Nainital i Kumaon Hills

Tydzień wyrwany przypadkiem, po zleceniu tłumaczeniowym w Dehradun – dokąd pojechać prosto z Delhi na te parę dni? Przyśniło mi się jezioro Naini, szmaragdowe oko bogini Śakti porzucone wśród wzgórz Kumaonu, 300 km na północ od Delhi, a ląduję w Nainitalu burym i zadeptanym tysiącem stóp indyjskich turystów. Muszę się stąd wydostać.

            Rohit najchętniej wozi turystów na haszyszowym haju, wtedy odpręża się, prowadzi jedną ręką, a drugą żywo gestykuluje. Rohit w różowym obcisłym sweterku, nie podwijający rękawów przy 40-stopniowym upale, jakby wiecznie ukrywał nieforemne kosteczki i zbyt krótkie ramiona, rozmowę z klientem zaczyna od obietnicy: Pokażę ci wszystko, uszczęśliwię. Każdy z nich, tych żyjących z turystyki gości tak mówi, potem oszczędza benzynę i co chwilę staje na czaj.

            W Kainchi, nad rzeką, typowy aśram, jak biały lotos obwiązany pomarańczem nagietek. No cóż, skoro już tu jestem, wejdę, z głową pełną strasznych myśli: zaraz rzuci się na mnie jakiś pandit, namaluje na czole tikkę i wyciągnie uczoną rękę po sto rupii. Tym bardziej, że to aśrama pewnego baby, który przepowiedział Obamie, że zostanie prezydentem pewnego imperium. Nagrzana posadzka parzy w stopy. Pusto, małpy iskają sobie wszy, z małej świątyńki niesie się Hare Krishna, Hare Rama, Hare Hare, Rama Rama, kucam tuż obok muzykujących. Zastygam. Zapominam o Obamie i skorumpowanych panditach. W oczach muzyka siedzącego naprzeciw lśni uniesienie i życzliwość, ta zwykła, choć w obfitości. Hare Ram, Hare Hare, już nie muszę tak pędzić na północ.

            Dalej pola ryżowe i niczym rozsypane kwiaty, kolorowe sari na pochylonych plecach kobiet, które przywołują nas do siebie. Ich ręce wykręcone w stawach od ciągłej wilgoci, twarze zniszczone słońcem, ciemniejsze niż twarze kobiet z Tamilnadu. Czy ktoś z nas, mądralińskich białych, przepracował choć dzień na polu ryżowym? Jak to możliwe, że kilo ryżu kosztuje tylko dwa, trzy złote? Siedzą w półkolu, młode i stare, roześmiane, oto pora na lunch, ryż i dhal, i curry z kostka sojową, które podają w naczyniach z liścia bananowca. Rohit tłumaczy, choć wymiana pytań i odpowiedzi nijak ma się do tajemnicy, jaką jest przestrzeń wspólnoty. W pobliżu bawią się dzieci, przynoszą ze wsi wodę w aluminiowych baniakach, są blisko mam, cioć i kuzynek. Starsze uwalniają młodsze od pijawek, po smukłych ciałach biegnie strużka krwi. Potem pójdą do swoich domów, podać kolejny posiłek, dać się styrać teściowej, obsłużyć męża rozwalonego na ćarpoju, doglądnąć kóz i krów, a ich dzień pracy nie będzie miał końca, tak jak sieć współzależności w której toczy się ich życie.

            Rohit marzy. U stóp Himalayów będzie miał dom. Jeśli tylko uda mu się założyć firmę z taksówkami. Albo jeśli dostanie spadek. Może ktoś zaprosi go na Zachód i da pracę? Mógłby szorować gary, kłaść asfalt gołymi rękoma, zbierać w wielkich miastach odpadki, byle tylko kiedyś móc patrzeć na szczyty Nanda Devi i Panchachuli różowe i złote w pierwszych promieniach słońca. Ich majestat na wyciągnięcie ręki, ach, ten bezkres, wzdycha Rohit. A na  granicy lodowców rośnie najlepszy hasz, najczystszy, daje takiego kopa, że czujesz się jak sadhu, a umysł żegluje ponad te szczyty górskie i łączy się z bezmiarem.

            Jest noc, stoję w potwornie dusznej świątyni Siwy w Bajinacie, świątyni tak małej, że zamyka się w dwóch moich krokach. Pandit intonuje Gayatri, tysiąc imion Brahmy. Ściany, wzniesione w XII wieku, niemi świadkowie, strażnicy zagubionych, są śliskie i obłe od dotyku wiernych. W odrzwiach tradycyjne ciężkie, mosiężne dzwony. Dotknij je, a usłyszą cię bogowie. Przez mrok na zewnątrz przebija się stado kruków,  wisi nad naszymi głowami. Chmury są czarne, mroczne na tle nieba tak obrzmiałego, że na pewno zaraz przerwie tę ciszę piorunami. Staruszek, opiekun świątyni, z czułością matki zaczyna rozbierać posąg Parvati by położyć bóstwo do snu. Zdejmuje girlandy nagietek i jaśminów, sprząta okruchy prasadu spod jej stóp, aż wreszcie obmywa wodą, gładząc jej twarz koniuszkami palców. Przesuwa się dalej, przygotowuje do snu Ganeśę, lingam symbolizujący Śiwę, byka Nandi przed świątynią. W przestrzeni tych intymnych gestów czuję się trochę dzieckiem, trochę intruzem. Zrywa się burza. Potem, pod innym dachem, palimy papierosy, a staruszek trzyma mnie za rękę. Tęsknimy za tym samym.

            W Kausani, małej górskiej mieścinie, budzi mnie gonitwa małp po tarasie. Sanjeep, wiecznie zgięty w pokłonach, przynosi kawę. Czuwa za moimi plecami i tak gorliwie wynosi, odnosi i sprząta, że uczę się mówić ‚Abi me lungi’, jeszcze piję, i powtarzam to zdanie niczym mantrę. Innym głosem szepczę, bądźcie błogosławione góry na horyzoncie, obdarowałyście mnie swym widokiem. Wpatruję się zachłannie, piję ich piękno, korony w różowej mgle. Rohitowi po policzku spływa łza. I tak razem milczymy aż on podniesie głowę i powie: Nie musisz mi płacić za to, że tu przyjechaliśmy.