(24) Trip z tripem, czyli z Bagamoyo do Stone Town

Chwilę po północy byłyśmy w porcie i od razu mój nastrój przygody zmienił się w podejrzliwość – cholera, żadnych pasażerów czekających na dhow! Podbiegł do nas Wytrzeszcz wrzeszcząc, że „alldhows left”, a ten, co nie left – zatrzymał specjalnie dla nas i gdzie mam ten świstek papieru, na którym napisać miałam swoje dane. Świstek oczywiście wyrzuciłam, bo Wytrzeszcz już w ciągu dnia mi się nie podobał, a ten teraz podkręcał atmosferę krzycząc, że „You shit with me”. Wow!Ok, należało uzyskać jakiś stempel, że się opuszcza stały ląd. Wśród straganów stoi kolejny mądrala, Żółty, i mówi, że reprezentuje Port Authority.


(23) Może by tak na Zanzibar lokalną łodzią?

Dziś poniedziałek wieczór i za parę godzin wybieramy się na przeprawę-wyprawę; nie wiem czy się pietrać czy cieszyć z „witaj przygodo”. Odkryłyśmy mianowicie, i to bez podpowiedzi guide'ów i guidebook'ów, że wcale nie trzeba wracać do Dar aby tam wsiąść na prom na Zanzibar (drogo bo w muzungu dolarach i dla nas daleko), ale że voila – tę samą trasę co nie-wolni-ludzie dalej pokonują lokalne łodzie dhow i czemu nie, nas też wezmą!


(22) Niedziela, święcąc Dzień Pański w Bagamoyo

Dziś poczułam zew by pójść do kościoła, do tego uroczego kościoła na terenie misji, gdzie kiedyś francuskie siostrzyczki wykupywały nie-wolnych-ludzi i przystosowywały ich potem do życia. Osiedle, które stworzyły, nazywało się Christian Freedom Village, a cała bardzo poprawna historia misji została opowiedziana na obrazach nad głównym ołtarzem:Voila, najpierw byli źli arabscy kupcy i ludzie zakuci w dyby; potem pojawiło się dwóch bardzo brodatych ojców; następnie czarni stali się wolni i po prawej stronie ołtarza – w wesołych farbkach naniesionych ręką naiwnego artysty – widzimy oto, jak się wolni ludzie uczą alfabetu, stolarstwa i uprawy roli, a to wszystko pod opiekuńczym okiem duchowych pasterzy.


(21) Bagamoyo, perła Oceanu Indyjskiego

Od dwóch dni jesteśmy w Bagamoyo, miejscu uroczym, bo ma małe Stone Town jak na Zanzibarze, niemieckie forty i bomy, jak też plażę i targ rybny, i na dodatek, rzeźbiarzy z plemienia Makonde i licznych rasta-artystów. Jaśmina miała wczoraj 18-ste urodziny i Allah jej sprzyjał. Tzn. na początku nie bardzo, bo musiała pół dnia zwiedzać i to z przewodnikiem, ale za to potem nadrobił – wysypał jej drogę muszelkami kauri i poprowadził do rasta-knajpy z krewetkami, burdelowym oświetleniem, muzyką reggae, łagodnie pomrukującym, naprutym rastą przy naszym stole i mamą, która wreszcie, zupełnie legalnie, postanowiła się z córką napić. I pośmiać. Happy birthday, my dear!


(20) W drodze do Bagamoyo

Z Mafii tą samą drogą, a nawet nieco gorszą, bo kolebiącym się na sztormowych falach „parowcu”, wróciłyśmy na stały ląd i pojechałyśmy do Dar es Salaam. Brzmi łatwo, ale podróż zajęła nam trzy-czwarte dnia i dotarłyśmy na ostatnich nogach, oblepione błotem i rdzawym pyłem. Już wiemy gdzie w Dar zanocować i poruszamy się łatwiej wśród tych melancholijnie brzmiących ulic – India i Libya street, Morogoro i Uhuru streets, więc wystarczyło zrzucić plecak, doprosić się gorącej wody i po chwili byłyśmy jak nowe!


(19) Wyspa Mafia, odsłona druga

Od paru dni mieszkamy w Kilindoni, stolicy wyspy, która jest po prostu większą wiochą i na szczęście, niemal zupełnie pozbawioną muzungu. Wpadłyśmy już w pewną miłą rutynę – wstajemy rano i przed śniadaniem idziemy na targ rybny, kupujemy krewetki albo jakieś lepsze ryby i niesiemy do zaprzyjaźnionej knajpki, gdzie z menedżerem – aniołem, co oszczędza naszą kasę jakby była jego własna i nie chce przyjąć żadnego napiwku – dyskutujemy co by tu z łupem tego dnia zrobić. Przy tym piję kawę, mambuję i jambuję (czyli pozdrawiam tubylczą ludność, co zajmuje sporo czasu, bo wymienić pozdrowienia trzeba z każdym), Jaśmina poprawia śniadanie sokiem z papayi i idziemyna plażę.


(18) Lokum na Mafii, Kilindoni

Moto-riksza zawiozła nas do całkiem znośnego guesthouse'u, kolacja trafiła się przednia, bo z pierwszym deserem na czarnym lądzie – mrożoną papayą z orzechami, pycha! I do tego towarzystwo Szwajcarów, bardzo przydatne, bo gość mówi w kisuahili i zdradził nam swoje patenty na tanie i fajne życie na Mafii – tu też trzeba wydeptać sobie ścieżki, jeśli nie chce się płacić za wszystko dularami:)) No bo sprawa jest taka – murzyńskość się wycwaniła i pół wyspy (zwłaszcza brzegi plus akwen) stanowi park narodowy, a więc jeśli pójdziesz się kąpać w złym miejscu, to bulisz jak za wejście do parku, choć granicy nie widać i różnicy w pływaniu też nie ma!


(17) W drodze na Mafia Island

Aby dotrzeć na Mafię trzeba trochę samozaparcia – należy wrócić do Dar, przenocować, a następnie znaleźć dworzec, z którego odchodzą busy do Bungu – mieściny na południe od Dar, co nas trochę kosztowało, bo przewodnik mamy denny. Tam przesiadłyśmy się do dala-dala, a raczej wepchnęłyśmy do środka i pół drogi przejechałyśmy stojąc na jednej nodze, ja na lewej, Jaśmina na prawej. Dala-dala dowiozło nas do wioseczki Nyamisati, z której raz dziennie, o godz. 14, odpływa prom na Mafię – trzecią dużą wyspę Tanzanii po Zanzibarze i Pembie.


(16) Polowanie na małpy – park narodowy Udzungwa

Wyjechałyśmy z Morogoro, naszej tanzańskiej przystani, od kenijskich Kikujów, co nas przygarnęli. Płakać nam się chciało i w autobusie do parku Udzungwa trochę pochlipałyśmy. Byłyśmy tu już w sumie z dziesięć dni i zaczęły tworzyć się między nami więzi wykraczające poza „Do you want to sponsor me” czy „Life good in Poland-Holland?”. Pojechałyśmy do parku, w którym rzekomo jest najwięcej gatunków małp w Afryce wschodniej.


(15) Czas bezczasu

Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że my, ludzie Zachodu, zakleszczyliśmy się w czasie i czas nie służy nam, lecz raczej nami się wysługuje w imię spraw ważniejszych niż my sami. Wschód i Południe się temu imperatywowi nowoczesności nie poddało, więc mogę obserwować, jak cudownie ‘murzyńskość szura nogami zamiast pospieszyć się do kuchni po mój lunch. Jak beztrosko szura przynosząc wodę do kawy, na którą czekam już godzinę. Jak murzyńskość pływa w obfitości czasu, którego w zasadzie nie ma po co odmierzać. Bo i po co? Jeśli nie ma targetu, nie ma terminów. Jeśli czas to nie pieniądz, to czas może być luzem, prawdziwym, wewnętrznym luzem, który może pamiętamy z dzieciństwa, nim dostaliśmy zegarek na pierwszą komunię.