MAIL ONE – welcome back!

19 Nov 2015 Kochani, piszę by „tradycji” stało się zadość, a jeszcze bardziej by nie pozwolić Wam o sobie zapomnieć:), no bo do kogo będę wracać? Choć przyznam, skrobię się po głowie, bo o czym tu opowiadać, jak wszystko wydaje mi się oklepane?

No dobrze, zacznę tak. Lotnisko Sheremietjevo w niczym nie przypomina tego, które pamiętam sprzed bodajże 18 lat. Nikt nie koczuje na ziemi, kafeterie czynne są całą noc, herbata kosztuje tyle co w Helsinkach, za to za darmo pooglądać sobie można Rosjanki w futrach, Rosjanki w Gucci i Prada, i co tam jeszcze, z makijażem godnym czerwonego dywanu, choć przyleciały właśnie z wywczasów z drugim końcu świata. W Delhi rosyjscy turyści przeważają, są ponadto jak najbardziej welcome, bo kto na Paharganju kupuje cokolwiek poza nimi?

A tu, w tej backpackerskiej dzielnicy, swojsko i po staremu. Naprzeciw przywiązanego za nogi konika stoi pracz i prasowacz, poznaje mnie, i krzyczy z daleka, że ma już pralko-suszarkę i teraz jest „super express service”, choć nadal, utrzymując pozór, że zbytnio się nie wzbogacił, prasuje żelazkiem na węgielki. Jego sąsiad, odźwierny w hotelu, kłania mi się w pas i pyta jak się ma „my family”, której nigdy przecież nie widział na oczy. Nim dotarłam na główną ulicę spiłam z litr czaju, pośmiałam się z chłopaków, którym w ciągu ostatniego półrocza sporo centymetrów przybyło w obwodzie dzięki handlu z byłymi republikami,  bo u Hindusa grubszy portfel przekłada się natychmiast na bardziej wydatny brzuch. Po drodze otrzepałam się ze wkurzenia na wszystko: że brud, że hałas i chaos, że od pyłu można się w centrum udusić. Niech będzie, myślę sobie, w końcu to na chwilę i okraszone ciepłem ludzi tak naturalnym, że zniosę to wszystko dla nich.

Za chwilę wybieram się spotkać jedną taką niezwykłą osobę – pisarza, autora 24 powieści, lat 63, który jest czaj-walla, czyli ulicznym sprzedawcą herbaty; ma prowizoryczny straganik pod stacją metra, gdzie siedząc na ziemi, przez całe dnie parzy aromatyczną, pełną masali herbatę, która kosztuje z 8 rupii, czyli 50 groszy i z tego właśnie utrzymuje rodzinę. I nic a nic ta robota dla nisko urodzonych mu nie przeszkadza, choć dawno temu sama Indira Gandhi wręczyła mu jakąś literacką nagrodę, choć ściskał ręce byłej pani prezydent Patil; a co tam, stypendium nie przyjął, pomocy finansowej też nie, bo poczucie godności mu na to nie pozwoliło. I serwując setki herbat dziennie pracuje nad dwoma powieściami i kończy magisterkę z hindi.

Zachwyciłam się tym panem o imieniu Laxman, gdy tylko o nim usłyszałam; zadzwoniłam rano – i proszę, mówi po angielsku, na czaj zaprasza! A wyjątkowe w tej historii jest także to, że Laxman pochodzi z tych najuboższych, że jako młode chłopię ze swojej wsi do Delhi jechał parę miesięcy, bo na drogę ojciec, oczywiście analfabeta, mógł dać mu tylko 40 rupii, czyli 2,80 zł. Wysiadał więc tam, dokąd pozwolił dojechać mu bilet, pracował trochę i jechał dalej gnany wiarą, że w wielkim Delhi będzie mógł nie tylko pisać, ale i publikować.

Czuję się przy takich ludziach mała, zepsuta nadmiarem i wygodą. Tak wiele przychodzi nam tak łatwo, że umyka nam to wszystko, co zostało nam dane, od dobrej szkoły po pełen talerz, a nawet balkon, gdzie mogłabym pisać i pisać, gdybym tylko nie była jak worek wypełniony po brzegi zmaltretowanym samoanalizą „ja”J

Kochani, dobrego dnia, i przyślijcie tu jakąś brygadę antysmogową, najlepiej z Krakowa!