak poszła w ruch sokowirówka, będąświeże soki z papaji, lemonki i mięty; tuż obok, za niskim parawanem restauracji, do rytualnej kąpieli szykują się wielopokoleniowe hinduskie rodziny. Na czas obiadu odwrócę się, co by ich grubych brzuchów nie oglądać jedząc, ale teraz zerkam co rusz – na skałach suszą się mokre sari, róż, pomarańcz i kwieciste szaleństwo, moda chyba z głuchej prowincji.


(2) Rishikesh – duchowy super-truper market

Pożegnałyśmy Delhi wczoraj o poranku. Delhi zmieniające się w oczach i na pozór to samo, albo i odwrotnie: zmieniające się tylko na powierzchni. Rozśmieszył mnie do łez komunikat nadawany przez megafon na dworcu głównym: 'In case you notice any suspicious objects or persons please convey the message immediately to railway authorities', czyli aby powiadomić służbę kolei, gdy zauważy się coś lub kogoś podejrzanego. Śmieszne to o tyle, że na Delhi Main co drugi Hindus wygląda podejrzanie, nie mówiąc już o tobołkach i workach, w których może znajdować się wszystko.


(1) Delhi – seems like I’ve never left …

This is to say that... Dojechałam cała i szczęśliwa jak pijany zając, oczywiście pijany zmęczeniem. Na trasie Stambuł - Delhi przytrafił mi się zimnowojenny front. Wygląda na to, że nawet starych, emerytowanych Niemców dotknął kryzys i zamiast na Karaiby ruszyli masowo na Indie. Dwóch takich zasiadło za mną i wśród germańskich okrzyków najpierw próbowali przełożyć mój plecaczek, a potem protestować, że przechylam do tyłu fotel. Co ja opuszczałam, to oni napierali kolanami. Nastąpiła pierwsza ostra wymiana zdań rozsądzona przez Sikha, rzekł bowiem "just ignore them" i przesiadłam się fotel dalej.


(29) Jambiani, czary i wywary

Z Cristiną dzień niepostrzeżenie przechodzi w noc, opowiada bowiem o rzeczach, które kryją się w cieniu jambiańskiego raju, po drugiej stronie słońca. O tym, że „kogo by tu otruć” też tu jest grane. Gdy na przykład zjawił się klient z Zachodu i wyłożył straszną kasę na stół za kawałek ziemi nad morzem i siwiutki dziadek powiedział swojej rodzinie „nie sprzedajemy”, tydzień później już nie żył. O tym, że w lesie za wioską dalej odprawiają czary, a złe duchy w okolicy czują, że ona tu jest by z nimi konkurować i przynieść zbawienie niewinnym duszom. No cóż, Cristina nie ukrywa, że jest zielonoświątkowcem z misją.


(28) Jambiani, morskie algi, luksusowe kremy

Na werandzie stoi bambusowe łóżko, bambusowy stół i tubylcze krzesła obciągnięte skórą z bawołu. Nad nami, chroniąc od spiekoty, powiewa biały żagiel, co służy za markizę. A wokół szaleje tylko natura, frangipani i bougainville, ogromne agawy i palmy, świeżo zasadzone drzewa papayi i inne cuda …Czas przesypuje się jak ten piasek na plaży, nie schwytany w klepsydrę. Nic nie robię, a jestem pełna wszystkiego i chyba wreszcie nie myślę. Choć na pewno pomyślałam raz, i to konkretnie. Wybrałyśmy się z Cristiną w czasie odpływu zobaczyć z bliska jak kobietki pracują na swoich 'rodzinnych' plantacjach alg morskich.


(27) Jambiani i jambianizm

Jesteśmy w Jambiani już parę długich i spokojnych dni. Dzień, jak zwykle, zaczynam od kawy, której tu na szczęście szukać nie muszę. Idziemy albo do Kiddo's Cafe, fajnej knajpki i guesthouse'u prowadzonego przez Lizę, Niemkę, i jej beach-boyowego-boyfrienda, albo zostajemy w „domku” i rozsiadamy się na werandzie. Wczoraj Christina zrobiła nam niespodziankę i jak wstałyśmy, czekały na nas gotowe naleśniki z kajmakowym smarowidłem.


(26) W poszukiwaniu raju na Zanzibarze

Uznałyśmy, że czas ruszyć dalej popluskać się trochę w oceanie na pożegnanie z Afryką. Usłyszałam od kogoś po drodze, że Matemwe to piękna, spokojna wioseczka na wschodnim wybrzeżu, więc rano zarzuciłyśmy plecaki na plecy i poszłyśmy na dworzec dala-dala. Jechałyśmy najpierw wzdłuż zachodniego wybrzeża, a potem w poprzek wyspy i rzeczywiście, gdyby Allah taki raj wiernym stworzył, nagrodziłby ich sowicie:)). Dala-dala wyrzuciła nas w pobliżu jakiegoś ośrodka z bungalowami, poszłyśmy się więc napić czegoś zimnego i rozejrzeć.


(25) Zanzibari Stone Town

Funguni Palace Hotel wybrany przez Jaśminę, zesłany nam został chyba przez Opatrzność, ale uświadomiłyśmy sobie to dopiero parę dni później. Stone Town to Marrakesz w skali mikro i gdy odespałyśmy trochę, poszłyśmy zagubić się w labiryncie jego wąskich uliczek. Gubić się jest najprzyjemniej, bo można wtedy gdzieś się zaplątać i trafić np. na chłopców karmiących małpy przez kraty w oknie, w  jakimś opuszczonym, zapomnianym domu. Rozdzieliłyśmy liczi, na które teraz jest sezon po równo, między siebie, chłopaków i małpy, a potem powędrowałyśmy dalej. Na  jakimś podwórzu hinduska dzieciarnia zaprosiła nas do zabawy i próbowała nauczyć gdy w kulki („marbles”), ale za cholerę nam nie szło.