Archiwa tagu: Indie

(20) Nie dać się chorobom tropików

Kochani Czytacze, przesyłam mało wakacyjne doniesienia o dziwnych chorobach tropików, które co rusz mnie niestety dopadają i o tym, jak się je tu przepędza. Jestem teraz w Varanasi, w fajnym pensjonacie, wychwalając pod niebiosa ogród, w którym wreszcie mogę posiedzieć i odgrodzić się od zgiełku tego, co za murem. Trochę czytam, trochę piszę, trochę rozglądam się wokół zastanawiając się, czy ci wszyscy biali nie zwariowali – jeden przez drugiego od razu po przyjeździe pędzą na tzw. płonące ghaty by zobaczyć kremacje, a zwłaszcza by je uwiecznić - wieczorami przy stolikach brygada w różnych językach świata chwali się ich uwiecznieniem, a jeszcze lepiej, jak komu się uda nakręcić krótki filmik. Siedzę więc obok, nie mając ochoty na uczestnictwo w takiej konsumpcji Indii, niemrawo, bo z gorączką.


(19) Call it a good surprise

Miewam wrażenie, że do Indii trafiła inna Arka Noego, tak pojemna, że wciąż z jej brzucha wyłania się niekończący się strumień istnień; albo lepiej - że Pan Bóg dalej bawi się w genesis, rozsiadły na jakiejś chmurze nad indyjskim subkontynentem, w szale stwarzania Ew i Adamów, którzy nie poniosą z sobą wizji raju - i cała ta masa stworzenia kipi i bulgoce tuż pod moim nosem, przy ulicy na której mieszkam; wystarczy postawić stopę na chodniku by ta mnogość wchłonęła, poniosła strumieniem, który płynie gdzie chce i wyrzuca tam, gdzie chce.


(18) Calcutta, the city of joy

(Po powrocie z Tajlandii) Bangkok, który nad wyraz lubię, bo to rozbujałe, rozbuchane, ambitne, szalone miasto, w którym łatwo gdzieś przycupnąć, znaleźć uroczy zakątek na piknik z widokiem na przepływające obok łódki czy Grand Palace, został za mną - i w pięć minut po wylądowaniu w Kalkucie dotarło do mnie co to znaczy - koniec luksusu ciszy, koniec wygody, miękkich łóżek, mrożonych herbat, klimatyzowanych autobusów i wszystkiego co łatwe. Tak jest, dokładnie, z własnej, nieprzymuszonej woli znalazłam się znów w kraju, gdzie nic nie jest łatwe. A po trzecim dniu zachodzę w głowę jak oni tu żyją ...


Himalajskie tsunami

[Reportaż pisany w czasie powodzi w stanie Uttarakhand, gdzie leży m.in. Rishikesh, Haridwar, Dehradun, Kedarnath, pod koniec czerwca 2013 roku]

24 czerwca, ósmy dzień po powodzi

       Vijender Singh Negi, lat 36, zdążył skoczyć z dachu trzypiętrowego hotelu nim ten przewrócił się jak domek z kart, zmieciony przez lawinę błotną, która 16 czerwca runęła na Kedarnath. Fala pędzącej wody, mułu, błota i głazów była tak potężna, że to święte miasto Hindusów zostało zrównane z ziemią. Dziś, tydzień po kataklizmie, ponad osady mułu wystają tylko dachy i jedyny ocalały budynek – ponad tysiącletnia świątynia Kedarnath. To tu, wśród tłumu pielgrzymów szukających w bogach schronienia, znalazł się Vijender. Przeżył, gdyż następnego ranka, zanurzony po szyję w wodzie, złapał się  świątynnego dzwonu, którego trzymał się przez dziewięć godzin, balansując na dryfujących wokół ciałach. Vijender mówi wprost: 'To zmarli ocalili mi życie'. Gdy opadła woda, wycieńczony i nagi, przeleżał dwa dni w dżungli nim znaleźli go indyjscy żołnierze.


(17) Rishikesh po powodzi

Sezon drugi podróżniczej telenoweli, czyli po długiej przerwie. Zostawiłam Was, kochani, gdzieś na Sri Lance, bodajże we wschodniej części, na pięknych plażach wśród przystojnych Australijczyków. Dawno temu to było. Następne tygodnie miały w sobie coraz mniej z broszury biura podróży, a coraz więcej z reality włóczenia się długo i nisko-budżetowo. Owszem, po wyjeździe z Arugambay, zgodnie z ambitnym planem 'zobaczymy jak najwięcej', zwiedziłyśmy południe Lanki, piękne, ale pełne ludzi chciwych i wręcz niesmacznie krojących turystów. Pod koniec podróży, w Negombo, plażowej miejscowości pod Colombo, nabrałam otuchy: odpocznę, popływam sobie w basenie skoro w morzu nie da rady, poleżakuję, a więc wyjadę stąd zregenerowana na tyle, by sprostać hardcorodwym Indiom. Tak zakładał plan.


(16) Kochin – bollywoodzką gwiazdą być

Trzy dni temu wyjechałyśmy z Kannur, i w autobusie łykałam łzy żalu, że to już nadszedł ten moment by odwiązać się od iluzji domu stworzonego na chwilę, w pięknym miejscu, z ciekawymi ludźmi dookoła, i rytmem dnia, który wcale nie był podróżniczy. I do tego, że trzeba pożegnać się z własną lodówką, zmrożoną sałatką owocową, z własnym obiadem z bakłażanów i okry... Zatem znowu jesteśmy 'w drodze', ale na szczęście wcale nie pędząc naprzód i nie odhaczając turystycznych atrakcji. Z tego wyrosłam, przynajmniej w tym kraju.


(15) Kerala – o wężach i drzewach herbacianych

Opuszczam się w pisaniu, więc najpierw krótka historia opowiedziana na przyjęciu przez Elenę, Hiszpankę, co cudownie klnie po polsku. Podróżowała jakiś czas temu po Indonezji, gdzie na jednej z wysepek spotkała się sam na sam z wężem, albo raczej – wężycą, bo zwracała się do niej w rodzaju żeńskim. Było koło północy, Elena w miłym półśnie poczuła nagle coś dziwnego: czyjąś obecność, która na dodatek w jej wyobraźni przybrała kształt węża. Obejrzała sobie dokładnie jego połyskliwe łuski, oczy jak szparki, ale na spokojnie, zdziwiona obrazami w głowie. Po czym otworzyła oczy i zobaczyła wężycę zwisającą z otworu wentylacyjnego, który znajdował się na lewo od drzwi. Zbyt blisko, by móc uciekać.


(14) Kerala – o moherowym berecie

Moja sielska rutyna przewiduje codzienne zakupy na naszej wsi - przedmieściach Kannur. Mam kilka ulubionych sklepików, jeden przy plaży, gdzie na mój widok dziamdziak wyciąga cygarety, po czym pyta czy chcę słoną czy słodką lemon soda, i inne dwa, bliżej głównej drogi. Jeśli idę na zakupy rano, wybieram ten drugi kierunek, 5 minut drogi z Kamala apartments, gdzie mieszkamy. Choćby była dopiero 10, nim dojdę na miejsce ociekam potem; najpierw odwiedzam pańcie prowadzące moją ulubioną garkuchnię - a że one kompletnie nic po angielsku, a ja kompletnie nic w malayalam, radzimy sobie na migi. Podchodzę do gabloty, gdzie wystawione są dania dnia - paroty, pakory, idli, dosy i samosy – i pokazuję na palcach ile mi czego trzeba. Panie owijają wszystko w liście bananowca, następnie w gazetę, związują sznurkiem i pakują do plastikowej torby tak, by nic nie utraciło aromatu.


(13) Kerala – O magii i mitach

Z wysiłkiem wielkim poluję na tutejszą magię i mit w formie rytuału zwanego 'Theyyam'. Najpierw spędzam długie godziny na necie próbując ustalić gdzie i kiedy dokładnie odbędzie się jakiś Theyyam, bo ich sezon ma się ku końcowi. Internetowe informacje należy potwierdzić, czyli ubłagać kogoś kto ma świeżą gazetę i gada po angielsku by zajrzał w odpowiednią kolumnę i dał znać, czy Theyyam jest i gdzie. Wczoraj np. udało mi się dotrzeć busem do wiochy, Keecheri, ale rytuał był o ósmej rano, więc na nic się zdały moje siódme poty. Nie jest to proste poza sezonem i bez przewodnika. Ale za to doświadczam przyjemnego dreszczyku polowania - dotąd upolowałam jeden, w ubiegłą niedzielę.


(12) Kannur – Lenin ściska Mao pod palmą

Jako młoda emerytka mam czas dziwować się i rejestrować rzeczy powoli, bez pośpiechu. Mówiłam też, że mam niezłego 'excuse'a', bo upał i inni przykład podobny dają: Włoch Govinda, młode i zdrowe chłopisko, spędza czas poddając się leczniczym zabiegom, wchłonął już chyba tonę oleju kokosowego zgodnie z prikazem ayurvedy... po czym zamyka się w swoim klimatyzowanym pokoju i się schładza. Na zaproszenie na 'wycieczkę' odpowiada: 'Not today. Today I'm soooo tired. And you know, I have to listen to my body!' Pomijając to, że wszystko mu szkodzi i może jeść tylko jeden rodzaj ciasteczek, milky butter Brittania cookies... Przynajmniej zgodził się ze mną, że żadna kobieta z nim nie wytrzyma:)